czwartek, 15 października 2015

Shizaya: Rozdział II

Atencjo, przybądź! 
Jest popołudniu, zimno, pochmurno i tak przyjemnie na zewnątrz. Aż chce się wystawić Shizu-chana na zewnątrz i popatrzeć, jak marznie. Widocznie przesadziłam z dozą miłości, skoro za każdym razem słyszę od niego "nie chce mi się". Czas przejść do ofensywy.

Szczeniaczek-Kopulatorek obchodzi drugie już w tym roku urodziny. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Jedne świętuje on, drugie zaś- jego ego. 

W każdym razie pora na drugi rozdział, coby Shizu-chan zrozumiał, że ze mną nie ma żartów. Chyba, że mogę gdzieś wymienić ten wadliwy towar? ._.






Izaya
Przebudziłem się w nocy, czując jego obecność zaraz obok siebie. Nie reflektowałem na kolejne pragnienia rodem nie z tego świata, jednocześnie chcąc się odwrócić do niego przodem i zacząć się nad nim znęcać. I to nie było tak, że to słowo zrozumiałem w tym momencie jako całowanie i mizianie po karku albo coś w tym rodzaju! Przynajmniej sobie tak wmawiałem. Nie chciałem już spać, dlatego zaraz o świcie podniosłem się z łóżka, chwilę walcząc z samym sobą. Na samą myśl o spędzonym z nim wieczorze i nocy, na wargi cisnął mi się uśmiech, pogodny, łagodny, ale jak dla mnie odrażający. Całkiem nie w moim stylu. Zgarnąłem swoje brudne rzeczy do pierwszej, lepszej reklamówki, po czym zgarnąłem z lodówki notesik przyczepiony do niej na magnes oraz długopis, pisząc na kartce "nasz układ jest dalej aktualny.". Wolałem zmyć się stąd przed przebudzeniem się Heiwajimy, toteż zaraz po odstawieniu rzeczy na miejsce, szybko wydostałem się z jego mieszkania, schodząc na dół. I nie obchodziło mnie to, że ktokolwiek może mnie zobaczyć. To ja rządziłem w tej prefekturze plotkami i informacjami, jakie się przedostawały, a fakt, że miałem na sobie ubrania Shizusia również mogło pójść na moją korzyść. Spacer o tej godzinie po Ikebukuro nie był męczący, ulice niemalże były puste, a co jakiś czas jedynie po ulicy przemykały samochody. Nie boczyłem się z powodu pieszej wędrówki, zamiast tego byłem podekscytowany nie wiadomo czym, nie wiadomo dlaczego. Wiedziałem tylko, że sprawcą była ta okrutna, dzika bestia, która naznaczyła mnie swoim zapachem. Czułem go. I chyba to było najokrutniejsze z tego wszystkiego.

Shizuo
Obudziłem się dopiero po dobrych dwóch godzinach, odkąd Izaya opuścił moje mieszkanie. Nigdy nie miałem problemu ze snem, ale tym razem śniły mi się same koszmary, wszystkie kolejno dotyczące Orihary. Uprzytomniły mi, że tak naprawdę nic się nie skończyło i że powinienem... powinienem... Sam powiodłem w kierunku zapachu, który ktoś zostawił na poduszce obok. Wtuliłem w niego swój nos, wycierałem twarz, zupełnie nie przejmując się tym, co właściwie robię. Nadal byłem zasypany, a koniec końców ponownie przysnąłem, utulony tym zapachem. Zapachem osoby, która sprawiła mi więcej problemów, nim mógłbym sobie wyobrazić. Teraz już wiem, że po prostu go nie doceniłem. Ale jedyne, co mi zostało, to walczyć ze swoją głupią ochotą rzucenia wszystkiego i szukania go, by móc go znowu dopaść, żebyśmy kontynuowali ten obrzydliwy zakład. Drapię się i tupię, mięśnie podrygują w nerwowym tiku, a ja sam czuję się jego centrum. Mam wrażenie, że nie przeżyję, niemal wzdycham, próbując zmniejszyć napięcie wewnątrz mnie. Po południu obijam kilka fałszywych mord i idę szukać Orihary, nabuzowany, szczęśliwy, bo mój "potwór" chyba nie pamięta o zakładzie. Znowu chcę go uśmiercić i czuję ogromną ulgę z tego powodu. - IZAAAAYA! - Znak "STOP" przyjemnie ciąży w mojej dłoni, groźna aura roztacza się wokoło. Chcę, by wszystko zniknęło.

Izaya
Miałem nadzieję na chwilowy spokój. Podkreślając miałem, bo kolejny dzień spędziłem w swoim biurze aż do momentu, kiedy nie znalazłem ciekawej plotki na forum, którą postanowiłem zweryfikować. Na domiar złego fatum zupełnie przez przypadek natknąłem się po raz kolejny na rozjuszanego blondyna, który kręcił się, uwaga, uwaga, niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Czasem zastanawiałem się, czy on naprawdę był tak dobrze doinformowany, czy jedynie trafił w to miejsce przez czysty zbieg okoliczności. Patrzyłem na niego z daleka, zastanawiając się, czy dać mu pretekst do gonienia mnie, czy wręcz przeciwnie, zaszyć się i nie dać mu się znaleźć, choć opcja pierwsza wydawała mi się znacznie ciekawsza. Przynajmniej miałem więcej możliwości ośmieszenia go przed całą społecznością, co wystarczająco poprawiało mi humor. Wysunąłem się krok po kroku, po chwili machając do niego lewą ręką i krzyknąłem "SHIZUŚ, NIE ZŁAPIESZ MNIE, BESTYJKO!", po czym pognałem ile sił w nogach w pierwszym lepszym kierunku. Miałem szczęście, że znałem okolicę jak własną kieszeń, tym razem nie było opcji na zagonienie mnie w kozi róg i wykorzystanie braku całkowitej znajomości terenu. Gdyby oczywiście nie sporadycznie występujący ucisk w tyłku, już dawno zniknąłbym mu z pola widzenia, a tymczasem co kilkaset metrów musiałem przystanąć, by pozwolić odpocząć wymęczonym udom oraz biodrom. Jedyne, co do mnie przemawiało to fakt, że nie byłem ani babą, ani pizdą, więc po tym wznawiałem dziki bieg, unikając wszystkiego, czym rzucił Heiwajima.

Shizuo
I tak rozpoczął się nasz kolejny wyścig. Wszystko było w naturalnym porządku. Rzucałem w niego znakami, automatami, każdym innym żelastwem, które wpadło mi w ręce, jedynie się nakręcając na całą akcję jeszcze bardziej. Nie było żadnego wczoraj, ani malinek na mojej szyi, które niemal zadrapałem do  krwi. Ja, on i iskrząca się wczesnym wieczorem nasza wzajemna nienawiść, dająca poczucie bezpieczeństwa. Goniłem go, tropiłem, latałem jak za mięsem, całkowicie zapominając o nagrodzie. Tak było i być powinno. - CHODŹ, POBAWMY SIĘ! - Na zachętę cisnąłem w niego kosz na śmieci. A potem usiłowałem za wszelką cenę wyrwać z chodnika barierkę, kiedy niczego innego nie znalazłem. Poszło jak po maśle.

Izaya
Zmyłki były najlepszym wyjściem. Czaiłem się za pierwszą, lepszą uliczką, żeby w momencie, kiedy podąży w ślad za mną, wyskoczyć i poderżnąć mu gardło. Polemizowałbym, czy Shizuś by się wykrwawił, ale cóż, spróbować warto! I tak też oparłem się plecami o ścianę najbliższego budynku, jedynie wyglądając zza niej w celu oszacowania odległości, jaka dzieliła mnie od Bestyjki. Wtedy też, kiedy znalazł się blisko mnie, rzuciłem się na niego i kiedy miałem już wycelować prosto w tętnicę szyjną, "przez przypadek" omsknęła mi się ręka tak, by jedynie zranić jego policzek. Sam nawet nie wiedziałem, dlaczego zmieniłem tor ciosu i dlaczego akurat teraz, kiedy udało mi się wreszcie wmówić samemu sobie, że było, minęło, że już po wszystkim. Znowu byliśmy wrogami, nie patrzącymi na moment zbliżenia. Jedynym, co mogłem zrobić, to zwyczajnie podkulić ogon i ewakuować się, by przymierzyć się do kolejnej próby odebrania życia Heiwajimie Shizuo.

Shizuo
Poczułem draśnięcie i automatycznie wyciągnąłem w tamtym kierunku rękę. To nie było zbyt mądre ostatecznie chwyciłem ostrze w dłoń. Mogłem przypłacić za to jedną, całkiem podręczną częścią ciała, którą wyrwałem znaki, ale chyba nic takiego się nie stało. Ciężko oszacować rany, kiedy jest się w tym stanie. Ciepła ciecz spływała z dłoni na ziemię ogromnymi kroplami, ale najważniejsze było, że miałem Izayę. Chwyciłem przegub jego drugiej ręki i rzuciłem mu wyzywające spojrzenie, pełne wyższości. - Kto cię teraz uratuje? Izaya? - Posunąłem się dalej, przenosząc swoje mokre palce na jego uścisk na rękojeści ostrza, by potem przysunąć je w jego stronę. W stronę jego szyi, patrząc na niego dzikim, pragnącym krwi spojrzeniem.

Izaya
-Mam rozumieć, że nasz układ przechodzi na poczet pozbawienia mnie życia, tak? Jesteś okropny, a w dodatku zabrałeś mi ukochaną zabawkę. Nie jesteś na to za duży?- spytałem cicho, kiedy zbliżył się do mnie, a po mojej szyi rozniósł się dreszcz spowodowany przytknięciem do mojej skóry zimnego ostrza. Było jak wcześniej, nie dało się ukryć, ale moja skuteczność względem Shizuo spadła, jakbym nagle zaczął nabijać się z własnych postanowień. Sprowadziłem na siebie zagładę, jednocześnie zastanawiając się, czy przypadkiem ciało samo nie zechciało mu się poddać, choć dla mnie brzmiało to jak czysta abstrakcja. Niby dlaczego miałbym znowu dać się pojmać tej przerośniętej małpie? Jakbym miał mało problemów na głowie! Pokręciłem głową, unosząc na niego wzrok. Nie bałem się, jednocześnie wiedząc, że blondyn jest do tego zdolny, ale cóż. Raz się żyje!

Shizuo
Tak naprawdę wiedziałem, że nic mu nie zrobię i on wiedział to samo. Nie byłem do tego skłonny, nieważne ile adrenaliny bym się nałykał. Zetknięcie się z jego skórą spowodowało przyjemne dreszcze, jego zapach przywiódł za sobą wspomnienia i nie mogłem już myśleć logicznie. Nie tak, jak chciałbym myśleć. Ściągnąłem mocno jego nadgarstek, zmuszając do opuszczenia jego zabawki na ziemię, tuż przed jego nogami. Posłałem mu szeroki, pełen triumfu uśmiech, a potem przyciągnąłem bliżej siebie, by oprzeć czoło o jego czoło. - Dopadłem cię, Izaya. Gdzie moja nagroda, oszuście?

Izaya
Gwałtownie odsunąłem się od niego, kiedy tylko poczułem go tak blisko siebie, że jego zapach zaczął powoli drażnić moje nozdrza. Byliśmy na ulicy, ktoś mógł zauważyć ten dziwny, nadzwyczaj czuły gest z jego strony w moim kierunku i nie miałbym szans na odkręcenie późniejszych konsekwencji. Odwróciłem od niego wzrok z parszywym uśmiechem, po czym zagryzłem wargę, chwilę patrząc, czy ktokolwiek zwrócił na tę sytuację uwagę, a wtedy... wtedy uniosłem wzrok, by z pokorą znieść jego życzenie. -Więc? Jak brzmi Twoja zachcianka? Mam wykrzyczeć coś z dachu biblioteki? Pozwolić sobie poderżnąć gardło?

Shizuo
Zupełnie, jak na złość, ta bliskość mi nie przeszkadzała. Ani to, co pomyślą o nas inni. Byłem jeszcze bardziej zdesperowany, jeszcze bardziej go potrzebowałem, chociaż nienawidziłem tego w równym stopniu, co przedtem. Może nawet bardziej, kiedy dochodziło do mnie, że jestem uzależniony. W pewnym momencie cię chciałem poprosić, żeby faktycznie ze sobą skończył, ale takie rozwiązanie nie satysfakcjonowałoby mnie. Chciałem go zgnębić tak, jak on gnębił mnie. Grać z nim równie nieczysto i niesprawiedliwie. Ale byłem tchórzem i bałem się, że to ja ucierpię. Już teraz byłem chory i brudny, niemal mdliło mnie na swój własny widok. Nie dlatego, że z nim spałem, a dlatego, jak na to reagowałem. Jak cholernie ciężko było mi go dotykać, z jakim trudem utrzymywałem go na odległość. Czułem mrowienie w kończynach i chciałem go za to zabić. - A co sprawi ci najmniej przyjemności, psycholu? - Spojrzałem na jego ulubieńca, leżącego teraz na ziemi pomiędzy nami. - Może mi go oddasz, jak to będzie ranić się własną bronią, Izaya?

Izaya
-Nie myśl sobie, nie.- Warknąłem wściekły, wiedząc, że im prędzej to zakończę, tym szybciej stracę go z oczu. I może właśnie takie rozwiązanie było najlepsze. Skinąłem tylko głową, bez najmniejszego zamiaru oponowania, chciałem, by wziął ten nóż i zniknął, jak na dwa dni to było dla mnie zbyt dużo Shizuo w mojej obecności. Nijak miało się to do poprzednich pogoni, ja zwykle nie zapuszczałem się do Ikebukuro, Heiwajima z kolei nie odwiedzał Shinjuku. Byliśmy oddzieleni cudowną granicą. -I tylko po to tu przylazłeś? Po mój nóż? Okej, ale pamiętaj, że przysługuje Ci jedno życzenie na każdą moją porażkę. Bierz go i spadaj. Mam robotę.

Shizuo
Przez chwilę gapiłem się na nogi. Wyglądał, jakby się spieszył albo przynajmniej miał coś pilnego do załatwienia. Jaka byłaby szkoda gdyby ktoś mu przeszkodził... Uśmiechnąłem się półgębkiem, a potem wszystko potoczyło się bardzo sprawnie i szybko. Miałem przewagę przez unieruchomienie jego rąk i wykorzystałem to. Przerzuciłem Oriharę przez swoje ramię jak worek ziemniaków. Przyjemnie ciążył na moim ramieniu, pachniał i przez moment znowu był idealny. To nadal nie było moje życzenie, albo było nim dopiero w pewnym sensie. - Już nie masz roboty, Izaya.

Izaya
-Shi-Shizuo, do cholery, co Ty robisz?!- warknąłem, czując, jak mnie podnosi, a potem przerzuca przez ramię. Nie zmieniało to oczywiście faktu, że miałem ochot w tym momencie go zabić, chociażby za pozbawienie mnie godności w oczach ludzi, którzy mijali nas z minami mówiącymi mi, jak dziwnie wygląda to z perspektywy osób trzecich. Patrzyłem na niego z mordem w oczach, jednak z drugiej strony jakoś... cholera, czemu mnie tak potraktował?! -Puść mnie w tym momencie!- czułem się upokorzony, zniewieściały i porwany!

Shizuo
Uśmiechnąłem się szeroko i złośliwie pod nosem. Doskonale wyczuwałem jak Izaya się spina, jak bardzo nie podoba mu się to, co zrobiłem. Jak właśnie wygląda, jaki tak naprawdę jest słaby i bezbronny. To było lepsze od zabicia go! Niemal go upokorzyłem, ale nie to miało być moją nagrodą, zatem po prostu straciłem w jedną z bocznych uliczek, unikając zaciekawionego tłumu. Tak, to jest ten Oriharą Izaya, niech ktoś utrzyma na nim wzrok dłużej niż przez kilka sekund, a zabiję gołymi rękami. Bez zawahania. Nikt nie będzie lepszym wrogiem, więc nie muszę się martwić i takie małostkowe sprawy. - Nie wierć się - warknąłem na niego stanowczo, z poirytowaniem w głosie. Chociaż tak naprawdę byłem zadowolony. Niemal dostałem to, co chciałem.

Izaya
-Niby dlaczego mam być spokojny i się nie wiercić, skoro nie możesz mi powiedzieć, czego oczekujesz, tylko podnosisz mnie jak swój przedmiot i tak po prostu ze mną znikasz za rogiem, jak jakiś spocony pedofil z 11 letnią dziewczynką. Cholera, Shizuś, puść mnie.
Znów się szarpnąłem, będąc naprawdę wściekły za to, że po raz kolejny udowodnił mi, jak bardzo mało człowieczeństwa ma w swoich zwyczajach. Z wielką chęcią założyłbym mu teraz kaganiec i smycz, a potem zaprowadził do weterynarza, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie zarażę się od niego jakąś wścieklizną. Kiedy w końcu udało mi się trafić pięścią w jego mostek, pożałowałem, że zacząłem tę gierkę, przynajmniej teraz byłbym wolny!
-Jesteś idiotą!

Shizuo
- A ty 11-letnią dziewczynką. Przestań się tak rzucać! Chyba, że chcesz się wycofać z tego zakładu, ale pozwolę sobie zauważyć, że jesteś w beznadziejnej sytuacji. - Trzymając go w pasie jedną ręką, drugą wygrzebałem paczkę papierosów. A potem próbowałem zapalić jednego, droga przed nami jeszcze daleka. - Poza tym wisisz mi jeszcze obiad.
Przeszło mi przez myśl, że za niego również mógłbym kazać mu płacić w naturze, ale nie przesadzajmy. Poza tym przecież tego nie chciałem. To nic, że sam zapach Izayi tylko jeszcze bardziej mnie pobudzał. Potrafię to kontrolować, prawda?

Izaya
-Czekaj, czekaj. Gdzie idziemy? Nie mów mi, że będziesz tak afiszował fakt, że coś nas łączy, nawet jeśli jest to tylko głupi układ. Shizuś, bądźmy poważni, nasz widok razem może spowodować niepożądane skutki i jakieś zawały u starszych ludzi.- warknąłem niepocieszony i opadłem niezadowolony, już nie usiłując z tym walczyć. Niepotrzebnie traciłem na to czas i energię, a w dodatku i tak musiałem wypełnić jego wolę. Może byłem oszustem, krętaczem i informatorem, ale układów zawsze dotrzymywałem. -Uważam, że to niesprawiedliwe, że tylko Ty tak mną poniewierasz. Pozwoliłbyś sobie poderżnąć gardło, albo przebić sobie serce dla medycyny, co? Naukowcy dużo by dali za Twoje truchło!

Shizuo
- Na pewno nie afiszować się tym, że jeszcze nie masz kompletnie obfitego pyska. - Skrzywiłem się. Kompletnie nie spodobały mi się jego słowa, wynikało z nich, że są razem i się nie zabili i chociaż była to oczywista oczywistość. W końcu niósł go całego, zdrowego, jeszcze zagadującego go. - Nie poniewieram tobą jeszcze. Poza tym nie widzę powodów, dla których miałbym się nad tobą tak litować. - Ale poklepałem go po opcjach tak w ramach wsparcia.

Izaya
-No to możesz mnie puścić, mam nogi, a nadal nie rozumiem, dlaczego mnie niesiesz.
Przymknąłem oczy, jedną ręką podpierając swoje policzki otwartą dłonią i nie mając zamiaru już się więcej udzielać. Skoro sam zaproponowałem układ, to powinienem przyjąć to na klatę, ale co miałem poradzić na to, że moje wahania nastrojów były silniejsze?! Z jednej strony chciałem, żeby traktował mnie w taki sposób jak wczorajszego wieczoru, a z drugiej nadal czułem obrzydzenie do takiego dotyku. Cóż, chciałem być miły, ale skoro nie dawał mi takiej możliwości, to dlaczego miałbym robić mu na przekór?! Resztę drogi skupiłem się jedynie na obserwacji otoczenia i reakcji innych, odnośnie tego zadziwiającego widoku. Cóż, nie codziennie można zobaczyć Shizuo i mnie, jeszcze całych, niepołamanych, a w dodatku dotykających się w żaden sposób nie związany z przemocą!

Shizuo
- Jeden powód, żebym ci zaufał, Izaya. Już wolę cię nieść niż szukać po całym Tokio. - Zajęty ignorowaniem tych głupich spojrzeń, brnąłem dalej w znanym tylko mi kierunku, wypalając papierosów za papierosów za papierosem. Nie spieszyłem się. I tak całkiem przyjemnie spędzałem ten czas z Izayą, który ostatecznie zapomniał języka w gębie i pozwalał ze sobą zrobić, co tylko zechce. Gdyby taki był na co dzień, kwestionowałbym moje chęci uśmiercenia go. Ale tylko w ten powolny sposób, być może zadałbym mu szybszą, mniej bolesną śmierć. Nawet jeśli na taką by nie zasługiwał. Starałem się iść tymi mniej uczęszczanymi ścieżkami, żeby ludzie nie mieli zbyt dużo tego widoku, a jedynie tyle, by Izaya poczuł się poniżony. Ale poniżać go mógł tylko do momentu, gdy doszli do windy. Tam raczył go postawić na ziemi. Stąd raczej mu nie ucieknie. Wcisnął dłonie w kieszenie i wgapił się w ścianę.

Izaya
-A ja bym wolał zniknąć z powierzchni ziemi.
Burknąłem pod nosem, uszczęśliwiając się dopiero niezmiernie, kiedy z powrotem odnalazłem prawowite miejsce na ziemi, stojąc na własnych nogach i nie będąc przez niego trzymanym. Ciekawe, jakby on się poczuł, gdyby ktoś tak sobie o podniósł jego wielkie cielsko i zaniósł tam, gdzie żywnie mu się podoba! Oparłem się o ściankę windy, skrzyżowałem ręce na piersi i syknąłem niezadowolony. Od jakiegoś czasu zastanawiałem się, co tam w jego głowie siedzi, chciałem to chociaż zrozumieć, nie mówiąc nawet o akceptacji.
-I co teraz? Lepiej czułbym się, gdybym wiedział, co planujesz, albo czego tym razem oczekujesz.
Wzruszyłem ramionami, patrząc na niego spod byka i niemal piorunując go tym wzrokiem.

Shizuo
- Zdążyłem już zauważyć - mruknąłem cicho, bez większego zainteresowania. Ten psychopata od samej początku wyglądał na kogoś, kto wolałby zginąć, ale nie miał na to wystarczająco dużo odwagi i próbował mnie w to wciągnąć, w międzyczasie męcząc innych ludzi. Kim Izaya Orihara tak właściwie był? Chorym szaleńcem, kochającym ludzi do tego stopnia, by całość i go pracy wprowadzała się do niezdrowego zainteresowania ludźmi, ich życiem. Jeżeli mam być szczery, nigdy nie zrozumiałem sposobu, w jaki patrzy on na świat. Co wyodrębnia, jakimi schematami się kieruje. Jakie są podstawy jego fałszywej do szpiku kości przebiegiem natury i w imię czego to wszystko robi. Rozrywka...? W pewnym sensie nie chciałem tak głęboko w niego wnikać odkrywać jego tajemnic i motywów. Już teraz miałem problem z uśmierceniem go, ale zawsze może być gorzej, a do tego dopuścić nie chciałem. Wyszedłem z windy, a dalej skierowałem się na schody, oglądając przez ramię na małą gnidę. Zawsze mogła wpaść do głowy ucieczka, a na koniec zarzekałby się, że układ nie dotyczył tegorocznych typu przedsięwzięć. Byłbym wdzięczny, gdyby zaczął współpracować, nawet jeśli byłoby to tylko syndromem sztokholmskim - tyle mi wystarczyło. Nikt nigdy nie powiedział, że jestem wymagający i wiedz, że mogę traktować to jako zaletę. Wspinam się ku górze i za wszelką cenę staram się nie myśleć. Jestem niemalże pewny, że to mnie zgubi, tak samo jak zgubiła mnie wczorajsza noc. Nie minęły dwadzieścia cztery godziny, a ja, jak taka ofiara, wróciłem do niego. I obydwoje nie jesteśmy z tego powodu zadowoleni, ale nie zamierzam brać tego pod uwagę. Ani siebie, ani tym bardziej Izayę. Dlatego prowadząc go nadal, wspinając się po metalowej, zimnej drabinie, nie mam pojęcia, dla kogo to robię. Z ulgą podciągam to pod wkurzanie mężczyzny. Spełniam się prywatnie, jak widać. Nie zbliżał się do krawędzi budynku, zdając sobie sprawę, jak prostym celem mógłbym się stać. Rozglądam się po panoramie miasta, zasłoniętej o wiele wyższymi wieżowcami, zasłoniętej gęstym krokiem. Na niebie nie ma gwizd, zatem nie ma powodów by zadzierać brodę i gapić się w bezkresny firmament, zamoczony blaskiem krwawo czerwonego blasku zachodzącego słońca. Płyną po nim chmury w pastelowych odcieniach, przedzierając się w tle przez szczyty budynków, świecących własnym, punktowym światłem, jak u całe miasto w dole. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że powinienem przyprowadzić tutaj kogoś i wiele bardziej mi bliższego lub zachować ten widok dla siebie. Ale jestem tchórzem i szczerze powiedziawszy, już lepiej pokazać to wrogowi niż czekać na niemożliwe.

Izaya
Cały czas zastanawiałem się, jaki ma cel w tym, abyśmy tkwili w swoim towarzystwie, podczas gdy ja i on mieliśmy tyle ważnych obowiązków. A przynajmniej wydawało mi się, że coś takiego ma miejsce, nigdy nie prowadziłem jakiejś szczegółowej kartoteki dotyczącej jego życia codziennego. Wychodząc krok w krok za nim rozglądałem się uważnie, skąd mogłem wiedzieć, skąd miałem mieć pewność, czy aby przypadkiem nie prowadzi mnie w miejsce, w którym zaplanował sobie moją apokalipsę, może tym razem to on zebrał "fachowców", by to oni się mną zajęli? W głębi ducha wiedziałem jednak, że nic takiego nie miałoby miejsca. Zamiast tego, kiedy w końcu uporałem się z metalowymi szczeblami, stanąłem na szczycie budynku, w którym Heiwajima mieszkał. Widok mimo wszystko był piękny. Nie umiałem oderwać wzroku nie od betonowych konstrukcji, a wyrazu twarzy Shizuo, który w tym miejscu najwidoczniej przebywał, kiedy miał ważny ku temu powód. I nie wiedzieć czemu, poczułem się właśnie jakoś nieswojo. Myślałem, że w takie miejsca przyprowadza się przyjaciół, dziewczynę, nie osobę, której za każdym razem krzyczało się, że się ją zabije. Sam nie bylem lepszy, więc dlaczego to ja stałem tutaj razem z nim? Wtedy coś we mnie pękło, ale na szczęście jedyne skutki odczułem psychicznie, nie fizycznie. Nie okazałem niczego, czego mógłbym się wstydzić, a Heiwajima odczuć. Miałem ochotę usiąść i się nie ruszyć, ale brakowało mi tylko jego typowego, dobrze znanego mi charakterku, który umiliłby mi spędzony z nim czas. Jakoś inaczej zachowywał się, kiedy byliśmy sami, a zupełnie inaczej, gdy mijali nas ludzie. Czy to mnie się tylko uroiło? Miałem nadzieję, że tak.
Nie odzywałem się słowem, zamiast tego usiadłem na ziemi, plecami opierając się o pierwszą lepszą ceglaną ściankę. Czekałem na wyjaśnienia, których potrzebowałem do pełni szczęścia.

Shizuo
Chyba nastał dzień uszczęśliwiania Izayi, bo zrobiłem to, o co mnie prosił w myślach. Podszedłem do krawędzi, spojrzałem w dół, w głąb miliona świateł dzielnicy Ikebukuro. Czułem się oszukany, bo tuż pod moimi stopami, dziesiątki metrów w dole, nie było żadnego. Martwy punkt w tętniącym życiem, lśniącym mieście. Sięgnąłem po paczkę papierosów, ale okazała się być pusta. Więc rzuciłem opakowanie w dół, sięgając po kolejne, z fascynacją oglądając jak oddala się ode mnie. - Mieli zamontować tutaj te śmieszne siatki, łapiące samobójców. Kompletnie bez sensu, no nie, Izaya? - Posłałem mu szeroki uśmiech przez własne ramię i odsunąłem się od granicy pozornego bezpieczeństwa, przysuwając do kolejnej, którą tym razem przekroczyłem. Szczerze powiedziawszy stało się to w momencie, gdy zamknąłem się na dachu - miejscu, gdzie szanse na ucieczkę są nikłe - z teoretycznie najniebezpieczniejszym facetem w okolicy. Zabawne, on mógł być niebezpieczny, ja najsilniejszy. Ale to nadal nie powód, dla którego tak go nienawidziłem. Kucnąłem naprzeciw niego, przykładając ustnik papierosa do warg i przechyliłem głowę do boku.
- Nawet wczoraj ktoś stąd skoczył. A mimo to z taką łatwością można się tu dostać... To ja zaproszenie, nie sądzisz? - Uśmiecham się półgębkiem i spoglądam na niego z szyderczym zainteresowaniem. Co zabawne, podobał mi się. Nie mam pojęcia, czy to kwestia tego światła, podobnego do wczoraj, ale nie sądzę, by o to chodziło. Może stałem się już fanatykiem, chorobliwie czyhając na niego za każdym rokiem i próbując go wciągać w moje życie, jakby miało mi to pomóc zniszczyć go?

Izaya
-Czyli mam przez to rozumieć...
Urwałem, widząc, jak Shizuo zbliża się do mnie, jak kuca i przygląda mi się z zainteresowaniem. Liczyłem na to, że konkretnie mi coś powie, że wykaże jakąś chęć, jakieś zamiłowanie i choć wyjątkowo wstrząsnęło mną to, że to ja siedziałem tutaj z nim, nie dostałem niczego, czego oczekiwałem. Teraz też wyglądał jak psiak, jak szczenię, które siedziało i przyglądało się swojemu właścicielowi, a ja poniekąd tak się czułem. Był na wyciągnięcie ręki, ale nadal był tajemniczy, połowę ukrywał.
Podniosłem się i podszedłem aż do krańca dachu, wychylając się na tyle, żeby zauważyć wszystko, co znajdowało się na dole. Wtedy też odwróciłem się przodem do niego i rozpostarłem ramiona niczym skrzydła.
-Więc oczekujesz, że skoczę? To jakaś aluzja? Liczysz na to, że to ja będę następny? Jesteś taki przebiegły!
Uniosłem po raz kolejny kąciki warg w perfidnym uśmiechu, wykładając tym razem wszystkie karty.

Shizuo
Uniosłem jedną brew, uśmiechając się krzywo. Jakby zupełnie mi na tym nie zależało, czy skoczy, czy nie. Czy będzie żył, czy nie. Ale to kompletna bzdura; i tak starła uśmiech z mojej twarzy.
- Co miałbym z tego, że popełniłbyś samobójstwo?
Patrząc na to z pewnej perspektywy, to byłaby moja własna porażka. Zmusić go, by zrobił własnoręcznie to, czego ja nie byłem w stanie dokonać. Skończyć, a nawet zacząć. Podszedłem do niego, łażąc za Izayą jak pies. Ale czułem się o wiele gorzej.
- Poza tym, nie oszukując się, nie zrobisz tego. - Przede wszystkim dlatego, że moja pięść zacisnęła się na materiale jego bluzki i pociągnęła w moją stronę, odciągając od granicy świata żywych i umarłych. - To ja ci powiem, kiedy masz zginąć, nie wtrącaj się - mruknąłem, wypluwając pogryzionego papierosa z gęby. A potem spoglądałem na niego z góry, trzymając jego ciało blisko swojego i niemal krzyczałem, że to ja jestem tutaj panem sytuacji. Jedna moja zachcianka i Izaya żegna się ze swoim życiem i właśnie tego mi brakowało. Pokazać mu, kto dominuje, kto rządzi, gdzie jest granica i jakie są skutki. Dlaczego więc czułem się taki pusty w środku, przewiercony na wylot?
Izaya
Zostałem odciągnięty. Trzymał mnie przy sobie, a ja zaśmiałem się kpiąco, podważając jego słowa, bo przecież dlaczego miałbym przejmować się czymkolwiek, co wyciekło spomiędzy jego warg i dotyczyło mnie? Ja za to uniosłem dłonie i korzystając z okazji przylgnąłem do niego, unosząc usta do jego ucha. Zupełnym przeciwieństwem naszych codziennych spotkań były moje pragnienia, często niejasne, przejmujące nade mną kontrolę. Te duże i te całkiem maleńkie, które ignorowałem, bo nie były zbyt pracochłonne. Jakim pragnieniem był Shizuo? Moje serce i ciało nie było zbyt wyrozumiałe, doprowadzając w końcu do sytuacji, kiedy po prostu stałem tak, przyciskając jego ciało do swojego.
-Jesteś naiwny, jeśli w to wierzysz. A ja jestem naiwny pozwalając Ci robić ze mną, co tylko chcesz.

Shizuo
Przeszły mnie dreszcze, a mimo to całkiem niechętnie odchyliłem głowę w bok, starając się uciec od jego ciepłego oddechu. A jednak nie było przed tym wyjścia. On cały mnie otaczał, jego ciepło i zapach tylko mnie zachęcały do wszystkich tych rzeczy, których starałem się wystrzegać. Cały dzień myślałem tylko o tym, by nie myśleć w ten sposób o tym gnoju! Wymyśliłem kilkadziesiąt nowych sposobów na zabicie, kilka innych na upokorzenie, obrócenie w pył, a mimo to teraz były one niczym.
- To był twój pomysł - mamrocze uparcie i muszę przyznać, że to brzmi żałośnie. Niczym wymówka, usprawiedliwienie tego, gdzie się znaleźliśmy. Naprawdę tego potrzebuję? Jeszcze bardziej się poniżać i sprowadzać na siebie moją własną niechęć. Nie mogę niczego przy nim kontrolować, jestem tylko zwierzęciem kierującym się instynktami. Zabić, rozszarpać, zniszczyć. Dlatego chwytam jego podbródek zbyt mocno i bez krzty delikatności wpijam się w jego usta, uzewnętrzniając wszystkie moje słabości.

Vi
Krytyczna walka przyniosła mi na język jedynie tyle epitetów, ile potrzebowałem. Opisywałem Shizuo w myślach, jako bezwstydnego dupka bez skrupułów, któremu wszystko jedno było, z kim i jak. Mimo wszystko ze względów bezpieczeństwa odwzajemniłem pocałunek, również dołączając do zabawy z jego językiem. Nie miałem zamiaru go uwodzić, jednak dobrze wiedziałem, że ten ma przemyślane wszystko. Do tej pory nie powiedział mi, czego sobie życzy, a ja ślepo chodziłem za nim, dodatkowo grając według jego nut, jego instrukcji. Palce zacisnąłem dopiero na jego biodrach, nie krępując się przy nim już niczego. W tej relacji chodziło przede wszystkim o zaspokojeniu tych potrzeb, których nie zaspokajaliśmy na własną rękę i potrzebowaliśmy do tego drugiej osoby. Właściwie przez myśl przebiegło mi też, czy Shizuo robił to kiedyś, z kim, jak, ile, jednak przyczyną nasuwających się pytań była z pewnością jedynie czysta, sprowadzająca na mnie niebezpieczeństwo, ciekawość. Chciałem o to zapytać, chciałem wiedzieć, ale wyjątkowo nie zamierzałem użyć tej wiadomości jako karty przetargowej, jedynie zachowując to dla siebie. Wspominałem nie raz; tylko ja mogłem wiedzieć o Shizuo wszystko.
Oderwałem się od niego, pozwalając ścieknąć po mojej brodzie strużce naszej zmieszanej śliny, którą zaraz otarłem rękawem. Miałem tyle pytań, ale odpowiedzi ciągle ubywało, sprawiając, że na chwilę świat zawirował. Odsunąłem się od niego na tyle, na ile uważałem, że będzie to słuszne i usiadłem z powrotem na ziemi, lewe kolano podciągając wyżej, zaś na kolanie oparłem przed ramię i uniosłem na niego wzrok.
-W co Ty pogrywasz, Shizuś? Czy to nie dziwne, że ludzie, którzy jeszcze wczoraj ledwie unikali swoich ciosów, dzisiaj całują się tak, jakby świat wokół nich zniknął? Dałeś się wplątać w pierwszy lepszy wymyślony przeze mnie układ bez najmniejszego ale.

Shizuo
Przez moment znowu to miało miejsce i moje myśli po prostu wyciekły mi uchem, pozostawiając mnie samego, skazanego na pastwę Izayi. I chyba to mi szło gorzej, ale co z tego? Puściłem go, gdy ten się odsunął i wytarłem zamaszystym ruchem ślinę z ust. Dlaczego właściwie byłem z nim? Przecież logicznym byłoby iść się spić dzisiejszego wieczoru, by móc odchorować i ostatecznie zapomnieć o całym układzie. Takim właśnie sposobem paliłem kolejnego papierosa. Mam całkiem niezłe tempo, niedługo przestanę być wypłacalny.
- W co ty pogrywasz, Izaya? Pozwalasz mi na wszystko, co tylko chcę. To koniec naszej zabawy? - wytknąłem mu, pochylając się nad nim odrobinę, by z zawodem spojrzeć w jego tęczówki. - Poddałeś się? - Nie, nie chciałem tego mówić. Podobał mi się taki porządek rzeczy, miałem nad nim totalną kontrolę. To było świetne, ale...

Izaya
-Nie, ja w nic nie pogrywam. Ustaliłem jedynie, że nie masz zahamowań i nieważne, czy osoba, która stoi obok jest dziewczyną, chłopakiem, przyjacielem, czy wrogiem. Jesteś zdesperowany i samotny, a dowodząc temu sam w to wszystko się wkopałem. Tak, ja, Orihara Izaya, się wkopałem. Wkopałem się w Ciebie, jakkolwiek to brzmi. Ale nie martw się, wystarczy mi ciekawostek na kilka tygodni, a w najgorszym wypadku kilka dni. Zapuściłeś się aż do Shinjuku, aby mnie złapać, a potem zaciągnąłeś tutaj. Koniec końców to Ty zacząłeś prowadzić tę grę względem swojego planu, którego nie umiem rozgryźć. Powiesz mi, o co tutaj w tym wszystkim chodzi?
Z moich warg nie schodził ten sam, szelmowski śmiech, którym zwykle obdarzałem go w momencie, w którym rzucałem w jego stronę serią niepohamowanych wyzwisk. Jeśli miałbym opisać cokolwiek, co czułem w tym momencie, czy odpowiednim wyrazem byłby "zawód"? Ale na czym zawiodłem się bardziej? Na tym, że jako pan informacji zostałem w nie wciągnięty, czy też osobą, która tego dokonała? A może z kolei byłem wściekły, że moje parszywe serce tamtego wieczora biło tak mocno, że do teraz nie potrafiłem przestać o tym myśleć? Każdy jego pocałunek zostawiał na mnie swoje piętno, szalał w mojej głowie jako coś, czego się nie pozbędę i już po chwili odczuwałem skutki odstawienia. Miałem delirium spowodowane brakiem Shizuo, brakiem jego dotyku na sobie, co uważałem za całkowicie pozbawione sensu.

Shizuo
Mógłbym się nieźle uśmiać, słuchając tak tych wszystkich oskarżeń. Ale jakoś niekoniecznie było mi do śmiechu już na samym początku, gdy uzmysłowiono mi, że rzuca ma się na wszystko, co się rusza, a przecież to kompletna bzdura. Oczywiście, kierowała mną moja dzika i nieujarzmiona strona, ale ona jeszcze nikogo nie przeleciała! Jedynie dziesiątkowała idiotów. Ale milczałem, bo to chyba było lepsze. O wiele lepsze niż przyznanie się, że Izaya jest moim pierwszym od... Khm, to kompletnie nieważne. Że po prostu nie molestuję, nie całuję, nie dotykam ludzi. Nadal się obawiałem, że zostanę przejrzany, chociaż moje sumienie było czyste. A jednak czekałem na moment kiedy Izaya mnie złamie i przejrzy, wyciągając na wierz wszystkie brudy, o których ja sam nie mam ochoty słuchać. Napięcie we mnie rosło, a ja czekałem na moment kulminacyjny, który pozwoli mi wybuchnąć. Ale nie nadszedł. Spoglądałem na niego z pewnego rodzaju zdziwieniem. Czyżbym miał jeszcze szansę się wykaraskać? Czy to tylko część jego gry, tak jak cała reszta. Kłamstwa. Wszystko to skonstruowane w ten sposób, by dać mi pozorną przewagę i uczucie panowania nad sytuacją, by w jednym momencie to odebrać? Znałem Izayę i wiedziałem, jak jest przebiegły. Nie lubiłem tego, nigdy nie mogłem go dogonić w ten sposób. To było męczące, a poza tym wolałem go zwyczajnie sprać niż planować jakieś chore psychologiczne podejścia. A na to się skazałem i miałem kompletny mętlik w głowie. Wiedziałem, że nie można mu ufać. A mimo to ufałem i dlatego oszukiwałem samego siebie.
- Niby dlaczego miałbym ci tak po prostu sprzedać informacje o sobie samym? - mój głos byl spokojny, poważny. Chyba zaczynałem rozumieć zasady tej gry. Może nawet przetrwam jeszcze jeden dzień, nie tonąc w nim jeszcze bardziej? Zmienię pościel, zapomnę o jednej parze moich bokserek...

Izaya
-Bo bariera między nami chyba zaczęła runąć, nie uważasz? Nie cenię się tak nisko, by dla głupiego układu oddać swoje ciało. Ale jak jest z Tobą? Co siedzi w umyśle bestii, która jest zdolna do rozłożenia całej dzielnicy na elementy pierwsze?
Delikatnie rozmasowałem bolący kark, wygodniej rozsiadając się na ziemi. Sam nawet nie wiedziałem, czy powinienem się odzywać na ten temat, na pewno mówiąc to nie brzmiałem wiarygodnie. Z resztą nie dziwiłbym się, gdyby odebrał to właśnie jako element sabotujący jego życie prywatne, jako broń, którą nie bałem się dysponować. Sam też byłem przekonany, że wystarczy mały, chociaż najmniejszy zły krok z mojej strony i zostanę unicestwiony. Może i planem było odkrycie wszystkiego, co zataił, ale jednocześnie ceną za to było odkrycie moich sekretów?
-Widzisz, Shizuś. Niektóre rzeczy nie wymagają mówienia o nich. Mówię w tym momencie o miłości i nienawiści. I jedno, i drugie, ściśle łączy się z cielesnymi przestępstwami, z zażyłością, ale niektórzy uważają, że na zupełnie innych platformach. Według Freuda miłość była jedynie wyeksponowaniem żądzy seksualnej, a nienawiść powstaje jako skutek niewyładowania frustracji. Dlatego ciężko też te dwa pojęcia rozróżnić.
Zacząłem wypowiedź, podnosząc się i chwilę krążąc bez ładu i składu po dachu, dłonie uparcie trzymając w kieszeniach. Czasem nie opłacało się wyrzucać tylu słów z siebie, jednak teraz... nie wiem, czy czułem potrzebę powiedzenia konkretnie tego, czy konkretnej osobie, którą był Shizuo.
-I nie zrozum mnie źle. Ale jeśli mówiąc Ci, że Cię nienawidzę, staram się w ten sposób przekazać, że jestem sfrustrowany brakiem Twojej bliskości? Może próbując się zabić nawzajem chcę tylko zwrócić na coś uwagę? Nie, nie komentuj. W Twoim łóżku źle się myśli i to właśnie jest tego efektem. Pierwotnie miłość i nienawiść są jednym, taki psikus.

Shizuo
Nie, nie uważałem tak. Nawet jeśli fizycznie nie było jej w ogóle, a psychicznie tworzyłem ją na zawołanie w momencie, kiedy to wszystko przestało mi się podobać. Tak samo jak nie uważałem, że Izaya nie byłby w stanie oddać mu swojego ciała tylko po to, by wygrać. Nie miałem wątpliwości do teraz, ale patrząc na to z perspektywy czasu, ten rzeczywiście był zbyt oddany, zbyt ciepły, zbyt nie-Oriharą-którego-znał. Albo którego tak naprawdę nie znał. Nie interesowało go zbyt wiele; Izaya to, Izaya tamto, wniosek: Izaya był dupkiem, którego należało sprać na miazgę.
Nie mógłbym tego skomentować. Mój mózg zawiesił się już - a może dopiero i na dodatek powinienem uznać to za sukces? - na jego frustracji z powodu braku mojej bliskości. Mojej. Bliskości. Bliskości. Zasadnicze pytanie brzmiało, czy przez bliskość rozumiemy także szeroko pojęte akty przemocy, kiedy nasze ciała ścierają się w walce na śmierć i życie, krew miesza się ze sobą bez oporu, a nasze życia przeplatają wzajemnie ze świadomością, że za moment któreś z nich się skończy. Jednakże nigdy do tego nie dochodziło. Niewykluczone, że Izaya nie był tylko chorym dupkiem, opierającym swoje tezy na innym dupku, którego molestował własny tatuś - ale to do niego podobne, prawda? Do tego ckliwego przemówienie ktoś powinien włączyć jeszcze deszcz i smutną melodię, ale najwidoczniej Ikebukuro żyło własnym życiem i nie zwracało na nas uwagi.
To było wspaniałe przedstawienie, Izaya. Brawo.
A jednak nie zdołałem powiedzieć tego na głos. Zmarszczyłem brwi, myśląc nad jego słowami zawzięcie i starając się przyjąć to do świadomości jako kłamstwo. Najwidoczniej byłem zbyt rozemocjonowany tymi słowami, by spokój przyszedł tak szybko.
- Nienawidzę sposobu, w jaki grasz, Izaya. Jak zwykle musisz oszukiwać i kłamać, żeby dostać to, czego chcesz. Co z tego masz? Lubisz oglądać, jak czyjeś życie się rujnuje? - Poddaję się złości, łapię go za poły jego kurtki i przyciągam do siebie. Ostrzę na niego kły i łypię z nienawiścią; czuję się ugodzony w jakiś słaby punkt i źle mi z tym.

Izaya
-No pewnie. Gdybym tego nie robił, to ktoś już dawno zrujnowałby życie mnie.- parsknąłem, a kiedy podniósł moje ciało ze swoją typową łatwością, odetchnąłem, uśmiechając się krzywo. Nawet jeśli grałem, nawet jeśli nie; kto znalazłby różnicę między fikcją a rzeczywistością w świecie skazanym na przepływ odgórnie przefiltrowanych informacji? Do ludzi dochodziło tyle, ile mogło, nie musiało. Błędną tezą byłoby również utwierdzanie się w przekonaniu, że źle oceniłem Shizuo, ale od razu dostałem potwierdzenie, jak wielki zrobiłbym błąd. Ostatecznie i tak przestałem rozumieć, jakie ma motywacje, po co to wszystko. Po co tak się wysilał ze względu na kogoś, kogo największym marzeniem jest trzymać jego powoli ochładzające się ciało. Zupełnie odwrotną teorią chciałem odtworzyć wszystko, ale nie w tym świecie i na pewno nie z nim.

Shizuo
- Tymczasem rujnujesz moje życie? Co w tym takiego fascynującego? Myślisz, że skoro ci nieźle nie wpieprzyłem, to możesz ze mną robić, co chcesz? - szarpnąłem go mocniej ku sobie, nasze ciała znowu się zetknęły. Ale teraz nie łączyły, a ścieramy w niebezpiecznym tańcu agresji. Przejrzałem go, byłem tego pewny. Ale dlaczego czułem się zawiedziony? Dlaczego patrzyłem w jego oczy z pewną nadzieją. Na co? Miałem przecież wszystko, czego chciałem i nie chciałem. Chciałem go nienawidzić, prawda? Nic z go nie zmieniać, nie ryzykować, nie narażać siebie, a przede wszystkim kogoś. Chociaż jak miałbym go skrzywdzić?

Izaya
-Osoba Twojego pokroju nie powinna mnie umoralniać. Dałem Ci to, czego potrzebowałeś, czego chciałeś, w zamian ja oczekiwałem jedynie rozrywki. Nie będę jednak owijał w bawełnę; trzymaj się ode mnie z daleka przez jakiś czas. Chcę to wszystko unormować. Nie chcę myśleć o Tobie, nie chcę gdybać, nie chcę czuć Twojego dotyku, bo zbytnio zaczęło mi się to podobać.- mruczałem pod nosem z niezadowoleniem, które udało mi się całkiem mistrzowsko odegrać. Nie miałem względem niego żadnych pozytywnych planów, tak musiało zostać. Co by się stało gdyby równowaga między nami została zachwiana? Nienawiść między mną a nim nie miała prawa się zmienić i ja sam w to wierzyłem, a skoro Shizuo doskonale wiedział, kim jestem, to dlaczego robił taką minę? Dlaczego wyglądał, jakby na coś liczył? Dłońmi przykryłem te jego, chwilę wędrując po nich opuszkami. Starałem siebie i jego uspokoić, choć zdawałem sobie sprawę z tak wielkiego ryzyka. No i co? Zmienię cokolwiek myślami? Nienawidziłem go, nienawidziłem, nienawidziłem... i mogłem powtarzać to sobie do usranego końca. Droczyć się z nim. I czuć się dobrze, bo w dalszym ciągu miałem go przy sobie. Nie mogłem zepsuć tego porządku. Nie mogłem przechylić szalki tej wagi. Nie mogłem, nie chciałem. Co za różnica? W końcu i tak wychodziło na jedno i to samo. Nie robiłem tego; po prostu. -Dlatego puść mnie. Na dzisiaj chyba kończymy Twoje zachcianki.

Shizuo
- Zamierzasz zapaść się pod ziemi na jakiś czas, bo zabawa, która prowadzimy zaczęła ci się podobać? - To nie wyglądało na kapitulację, nie strony Izayi. Przechyliłem głowę do boku, spoglądając nań nieugięcie, nawet kiedy od tego dotyku miękły mi kolana. Chciałem go odepchnąć, chciałem przyciągnąć. Chciałem się oddalić, zaaprobować ten pomysł, ale Nie mogłem. Nie kiedy był mnie tak blisko i zdawało mi się, że jest jak nóż w moim ciele. Gdybym tylko go wyciągnął, zacząłbym krwawić i nie mógłbym nic z tym zrobić. Nie mogłem znieść jego dotyku, zapachu drażnią go moje nozdrza, pobudzającego w zabawny sposób żołądek. Właściwie podobnego uczucia doświadczam, kiedy próbuję go zabić i adrenalina krąży w moim krwiobiegu, przeistaczając mnie w maszynę do mięsa. Ale teraz nie było powodów, dla których miałbym się tak czuć. - Nie dotykaj mnie w ten sposób - prycham, nie puszczając go. Od samego początku moje decyzje były sprzeczne; niby nie chciałem tej gry, a sam go szukałem. Niby upierałem się, że nie chcę go w tej fałszywej odsłonie, a jednak podobał mi się. Gdybym był odporniejszy, prowadziłbym tę grę, ale niestety nie byłem. Już teraz czułem się, jakby mnie miał i to okropne uczucie nie pozwalało mi nawet spokojnie oddychać. - Nienawidzę pogrywania ze mną w ten sposób. - Mógłbym mu pogratulować, w końcu mu się udało znaleźć mój najczulszy punkt mojej żelaznej skóry. Pięta Achillesa, dziura w chitynowym pancerzu. I okazał się nią być właśnie Izaya. Czy to nie żałosne? Czy właśnie nie reprezentuje sobą jeszcze mniej człowieka? Dociera do mnie, że jesteśmy tacy sami, a ja jestem równie okrutny, co on. Pozwoliłem mu wpadać nad moim umysłem, dając się prowokować. Wciągałem się w te głupie gierki i korzystałem z nich, zawsze usprawiedliwiając to nienawiścią. Tak jak Izaya, odwracałem swoją uwagę. I nieźle nam to szło. Ale nie jestem w stanie podjąć większego ryzyka niż to, które było dotychczas, bo wiem, że to właśnie ono by mnie zabiło. - Powiedz w końcu, czego chcesz.

Izaya
-Ty dobrze wiesz, czego chcę. Dobrze wiesz, że jedyne, do czego dążę, to...
Właśnie. Czego ja właściwie chciałem? Czy naprawdę jedynym moim celem było zranienie Shizuo to tego stopnia, bym widział, jak się wije, kiedy będę stał nad nim, decydując o jego losie? Czy chcę tego, aby umarł z mojej ręki? Uświadomienie sobie tego wszystkiego nie mogło przecież być takie trudne, gdyby teraz dotarło do mnie, że to wszystko nie było tym, do czego zmierzałem, jak bardzo okłamywałbym siebie? Definiując najprostsze i logiczne aspekty moich myśli śmiałbym twierdzić, że moim prawdziwym i jedynym celem było całkowite uniezależnienie ode mnie blondyna, posiadanie go na własność. I może nawet przyjąłbym tę teorię, wdrożyłbym w życie, gdyby nie pasja, jaką darzyłem swoje plany, które dotyczyły nienawiści do obiektu moich badań. Zaprzestałem dotykania jego dłoni, zagryzając wargi i na chwilę odwracając wzrok w bok, aby tylko nie widzieć wyrazu jego twarzy. Najbardziej chciałem, by mnie puścił, bym zaczął to od początku, z większym rozmachem, z większą chęcią na zamordowanie go, chciałbym nie myśleć i kontrolować to, co mi się wymknęło, a najbardziej chciałbym, żebym przestał chcieć.
Żaden człowiek nie mógł z nim wytrzymać, więc dlaczego mnie kręciło to w tak, że nie mogłem złapać tchu, że zredukowanie tego do absurdu osiągnęło poziom krytyczny i nie zezwoliło mi na żaden sensowny ruch?
-Jeśli mam Cię nie dotykać, najpierw mnie puść. Niewygodnie mi się tak rozmawia. W przeciwieństwie do Ciebie jestem człowiekiem i oczekuję chociaż minimalnej wygody.

Shizuo
- Zniszczyć mnie? - Uśmiech po cichu wkrada się na moje usta. Jest szorstki i nieprzyjemny, męczy moje wargi i wszystkie mięśnie twarzy. Przeraża mnie to, jak daleko zabrnęliśmy i z jaką powagą traktujemy nasze wzajemne opinie. A przynajmniej mi zależy niezmiernie na tym, by zrozumieć Izayę, dlatego gapię się na niego, ignorując prośmy o puszczenie go. Zaciskam palce tak mocno na materiale jego bluzki, że bieleją mi knykcie. Nie pozwolę mu się odsunąć, prędzej powiem prawdę. Oglądam jego wyraz twarzy i wydaje mi sie, że nawet kiedy odwraca spojrzenia i zgryza wargę jest w tym coś mi bezpiecznego. Szczwanego, fałszywego. Pewnie, jestem przewrażliwiony na tym punkcie, ale co mogę po tylu latach? Nauczyłem się mu nie ufać, nauczyłem traktować jak wroga, jakby zlikwidowanie go było moim celem w życiu. Kiedy spostrzegę się, że wszystko jest podporządkowane temu mężczyźnie, który już ze mną wygrał? Że popełniłem błąd, dając mu zaciągnąć się do łóżka i że nie dam rady odwrócić tego, co się stało. - Powtarzanie tego w kółko jest nudne. Ale właśnie ci się udało, Izaya. Dzięki tobie jestem tylko śmieciem i obiecuję, że ci to wynagrodzę tak, jak na to zasłużyłeś. - Szukam jego spojrzenia, chcę mieć pewność, że każde moje słowo do niego trafi. Ze nie będzie żadnych niedomówień. Nikt nie będzie bawił się ze mną w takie rzeczy, nieważne jak bardzo samotny jestem. Nie podejdę bliżej.

Izaya
-Dlaczego? Ile znaczy dla Ciebie to, że stoję naprzeciwko Ciebie? Czyżbyś wpadł, Shizuś?
W końcu zmusiłem się do tego, aby spojrzeć na niego. Tak samo wymuszony był uśmiech, który wrzuciłem na swoją twarz, aż w końcu chcąc przerodzić się w coś więcej niż tylko pustą histerię, szarpnąłem się raz, drugi i trzeci. CO z tego, że na marne, skoro w głowie zaświtało mi to, że się nie poddaję? Bo ja nigdy się nie poddawałem, nawet jeśli w grę wchodziło moje życie. Zawsze ryzykowałem tyle, ile mogłem dla swojej własnej, chorej satysfakcji, ale czy kiedykolwiek doprowadziło mnie to do upadku? Oczywiście pomijając wszystkie te wpadki z Shizuo, bowiem te wykańczały mnie na każdej płaszczyźnie życia.
-Nie. Nie zniszczyć. Nie wymuszaj na mnie wycieku informacji, byłbym inaczej kiepskim informatorem.
Wzruszyłem słabo ramionami, opierając czoło o jego obojczyk. Jednocześnie stawałem się silniejszy, wiedząc, że nie mogę zdradzić mu najważniejszego, o ile to faktycznie zaistniało. W przeciwnym wypadku sam opisałbym się jako idiota i skończony debil. Jako marzyciel bez podstaw do urzeczywistnienia swoich planów. Bo czy którykolwiek z nich wypalił?
-Tak, jesteś śmieciem. Ale, kurwa, moim śmieciem. I moim masz pozostać.

Shizuo
- Mam być wdzięczny za to, że tu teraz stoisz? Czy za to, że mogę codziennie za tobą latać, próbując cię zabić...!? - Wygląda na to, że ze mnie całkiem sarkastyczny gość. Teraz dostrzegam, że to, co jest na porządku dziennym, wcale nie jest normalne? Byłem przekonania, że wszystkim dupkom się należy to, co im daję, a Izayi tym bardziej - był niemal Królem Dupków, największym zwyrodnialcem. Nim też musiałem się zająć, realizując moje idealistyczne zamiary. Nie puszczałem go, trzymałem blisko siebie, obwiniałem o każdej zło w mojej dzielnicy, nawet profilaktycznie. Wszystko przecież było z nim powiązane, pośrednio i bezpośrednio. Wszystko wprowadzali się do tutejszego boga informacji i życia - Izayi Orihary. To coś normalnego i nawet ja przyjąłem to bez oporu. - Tylko dla ciebie jestem TAKIM śmieciem. - Ściągnąłem powietrze ze świstem. Nie mogłem dłużej udawać ślepca, w końcu nim nie byłem. On niszczył mój mur, za którym uparcie się kryłem, mówiąc mi te rzeczy. Nawet jeśli wiedziałem, że to tylko kłamstwa, chciałem w nie wierzyć. Fantazjowałem o tym, jakby to wyglądało, gdybym dał się zwieść. I dawałem. Mój uścisk powoli zależał, bo nie było sensu go trzymać jak na smyczy, skoro sam się przysunął. Rozłożyłem dłonie, opierając je przez moment o jego pierś, a potem przeniosłem je z tego niekomfortowego miejsca na plecy Orihary. On cały był bardzo niewygodny, ale i tak go przytuliłem. Po prostu. Mocno, by mi nie uciekł. Zaborczo, by zdawał sobie sprawę, że nie żartuję. Że to moment na odsłonięcie kart. Jestem gotów.

Izaya
-Naprawdę jesteś idiotą.
Burknąłem ciszej, po czym wypuściłem ciężko powietrze z płuc, nie ruszając się już ani o milimetr. Zdecydowanie nie byłe typem, który potrafił zdać się na odczucie chwili, nie. Zamiast tego byłem pewien, że jeszcze chwila, to obaj oszalejemy bezpowrotnie, że żaden z nas nie będzie już taki sam. On przecież był siłą Ikebukuro, ja umysłem Shinjuku. Może to dlatego czułem się bez niego jak bez ręki? Dlaczego to mnie przytulał, zamiast znaleźć sobie kogoś, kogo byłby w stanie pokochać i kto pokochałby jego? Im bardziej zagłębiałem się w jego życie, tym drastyczniej w nim tonąłem, bez możliwości wypłynięcia na powierzchnię, ale przestało mi to przeszkadzać w momencie, w którym te silne ramiona przytrzymały mnie przy sobie, nie pozwalając mi odlecieć. Nie zamierzałem zmieniać do niego podejścia, ale też coś we mnie pękło, wiedząc, jak mocno chciałem, by to on mnie trzymał.
-I co, przeszkadza Ci to? Śmieci się wyrzuca, ale masz szczęście, bo dla mnie każdy śmieć niesie ze sobą informacje. Każdy coś znaczy, a ja jestem informatorem i je zbieram. Nie wyrzucę Cię.

Shizuo
- A ty jesteś chory. - Ugryzłem się w język, nim zdążyłem wyznać mu moją nienawiść do niego. To dopiero zepsuło by ten zepsuty widok dwóch wyrzutków społeczeństwa, przytulających się do siebie. Oddychałem niespokojnie z przekonaniem, że coś jest nie tak. Stanowczo, mój sumienie mi to podpowiadało. Zastanawiałem się, czy to już koniec, czy to szczyt moich możliwości i czy rzeczywiście samotność mnie zżarła do tego stopnia, iż spoufalam się z wrogami. Dlaczego Izaya? Szczerze powiedziawszy nie boję się, że go skrzywdzę. Dlatego jest idealny. - Wolałbym w ogóle nie być śmieciem - mruknąłem, odnosząc się nie do szeroko pojętego pojęcia śmiecia jako osoby, ale mojej własnej definicji, z której wynikało, że jestem nim dopóki moje uczucia do Izayi są tak beznadziejne. Dopóki jestem od niego uzależniony i dopóki muszę go trzymać tak blisko. Ale... Było ciepło, to fakt. Było przyjemnie i w pewnym sensie czułem się przy nim, o zgrozo, bezpiecznie. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym go puścić, a jednocześnie nie mogłem tak trwać wieczność.

Izaya
-No jestem. Zepsuty do szpiku kości też. I co z tego? Tę część siebie lubię.
Podniosłem dłonie, zaraz jednak podnosząc je wyżej i wyżej, aż ułożyłem je na jego karku i zmusiłem, by ten schylił się do mnie na tyle, ile potrzebowałem, aby wpić się w jego wargi. Nawet okoliczności, w jakiej to robiłem, nie były jakieś wyuzdane, byliśmy tylko my. Tylko my i to cholerne poczucie bezradności, przynajmniej w moim przypadku. Trwałem obok niego, zły sam na siebie, wręcz wściekły, że jakąś część mojego serca zajmowała jedynie myśl o nim, pozbawiona skaz, które codziennie dostrzegałem, kiedy widziałem jego obrzydliwą twarz i usposobienie. Brzydziłem się człowiekiem, którego potrzebowałem, jednocześnie nienawidząc wszystkiego, co jego dotyczyło. I właśnie to było zastraszające.
Delikatne muśnięcie zakończyło się tym, że znów wtuliłem twarz w jego tors, nie chciałem teraz na niego patrzeć. Zrobiłem w tym kierunku zbyt dużo ryzykownych rzeczy, zbyt dużo nieprzyjemnego, zbyt dużo uzależniającego poczucia zależności.
-Nienawidzę Cię.

Shizuo
Nie przyznałem się, ale... Tak, to chyba ta strona Izayi mi się podobała. Nie wyobrażałem go sobie w innej, nawet teraz ta poważna była jakaś nienaturalna, zwiastująca kłopoty. W końcu nic się jeszcze nie wyjaśniło i nadal trwałem w jednej wielkiej niewiadomej. Pozwoliłem się całować, ale nie pozwoliłem, by pocałunek zainicjowany przez Izayę był głęboki czy namiętny. Nawet nie rozchyliłem warg, jedynie odpowiedziałem ruchem, muskając jego usta subtelnie, w ten dziwny, zupełnie nie pasujący do mnie sposób. - ... - Milczałem, zachowując spokój i nie komentowałem tego. Pewnie, że nienawidziłem go bardziej, ale po co o tym mówić, skoro to takie oczywiste? Złożyłem dłonie za jego plecami, trzymając go w swoich ramionach i zaskakiwało mnie, jak bardzo tam pasował. Jakbyśmy byli dla siebie stworzeni, ale to już brzmi źle. Jesteśmy stworzeni, by siebie nienawidzić i wiecznie walczyć. To, co dzieje się teraz, jest tylko iluzją. Krzywię się pod nosem i mam ochotę zapalić. Znowu.

Izaya
Syknąłem, karcąc się za swoje zachowanie. Nie było ono zachwycające, gdybym miał się teraz wykaraskać z tego wszystkiego, musiałbym od razu skoczyć z tego dachu z nadzieją na rychłą śmierć. Odetchnąłem ciszej, po czym puściłem go i wyswobodziłem się z jego uścisku, po czym odwróciłem się do niego tyłem. Już wystarczająco dużo czasu straciłem na stanie tutaj, podczas gdy miałem tak wiele roboty do zrobienia. Wsunąłem dłonie w kieszenie i burknąłem pod nosem "niewiarygodne", po czym powoli ruszyłem w stronę wyjścia. Miałem już tego dość, musiałem to zakończyć. A skoro to było wszystko, co mieliśmy sobie do powiedzenia, to po co miąłem tu tkwić jak kołek? Nie odwracałem się w jego stronę; jedynie niepotrzebnie bym się denerwował.
Syknąłem, karcąc się za swoje zachowanie. Nie było ono zachwycające, gdybym miał się teraz wykaraskać z tego wszystkiego, musiałbym od razu skoczyć z tego dachu z nadzieją na rychłą śmierć. Odetchnąłem ciszej, po czym puściłem go i wyswobodziłem się z jego uścisku, po czym odwróciłem się do niego tyłem. Już wystarczająco dużo czasu straciłem na stanie tutaj, podczas gdy miałem tak wiele roboty do zrobienia. Wsunąłem dłonie w kieszenie i burknąłem pod nosem "niewiarygodne", po czym powoli ruszyłem w stronę wyjścia. Miałem już tego dość, musiałem to zakończyć. A skoro to było wszystko, co mieliśmy sobie do powiedzenia, to po co miąłem tu tkwić jak kołek? Nie odwracałem się w jego stronę; jedynie niepotrzebnie bym się denerwował.

Shizuo
Naturalnie, nie dało się tego cofnąć. Nieważne jakie głupoty padły z ich ust, jak nieprzemyślane i obrzydliwe. Niszczyły całą grę, sprowadzając ją do punktu bez wyjścia. Najgorszy możliwy ruch został wykonany, a powrót do dawnego stanu rzeczy nie był możliwy. Westchnąłem bezgłośnie i ukryłem dłonie w kieszeniach, idąc za przykładem Orihary. Unikałem jego wzroku, przez moment nie chciałem go znać, a potem znowu moje spojrzenie go napotykało i dziwne uczucie paliło moją pierś. Nawet jeśli jego jedno słowo potwierdziło moje wszelkie obawy i "niewiarygodne" zrujnowało mnie od środka. Czyli jednak byłem tylko obiektem badawczym, doświadczeniem, na podstawie, którego Izaya jest w stanie osądzić, w jakim stopniu potworem jestem? Jaka część mnie jest nieludzka i przerażająca? Czuję, jak się uśmiecham, a przecież wszystko doskonale rozumiem. Niech tak będzie. I czy on, to bez znaczenia. Czuję się, jakby ktoś mnie głaskał, uprzednio faszerując nowokainą i dobrze, bo ta obojętność jest mi bardzo na rękę. Idę za nim, ale nie śledzę go. Za moment nasze drogi się rozejdą, jak gdyby nigdy nic.

Izaya
Zszedłem na dół, bez najmniejszego zamiaru poruszania jakiegokolwiek tematu. Nawet jeśli chciałbym, by mnie zatrzymał, albo żebym to ja zabrał go do siebie, nie powiedziałbym tego na głos. Wystarczająco dużo najadłem się wstydu, przekazując mu to, czego przekazywać nie zamierzałem nikomu. Dlaczego on był zatem wyjątkowy? Czy powodem było to, że dopełnialiśmy się jak ying i yang, woda i ogień, powietrze i ziemia? Znalazłszy się na klatce schodowej, niewiele myślałem nad tym, gdzie idę. Zmierzyłem do windy i nie bacząc już na nasze zachowanie na dachu, wszedłem do środka, od razu wciskając przycisk parteru. Miałem wrócić do Shinjuku, potem zamknąć się w biurze i poczekać na Namie. Tyle mi wystarczyło. Potem zapewne zajmę się odwiedzaniem forum i pozyskiwaniem oraz weryfikowaniem zawartych tam informacji. Tylko to dostarczało mi tyle rozrywki, jak wcześniej gonienie za Shizuo i denerwowaniem go. Ba, czasem nawet myślałem, że nasze pogonie są jedyną odskocznią od mojego "nudnego" życia...

Shizuo
Wszedłem za nim do windy, w końcu mieszkałem trochę niżej. Wcisnąć m czwarte piętro i Izaya miał pecha, że to ono było po drodze, prawda? Sam chciał grać w tę grę. A ja się podjąłem. Czułem się już tylko gorzej i gorzej, ale nadal stałem prosto, spoglądając przed siebie, gnijąc w środku, nie znając powodu. To żałosne, że ktoś taki jak ja jest tak wrażliwy. Nienawidzę tego. Ale w tym momencie bardziej nienawidzę Izayi, który po raz kolejny mnie krzywdzi. Nie przypominam sobie, by ktoś kiedykolwiek w ciągu całego życia zadał mi tyle bólu. Fizycznego i psychicznego. Wsuwam dłoń do jego kieszeni, kiedy winda się zatrzymuje, a potem łapię go za rękę i wyciągam za nią na zewnątrz, nie tłumacząc się spojrzeniem. - Nadal wisisz mi obiad - rzucam całkiem m obojętnie, trzymając go za rękę i prowadząc w stronę mojego mieszkania.
Izaya
Nie sądziłem, że wrócę tutaj tak szybko. Bardziej spodziewałbym się, gdyby szedł za mną aż do mojego mieszkania, żeby poznać dokładny adres, ale nie myślałem, że wyciągnie mnie tutaj, podczas gdy mieliśmy się rozstać. Zacisnąłem lekko pięści, jednak pokierowałem swoje nogi za nim, chyba z czystej ciekawości, co dalej zrobi. Interesowało mnie wszystko, co było z nim związane i sam zapłaciłbym każdą cenę, by poznać wszelkie jego tajemnice. I tak lepsze chodzenie za rękę, niż przerzucanie sobie kogoś przez ramię jak worek ziemniaków, tylko za tę jedną rzecz byłem mu wdzięczny. Gdyby postąpił raz jeszcze tak samo, z pewnością nie wytrzymałbym presji.
-Nie licz na to, nie zasłużyłeś swoim bezczelnym zachowaniem, Shizuś. Musisz być grzeczny, bo inaczej jedyne, co mogę Ci zaoferować, to zimna stal między zębami!

Shizuo
Nie, nie obchodził mnie adres Izayi. Nadal to były informacje zbędne, były rzeczy, które o wiele bardziej chciałem poznać niż jego miejsce zamieszkania. - Z tego co pamiętam, twoja zabawka została w Shinjuku, Izaya - puściłem jego dłoń, otwierając drzwi i przechodząc przodem, spojrzałem na niego kątem oka. Wystarczyło zejść z tego dachu i już wszystko było w normie, to takie proste! A co dalej? Będę próbował go zabić swoją własną lodówką?

Izaya
Na samo wspomnienie mojego biednego towarzysza wzdrygnąłem się, ale bardziej wypełniła mnie podła chęć upokorzenia go tylko dla swojej własnej informacji, więc korzystając z pierwszej, lepszej okazji i momentu zamknięcia się za nami drzwi, wparowałem do środka i bez uprzedzenia od razu wskoczyłem do jego sypialni, gdzie automatycznie rozsiadłem się na jego łóżku. Od razu na myśl przyszła mi uprzednia noc, a ja przecież nadal nie zrobiłem tych cudownych, upragnionych zdjęć! Położyłem się plackiem i wyszczerzyłem się sam do siebie. -Jaka szkoda byłaby, gdybym pożyczył którąś z Twojej kuchni!

Shizuo
Odprowadziłem go nieprzychylnym spojrzeniem. Nie podobało mi się, że ten się tak panoszy. To nadal ta sama osoba, która jeszcze przed chwilą... Zresztą, racja, to nieważne. Tę rundę wygra ten, który będzie w stanie patrzeć prosto w oczy drugiemu i nie udławić się przy tym własną śliną. Należało wyłączyć kojarzenie, pamięć, myślenie i po prostu być.
- No tak, trochę ich szkoda - mruknąłem beznamiętnie, opierając się o ścianę i przyglądając mu. Co za kompletny drań. Robił to specjalnie. Grał mi na nerwach. Miałem ochotę go za to rozszarpać. - Co w takim razie jemy? - To nie tak, że uciekałem od tematu, po prostu byłem głodny. Nadal mogliśmy w tle mówić o mojej zagładzie, czemu nie.

Izaya
Dopiero teraz mogłem przyznać, że jego pościel była naprawdę wygodna. Nadal pachniała nim, a to wszystko mnie otaczało, aż w końcu przymknąłem na chwilę oczy, próbując się nie roześmiać. To nie tak, ze właśnie w ten sposób ukrywałem większość dziwnych i niewytłumaczalnych odczuć, jakim zdecydowanie było przywiązanie do Bestyjki. W końcu pozbyłem się tylko tej nostalgicznej aury, więc mogłem balować! Podniosłem się dopiero na pytanie na temat obiadu, który również przysporzył mi wiele powodów do śmiechu. Wyciągnąłem do niego prawą dłoń w oczekiwaniu, że do mnie podejdzie.
-A może serce Shizusia podane w jego własnej krwi? Reflektujesz?

Shizuo
- Reflektuję się - odparłem ze skrzywieniem na twarzy i wbiłem spojrzenie w jego dłoń. Nie. Co to za zasada, że za każdym razem, gdy jesteśmy sami, zamknięci w czterech ścianach albo w inny sposób odgrodzeni od rzeczywistości i świata zewnętrznego, zawsze robię to, co on zechce? Nie miałem najmniejszego zamiaru podchodzić bliżej, ani ofiarowywać mu mojego własnego serca. Rozstrzygnąłem te kwestię z samym sobą i nie powinienem poddawać się manipulacjom Izayi. Nawet jeśli ochoczo podejmowałem się pracy jako jego króliczek doświadczalny. Wyciągnąłem mój telefon i podałem mu go, by mógł zadzwonić.
- Wolę sushi.

Izaya
Nie spodobało mi się, że nie podszedł. Nie spodobało mi się, że cokolwiek poszło nie po mojej myśli, więc podniosłem się, chwytając telefon w dłoń i wykonałem potrzebny telefon, upewniając się tylko, czy mam przy sobie odpowiednią ilość gotówki. Na szczęście zgarnąłem rano całą dniówkę za zlecenie, więc nie mogłem narzekać na zbyt mały dochód. Po zamówieniu dwóch powiększonych zestawów sushi, położyłem telefon obok siebie na pościeli i wyjąłem z kieszeni portfel, przeliczyłem pieniądze i wyjąłem je, coby w razie czego zapłacić za dostawę.
-Jesteś wybredny, ale nie martw się. Specjalnie dla Ciebie Simon je przyniesie, więc nie musisz ruszać tyłka na dół. Swoją drogą, szybko znikają Ci malinki z szyi.
Zauważyłem, dłuższą chwilę przyglądając się mu i wstałem, podchodząc do niego bliżej, a wtedy przesunąłem palcami po jego skórze dość zdziwiony tym faktem. Nie było ani śladu po moim znęcaniu się nad jego szyją i karkiem, to dopiero!

Shizuo
- Świetnie. - Przynajmniej się najem i będę odrobinę szczęśliwszy. A gdy Izaya radośnie wybiegnie z mojego mieszkania, żeby załatwiać swoje sprawy nocą, ja również wyjdę, w nieco innym celu. Ktoś musi zapłacić za wszystkie przykrości, które mnie spotkały i prawdopodobnie będzie to pierwsza lepsza osoba, która będzie miała pecha mnie zaczepić. Jestem strzępkiem nerwów i zastanawiam się, jakim cudem jeszcze funkcjonuję.
Nie cofam się przed nim, jedynie grymaszę i przechylam głowę do boku. Malinki są siniakami, tak więc problem był chwilowy.
- To nie jest zabawne, Izaya - warczę i zgrzytam zębami. Jak tak dalej pójdzie, zwyczajnie je sobie zetrę. A wcześniej zetrę Oriharę na miazgę, to dobry pomysł. Właściwie to się o to prosi, wracając do tego tematu.

Izaya
-Nie jestem tu chyba zbyt mile widziany. Obawiasz się, że zrobię Ci krzywdę? To po co mnie tutaj przyprowadziłeś? Nie sądzę, by chodziło tylko o postawienie obiadu.
Pociągnąłem go za sobą w stronę jego łóżka, po czym pchnąłem tak, by wylądował na pościeli tyłkiem. Nie interesowało mnie, czy siedział, czy leżał, jak tylko osiągnąłem pierwszy sukces, usiadłem na jego biodrach, wpatrując mu się w oczy. I nie, nie byłem zboczeńcem, który właśnie życzył sobie szybkiego numerku, o nie. Zbyt dobrze mu być też nie mogło! Dłonie ułożyłem na jego policzkach, moje palce chyba zbyt ukochały sobie nadzwyczaj miękką skórę w tym miejscu, a wargi po raz kolejny wylądowały na tych jego. Chciałem umilić czas sobie, a skoro nie dało się tego robić rozmawiając z nim, musiałem skupić się na fizyczności. O ile zaskakującym gestem było to, że Shizuś do tej pory jeszcze mnie nie zabił, zwyczajne wydało mi się właśnie to, co robiłem teraz. Czy właśnie tak powinno być?

Shizuo
Dałem się pociągnąć, byle tylko nie musieć odpowiadać na pytania. Zbyt ciężkie pytania, w końcu osobiście również nie znałem odpowiedzi. Niby co mogło być powodem?
- Tu? - Uniosłem brew. Wszędzie. Oczywiście, że się obawiam. Już to zrobił i jako jedyny mógł to zrobić. Szczerze powiedziawszy Izaya miał większe pole do popisu niż każdy inny mój przeciwnik. Tylko z jego strony doznawałem takiego bólu i tylko od niego chciałem go więcej. Czy to dlatego nadal żyje? Prędzej uwierzę w to, że jestem masochistą niż w to, że mi się podoba. Ale prawda bywa okrutna i sam nie mam pojęcia kiedy zaczynam doceniać to, jak dobrze mu w czarnym. Przyglądam się jego klatce i bluzka lekko opina jego korpus. Lubię jego nogi.
I zawzięcie staram się zaprzeczyć temu wszystkiemu.
- Chodzi tylko o jedzenie - zapewniam, choć to kłamstwo. Tak samo jak jednym wielkim oszustwem jest moje pełne złości spojrzenie na jego dotyk, bo potem sam wycieram sie o jego dłonie, niby przypadkiem. Są takie miłe...

Izaya
-Dlaczego nie jesteś taki przy innych? Popatrz, nawet Ty umiesz czasem być człowiekiem. Jesteś tu ze mną i reagujesz na dotyk. Nie musisz tego ukrywać, bo ta Twoja udawana obojętność bardziej mnie nakręca.
Zaśmiałem się i powiodłem wargami na jego szyję, po chwili przesuwając po niej językiem. Pozostawienie na niej mokrego śladu pozwoliło mi potem wrócić tym samym szlakiem, zostawiając po sobie pocałunki i gorące oddechy. W zupełności satysfakcję dawały mi reakcje mężczyzny i choć to nie w moim stylu, na tym postanowiłem zaprzestać. Jedynie podtrzymywałem go rękami, abym nigdzie się nie przekręcił i nie upadł podczas swojego nowego ulubionego zajęcia. Molestowany przeze mnie Shizuo był naprawdę czarujący! Jakby w tych dwóch sytuacjach stawał się swoim przeciwieństwem. Na ulicy bestialski, sam na sam pozwalał mi myśleć, że nawet on potrzebuje czułości, którą tylko ja byłbym w stanie mu dać, choć bardziej wykazywałem taką nadzieję, niż pewność.
-Tylko o jedzenie? A to nie jest smaczne?
Spytałem, po chwili prostując się i językiem powiodłem po jego dolnej wardze, a nosem przywarłem do jego policzka, lekko go nim smyrając. Ciekaw byłem, jak zareaguje na taki gest względem niego. Naprawdę. I dlaczego zapominałem przez chwilę o wszelkich negatywach? Nawet zacząłem myśleć o zamknięciu Shizusia gdzieś w piwnicy, byle tylko był do mojej dyspozycji!

Shizuo
- Mam zacząć być taki przy innych? - Marszczę brwi, unikając spojrzeń Izayi, kiedy ten znowu to robi, bo staram się znieść to dzielnie. Właściwie zachowanie spokoju przychodzi mi naturalnie, ale nie w takich sytuacjach. Jeżeli mam być szczery, jeszcze nigdy nie byłem przy nim spokojny, więc nic dziwnego, że ten jest taki zaskoczony. I jeszcze nazywa to "bardziej ludzką stroną"! Bezczelność... Mówiąc wprost, teraz też nie jestem spokojny. Moje serce obija się o moje żebra, usiłując uciec, a ja sam jestem zmuszony walczyć z moim własnym ciałem, które nie wytrzymuje testów. Jestem słabym zwierzęciem doświadczalnym. Sapnąłem przez nos, a moje dłonie same przeniosły się na jego talię, obejmując go pod kurtką. - Nakręca? Do odstawienia kolejnej takiej sceny jak przed chwilą czy takiej jak wczoraj? - Nigdy nawet nie starałem się być delikatny w naszej relacji, bo mi na niej nie zależało. Teraz byłem tak pewny siebie, że pozwoliłem wyciągnąć na wierzch brudy, psując trochę zabawę.
- A tobie jak smakuje?
Było pyszne i niemal natychmiast sam odpowiedziałem na ten gest, chwytając jego dolną wargę i ciągnąc lekko ku sobie. By na koniec ją użreć do krwi, nie szczędząc sobie. Na czymś musiałem wyładować frustrację i chyba najlepszym obiektem była jej przyczyna - Orihara Izaya. Pachnący tak słodko i męsko, że nie odsuwałem jego twarzy. Kontynuowałem zaczepianie go, zlizując krew z jego wargi. Metaliczny posmak zawracał mi w głowie i nawet gdyby ktoś raczył mi powiedzieć, że właśnie w tym momencie pieszczę się z Izayą jak para zakochanych gołąbków, nie uwierzyłbym.

Izaya
-Nie. Nie możesz. O ile chcesz nadal żyć.
Przesunąłem tyłem wyżej, czując, jak powoli zsuwam się niżej, tak bardzo skupiłem się na tym, co robiłem, że nie zwracałem uwagi na nic, co mnie otaczało, liczyło się tu, teraz i osoba, którą dotykałem. Nawet gdyby teraz postanowił mnie zabić, odebrałbym to w sposób porządnie zamglony, ale nadal bym kontaktował. Oczywiście taką miałem teorię. Jakby wyszło w praktyce, nie wiedziałem. Dłonie Shizusia na moich bokach otuliły mnie gorącem, od razu wiedziałem, że powoli i jemu przestała przeszkadzać przesunięta bariera i odosobnione punkty kulminacyjne w naszej nienawiści. Chyba i on potrzebował chwili oddechu.
-Nie, ja bym sobie z chęcią popatrzył na Ciebie. O ile wiesz, o czym mówię.
Rzuciłem kąśliwie z wyuzdaną złośliwością, jednak zaraz otworzyłem szerzej oczy, czując nieprzyjemny wstrząs pochodzący z wargi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że to prędzej czy później nastąpi, ale nie sądziłem, że podczas niewinnych igraszek! Shizusia naprawdę trzeba było wytresować! I gdyby nie uporczywy dzwonek do drzwi, zrobiłbym to od razu, jednak z wciąż krwawiącą wargą wstałem z niego i podszedłem do drzwi z podłym planem. Bo niby kto spodziewałby się mnie w domu Heiwajimy? Radośnie otworzyłem drzwi i wręczyłem należną sumę Simonowi, który, jak widać, o mało nie zgubił swoich gałek ocznych pod drzwiami Shizuo, widząc w drzwiach nie blond-potwora, a jego największego wroga, beztrosko hasającego po jego domu i w dodatku zamawiającego jedzenie!

Shizuo
Chyba oszalałem do reszty, bo niezmiernie spodobała mi się ta groźba. Niedługo zdiagnozują u mnie syndrom sztokholmski i zamiast na robotach społecznych za niszczenie państwa, wyląduję w pokoju bez klamek. Bardzo ciekawa perspektywa. A to tylko dzięki facetowi, który twierdzi, że zobaczył jakąś inna stronę mnie. - Nie - odparłem krótko i stanowczo, a mimo to i tak kącik ust drgnął mi w nerwowym tiku. O ile dobrze myślałem, Izaya miał bezwstydnie propozycje i rzucał nimi na lewo i prawo, właził na moje kolana, całował i zostawiam po sobie malinki. Aż śmiesznie, że ten stan rzeczy utrzymywał się od wczoraj. Ale na pewno nie miałem zamiaru z nikim dzielić się wieściami, że teraz z Izayą preferujemy spanie ze sobą, żeby nie demolować w tak znaczącym stopniu miasta. Okazuje się, że niektóre znaki są potrzebne! Pomimo wszystko, nie wyszedłem za Izayą: i tak bym go nie dogonił. Poza tym chyba zdrowa myślą będzie podejrzewanie Orihary o zamordowanie mnie i w ramach uczczenia tego, zamówienia nią podwójnej powiększonej porcji sushi. Prawda? Dlatego leżałem na własnym łóżku, gapiłem w sufit i słuchałem głosu informatora dobiegającego z korytarza. Drań miał go całkiem przyjemnego, ale nadal wkurzającego.

Izaya
Na pytanie o to, co tutaj robię, rzuciłem krótko-przyszedłem dręczyć wroga, co nie mijało się z prawdą w żadnym wypadku. To, że nie dodałem, na jakiej płaszczyźnie odbywały się tortury, było zupełnie inną sprawą, ale szybko dodałem też, że Shizuś to okropny brutal, kiedy już się zbytnio do niego zbliży. Myślałem, że ton mojej wypowiedzi zdradzi charakter naszej relacji, ale bardziej było to na zasadzie podkreślenia, że to moje mięso i nikt nie może go tknąć. Było to czysto instynktowne, z tej samej przyczyny chciałem naznaczyć jego szyję ostatniego razu i teraz zapragnąłem, by każdy w okolicy się dowiedział. Simon jako jeden z najbardziej rozpoznawalnych i rozgadanych osób szybko rozniesie wieść, dlatego też wybór z kupnem sushi padł na tę knajpkę. Jedzenie zdawało się być jedynie narzędziem, ale dla mnie było to o tyle zabawne, że niewielkim kosztem i wkładem własnym dotrwałem celu. Zamknąłem drzwi, zgarniając siatkę z sushi i niosąc ją do sypialni Shizuo, gdzie rzuciłem ją na łóżko i stanąłem obok, patrząc na niego z wyższością. Teraz mogłem poczuć się lepiej, tylko w takiej sytuacji to on był skazany na moją łaskę. -Chcesz zjeść teraz, czy mogę kontynuować?- urwałem dopiero, kiedy zorientowałem się, iż Heiwajima do teraz nie zdradził mi swojego życzenia. Ale czy to było ważne? Pamiętał o tym? Skoro i tak byłem tutaj i nawet robiłem to wszystko z własnej woli.

Shizuo
Miałem ochotę go zamordować, bo w przeciwieństwie do niego wcale nie chciałem, by całe Ikebukuro się dowiedziało, z kim sypiam. I podniecało tym tak samo jak Orihara, który chyba nie poszanował zasad naszego zakładu. Mogłem je ustalić, ale od tego momentu niewiele myślę o takich praktycznych rzeczach. Jeżeli mam być szczery to myślę wyłącznie o Izayi, a na domiar złego uciekam w stronę tych przyjemnych fantazji, zresztą niewiele odbiegających od rzeczywistości. - Jesteś trupem, Izaya - warknąłem groźnie, modulując głos i podniosłem się z łóżka, by stanąć naprzeciw niego. Nie musiałem dawać mu do zrozumienia, że jego uwaga była wyjątkowo jednoznaczna. - Skoro zamierzasz tak rozgłaszać wszystkim naokoło, jak wygląda nasza obecna relacja, może zaczniesz ode mnie? - Chwyciłem go za kark i przysunąłem w swoją stronę, pochylając się nad nim. - Wolisz opowiedzieć, jak cholernie dobrze było ci ostatnim razem czy określić naszą relację? I tak za moment te informacje pójdą w obieg, więc może uda mi się osobiście usłyszeć twoje zdanie na ten temat, Izaya? Dlaczego sprzedanie takich informacji było opłacalne? - Oczywiście, że w pewien sposób utrudnił mu tym życie, ale tym razem ugodził również we własną godność publiczną. Jaki to miało sens?

Izaya
Wiedziałem, że będzie zły, ale przyjąłem to ze stonowaniem i nadmiernym spokojem. Nie męczył mnie również fakt, że o mnie również będą mówili. Dopiąłem swego, a nie raz powtarzałem, że z takiego powodu zapłaciłbym każdą cenę. Czując jego dotyk na karku i wściekłe spojrzenie, jedynie uśmiechnąłem się szeroko, przez chwilę nie kontrolując swoich gestów; dłonie mimowolnie wkroczyły na teren jego torsu, podczas gdy ja zająłem się mówieniem. -Nie interesuje mnie, kto się dowie, jak. Chcę mieć pewność, że nikt Cię mi nie zabierze, a jak inaczej tego dopiąć? Założyć Ci obrożę z nazwiskiem właściciela, kaganiec i smycz?

Shizuo
Czując jego dłonie na piersi tym bardziej przyciągnąłem go bliżej. Chciałem uzupełnić nim pewną lukę, która tworzyła się za każdym razem, gdy znikał z zasięgu moich dłoni i nie wiedziałem, czy to dobry pomysł. Ale nie interesowało mnie to tak długo, jak był przy mnie. Drań. - Z tego co pamiętam nie było mowy i tym, że mam być twoim psem, a do tego na wyłączność. - Opuszkami palców podrapałem go po karku.

Izaya
Przylegałem do niego zgubnie, porównując się skutecznie do ćmy lecącej do ognia, jednak niezbyt przejąłem się tym, jak bardzo uwolniłem z uwięzi emocje i odczucia. Czyżbym zdradzał mu zbyt wiele, niż początkowo mogłem powiedzieć? Otulające mnie ramiona zdawały się być mi azylem, nawet akceptującym to, jakim zwyrodnialcem byłem. Pomimo szkody, jaką z pewnością mu wyrządziłem, nadal trzymał mnie kurczowo, a ja zaciągałem się z zadowoleniem jego zapachem, kojącym wszelkie nerwy. -Nie było tego w układzie, ale masz do czynienia z tym parszywym człowiekiem, który nie mówi o kruczkach umieszczonych maleńkim drukiem. Ani tym bardziej nie uprzedzam o skutkach i warunkach w 100% zgodnie z prawdą. Jesteś moim wrogiem, Shizuo. Jesteś tylko moim wrogiem. I nikt nie ma prawa Cię tknąć, bo inaczej spotka się ze mną...


Shizuo
- Kiedy mówisz to w tym momencie, niekoniecznie brzmi to przekonująco. - Skrzywiłem się, bo znowu miałem problem z Izayą. Albo raczej ze sobą, bo nasze ciała przyciągały się jak dwa magnesy i nie miałem na to wpływu. Przysnąłem się tak blisko, jak tylko mogłem, by zaraz wpleść palce w jego włosy i lekko go za nie pociągnąć. Starałem się robić to dyskretnie, ale co jakiś czas spoglądałem na jego wargi, które powinny być obligatoryjnie moje. - Nie jestem twój. Ale ty jesteś mój, bo tak wynika z zakładu. - Uśmiecham się szeroko, z satysfakcją. Tak właśnie wygląda moje życzenie. A moja nagroda jeszcze lepiej. Kiedyś wyobrażałem go sobie tylko martwego, teraz widzę go w każdym aspekcie mojego życia, każdym możliwym miejscu, w całej gamie różnorakich sytuacji. Opieram czoło o te jego i drugą ręką obejmuje go w pasie. - Co ty na to, że od teraz jesteś moją własnością?

Izaya
Uniosłem brwi, patrząc na niego najpierw z pogardą, a potem powoli zaczął na wargi wkradać się niezrozumiale szeroki uśmiech. Nie sądziłem, by ten zażyczył sobie tak niereformowalnej rzeczy, ba, dlaczego zażyczył sobie mnie? Czy Shizusiowi naprawdę na mózg padło to, co razem zrobiliśmy? Odsunąłem go od siebie otwartymi dłońmi, po czym pokręciłem głową, siadając na jego łóżku i przystawiając rękę do ust. -A co, jeśli powiem, że nie? Obawiam się, że to życzenie nie stanowi dobrego materiału na wdrożenie go w życie.- Zaśmiałem się, myśląc jeszcze chwilę i odetchnąłem ciężko, kładąc się i przekręcając na bok, wtulając się w jego pościel. Dlaczego to życzenie tak mnie zadowoliło?

Shizuo
- Niewiele mnie to obchodzi. - Wzruszyłem ramionami, bo i tak Izaya był mój. Skoro on mógł rozgłaszać coś takiego, co wiązało się bezwiednie z posiadaniem mnie. I wszyscy o tym wiedzieli i tak było, nawet jeżeli teraz bym zaprzeczył. Bo opinia publiczna wie swoje. - Mógłbyś to zejść. - Podałem mu jego porcję, siadając na krawędzi łóżka.

Izaya
-Ale nie musisz robić za mój zegar, który mówi, kiedy mam się odżywiać.- parsknąłem śmiechem i sam zabrałem się za swoje sushi, rozłamując pałeczki z dziwnym zadowoleniem. Upór Shizuo pozwolił mi nie tylko przysposobić sobie, jak podatny jest na emocje, ale też plotki, ale nie przeszkadzało mi to. Im więcej rzeczy zadziało się właśnie w tym zakresie, tym lepiej i sam nie mógłbym tego efektowniej zaaranżować. Na pierwszy rzut pałeczek poszedł marynowany imbir, który z całego serca uwielbiałem. Jak ktoś o zdrowych zmysłach mógł odmówić tak cudnej przekąski? Równie szybko pozbyłem się sushi, zostawiając dwa kawałki, które kolejno przystawiałem Shizusiowi pod usta. -No, Bestyjko, otwórz paszczę.

Shizuo
-W końcu jesteś mój, mogę ci kazać jeść, kiedy tylko chcę - Zabrałem się ze jedzenie, na moment nie myśląc o Izayi, który siedział gdzieś obok i pałaszował swój obiad. Aż do chwili, kiedy informatorowi znowu zebrało się na czułości. Spojrzałem na niego, a potem sięgnąłem do jego pałeczek i sam przysunąłem je bliżej swoich ust, by zjeść je. A potem połamałem jego pałeczki.

Izaya
Uniosłem brwi, po czym podniosłem się, chwytając oba opakowania w dłoń i wyniosłem je do śmieci, wracając po chwili do Shizuo, aby tylko oznajmić mu, że skoro warunek został spełniony, to chciałbym wrócić do siebie, bo wystarczająco zaniedbałem pracę. Niestety nie ściemniałem; po sięgnięciu telefonu z przerażeniem odkryłem pierdyliard wiadomości w skrzynce głosowej, więc najwyższą porą było nadrobić zaległe zlecenia. Oparłem się o drzwi, poprawiając kurtkę. -To skoro zjadłeś i nie jestem już Ci nic winny, pozwolisz, że pójdę

Shizuo
Zmierzyłem go spojrzeniem, milcząca. Niby mógłbym go zatrzymać, ale... Chyba miałem go dosyć. Tak po prostu, to było zbyt dużo jak na moją wrażliwą duszyczkę. Otwierałem się przed nim, a tego nie chciałem. Szczególnie nie przed Izayą. To w końcu mój wróg, a całość jest grą. Nieważne, jak bardzo chce traktować to jako coś innego. - Nie rozpowiadaj bzdur po drodze.

Izaya
Machnąłem mu jedynie na pożegnanie, po chwili już bez słowa wychodząc z jego mieszkania, potem kierując się ku wyjściu z bloku. Musiałem po raz kolejny przemierzyć całą trasę na piechotę, ponieważ kogoś naszła ochota na sushi, a mnie nie chciało się rozmieniać pieniędzy na drobne. I choć najśmieszniejsze było w tym wszystkim to, do czego okazałem się być zdolny, przyjąłem wszystko, jakby otwierając zupełnie nowy rozdział w swoim życiu. Miałem być jego własnością, tak? To wszystko wiązało się z pewnymi komplikacjami, ale ja się tym nie przejmowałem, jedynie uzewnętrzniając mój wewnętrzny konflikt z własną, wcześniej niepodważalną intuicją. Cóż, każdy ma swoje słabostki, ale żeby ograniczać się kimś? I to w dodatku Shizuo? Do domu dotarłem równie spóźniony, co podekscytowany. Jeszcze nigdy nie nasłuchałem się tylu wersji wydarzeń, choć główną plotką Ikebukuro zostało to, że omal nie zostałem zabity przez Shizusia. Nie było to, co planowałem, ale kamień spadł mi z serca, kiedy otrzymałem pieniądze za pozostałe informacje. Teraz już tylko mogłem spać na pieniądzach, a dokładniej kanapie, bo niefartownie na niej zakończyłem cały ten dzień, przysypiając.
 


3 komentarze:

  1. Dobra, drugi rozdział za mną. Tak ze spraw dotyczących tekstu, chyba raz czy dwa, zamiast "Izaya" jest "Vi". W poprzednim rozdziale togo nie zauważyłam, raczej było bezbłędnie, tutaj natomiast podczas jednej wypowiedzi Izayi, macie totalne powtórzenie, to jest chyba jego końcowa wypowiedź ze sceny na dachu. Pewnie przekopiowało się dwa razy :3 zdarza się, ale fajnie by było jakbyś poprawiła to :) cóż, nie będę wybierać braków interpunkcji, bo nie jest najgorzej, spójnie i logicznie, natomiast w tych dwóch rozdziałach było kilka literówek, zarówno w tekstach Shizuo jak i Izayi. Jednym słowem - miło by było jakby dać ten tekst pod opiekę jakiejś bety. Vi, mam pytanko, czy mogę dać poczytać "spragnionym niczym jak po tygodniu na Saharze" yaoistką całość tego tekstu? Ogólnie znowu bardzo mi się podobało, jednak tutaj już jeszcze póki jestem w stanie myśleć trochę bardziej trzeźwo niż zazwyczaj kiedy komentuję, powiem że moim zdaniem akcja rozwija się bardzo dynamicznie, i trochę ta "akcja na dachu" to było za dużo. Za szybko wielkie słowa... tak to widzę. Jako iż (jak mniemam) tekst jest zakończony (a ja posiadam całość i nie jest to porzucone ;-; na razie nie oceniam całości, taka mała uwaga tylko, aby o tej NIENAWIŚCI nie zapomnieć ;) cóż, lecę czytać dalej, tak trzymać. Kawał (całkiem...ogromny bo to jeśli mój word dobrze ogarnia +400 stron całości ;-;) dobrej roboty ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wspominałam, tekst miał nie być przeznaczony do publikacji, ale z chęcią betę przygarnę. Możesz nawet posiąść to stanowisko. XD

      Usuń
  2. I trochę wkurwia mnie ta czcionka w komentarzach. Samej siebie rozczytać nie mogę! No ale powodzenia ;)

    OdpowiedzUsuń