Dzisiaj Dzień Matki, wszystkim mamom, nastoletnim, kocim i urojonym życzę wesołego karpia! A może to nie to święto..?
NOBODY
„Zdefiniuj przestępstwo”. Czy w czasach, kiedy to system jest odpowiedzialny za decyzje człowieka, ktokolwiek może bawić się w osądy? Spersonalizowane dowody, autodestrukcyjna świadomość, sekundy odliczane nie przez nas, lecz zmechanizowane elementy społeczeństwa. Człowiek myślący samodzielnie w dzisiejszych czasach jest enigmą, ewenementem. Spójrz, jeśli przyjrzysz się dokładnie, zauważysz, że nawet Twój zegar biologiczny poddany jest procesowi autokorekty. Ludzie nie odgrywają już znaczącej roli w świecie, który niemal pozbawiony jest skaz. Ale czy kiedy przekształcimy odbierany obraz, nie dojdziemy do wniosku, że skazą jest ludzki umysł zniewolony wolą maszyny?
Nie myślałem, że ten dzień przyniesie ze sobą jakiekolwiek komplikacje. Nudny poranek w Biurze odebrał mi resztkę dobrego humoru, cierpliwości i nawet ochoty na prowadzenie jakiejkolwiek sprawy. Nie mogłem powiedzieć, że wszystko było dla mnie zrozumiałe, zwłaszcza skończenie raportu na temat Oryou Rikako sprawiło mi nie lada problem. Puste tabelki, kolumny oraz wyjaśnienia przyprawiały mnie o zawroty głowy, mdłości, a nawet ataki wściekłości, ale i tak musiałem to wszystko pouzupełniać. Fakt, wolałbym, byś był teraz obok, wolałbym, byś to Ty siedział ze mną, rozmawiał, choć i tak musiałem powstrzymywać się, by nie być dla Ciebie zbyt uprzejmym w pracy. Trzy lata. Pieprzone trzy lata, które sprawiły, że jedyną wolną i świadomą decyzją było popołudniowe spotkanie z Tobą, potem wspólny wieczór, czasem i noc. Rzadko kiedy zostawałem aż do poranka, obowiązki zaczynały mnie frustrować o coraz to wcześniejszej godzinie, czasem nawet pozwalając mi zapomnieć o śniadaniu czy też porannym wypiciu kawy. Jedyne, czego byłem pewien, to obudzenie Ciebie, a potem odebranie zaległych raportów, przejrzenie ich i skatalogowanie Zawsze miałem nadzieję, że mimo wszystko uda nam się zachować pozory i nie dać po sobie poznać, skoro już…
Zdenerwowanie zaistniałą sytuacją osiągnęło zenit około godziny 14, kiedy to Inspektor Tsunemori skontaktowała się z Biurem w kwestii Twojego patrolu. Obawiałem się tylko jednego, nie, dwóch rzeczy. Twoja możliwa ucieczka skreśliłaby Cię, podwyższając Twój Psycho Pass na tyle, by Dominator przybrał opcję likwidacji. Nie chciałem myśleć, co by się stało, gdybyś to zrobił, choć doskonale wiedziałem, że często o tym mówiłeś. Musieliśmy zareagować.
Bieg szybko przekroczył moje granice możliwości, stał się dzikim galopem. Chciałem wierzyć, że wszystko, co do tej pory nazywałem słusznym, pozostało właśnie takie, jak tego pragnąłem, nawet nie pomijając żadnego „nieistotnego” fragmentu mojego toku myślenia. Zdawało mi się, że powierzałem wszystko w jednej, najmniejszej decyzji, która od początku wymykała się z mojego zasięgu rąk. Była Twoją decyzją. Czy jeśli kiedyś unikałem zagrożenia, by się nie zawieść, czy skłonny byłem odczuć cokolwiek powiązanego z miłością? Czy ryzyko i zniewolenie przez drugą osobę nie oznaczają tego samego?
Moje złe przeczucie nie mogło sprawdzić się tak szybko. Każdy centymetr, który dzielił mnie od Ciebie, był dla mnie czymś w rodzaju pułapki, ślepym zaułkiem, skręcałem w korytarze ze ślepą nadzieją, że jeszcze zobaczę Twój parszywy pysk i że znowu powiem „nie wychylaj się”. Liczenie na korzyści z niemożliwego dla ludzkiej oceny realiów zdawało się jedynie marnym i karygodnym niedopowiedzeniem, jakie wynikało z niewystarczającego doświadczenia życiowego, z każdą kolejną chwilą dając mi do zrozumienia, że poszedłem nie tą ścieżką, co powinienem. Drony podążające za mną bezkrytycznie odmierzały czas, jaki być może pozostał mi do wzięcia odpowiedzialności za Twoje czyny, za Ciebie, za Twoje myśli, pragnienia i, co gorsza, za to, jakim idiotą byłem, zostawiając Cię samego, choć doskonale wiedziałem, że nie usiedzisz na miejscu. Krok za krokiem, bicie serca wtórujące ciężkiemu oddechowi i zamiłowanie do nagłych kontrreakcji mojego umysłu z marzeniami, to wszystko coraz mocniej nie pozwalało mi się zatrzymać. W całkowitej ciemności wiedziałem, że jedyne, co czeka mnie na końcu tego korytarza to Ty, który być może już nigdy nie przywita mnie ze swoim głupkowatym uśmieszkiem. I chyba nie tego obawiałem się najbardziej, wiesz, Kougami? Nie tego. Bałem się, że nigdy nie powiem Ci, co naprawdę do Ciebie czuję.
Korytarz zdawał się zapadać, schodził niżej, niżej, aż gdzieś na samym końcu ujrzeliśmy światło. Nie było jakoś cholernie mocne, delikatne, z lekką, czerwoną poświatą, zdawało się prowadzić nas we właściwe miejsce. Nie umiałem opisać, co czułem, kiedy zbliżałem się do celu. Strach, nienawiść, chęć przyłożenia Ci za objaw samowolki? Czy to jedyne powody, dla których biegłem tu jak straceniec i nie zamierzałem przestać? Moje nogi nadal się nie zatrzymywały, byłem nawet pewien, że w końcu w przypływie jakiegoś większego stresu, zabiję nimi kogoś i nie zostawię po sobie śladu, a głównym ochotnikiem, którego pierwszego potraktowałbym w ten sposób, z pewnością byłbyś Ty.
Powoli wyrównywałem tempo, kiedy tylko drony przede mną zwolniły, wykazując mi odczyt z liczników. Widząc mojego ojca przy Tobie odetchnąłem z ulgą, zaraz jednak uświadamiając sobie, co właśnie zobaczyłem. Padłem na kolana, ledwie hamując łzy w oczach, jednak nie było na nie czasu. Nie mogłem pokazać słabości, choć właśnie zrozumiałem, dlaczego tak bardzo chciałem Cię zobaczyć.
-Kougami, Idioto, do kurwy nędzy! Kto zezwolił ci na opuszczenie Biura?!
Sam nawet nie zwróciłem uwago, że głos, który kiedyś uważałem za stanowczy, pewny siebie… zaczyna się łamać, że łkam z Twojego powodu. Leżałeś na tej podłodze, ze wzrokiem tępo wbitym we mnie, zupełnie jakbyś chciał coś powiedzieć, jednak nie potrafił dobrać słów, a ja doskonale zdawałem sobie sprawę, że w tym momencie powinieneś zwrócić mi uwagę, że nie powinienem się mazać z tak błahego powodu. Zawsze uważałeś, że moje zamartwianie się o Ciebie sprawiało mi jedynie problemy, ale nigdy nie potrafiło do Ciebie dotrzeć, że to jedyny problem, który sprowadziłem na siebie z własnej woli. Czy naprawdę tak ciężko było Ci w to uwierzyć, Kou? Czy naprawdę nie umiałeś zaufać mi nawet w takim momencie?
Przyłożyłem dłoń do Twojego policzka, oczekując jedynie, że powiesz mi, że już jest z Tobą dobrze, że żyjesz masz się dobrze. Nie chciałem przeprosin i wyjaśnień, chciałem zapewnienia. Zapewnienia, że nie zostawisz mnie z dnia na dzień, nie mówiąc, gdzie idziesz, czy co zamierzasz. Chciałem mieć wszystko wyłożone na tacy, chciałem traktować Cię jak pewnik bez zmiany nastawienia. Strach, jaki przynosiło mi myślenie o jutrze, za każdym razem sprawiał, że chciałem pobiec do Ciebie, pochwycić w ramiona i już nie pozwolić Ci się wyrwać. Zerwanie dotychczasowych relacji, upadek przyjętych przeze mnie norm… czy naprawdę było to niczym w porównaniu do tego, co naprawdę czułem do Twojej osoby?
Dopiero po chwili poruszyłeś się pode mną, starając się podnieść z ziemi. Było to niemożliwe, Twoja klatka piersiowa była poważnie postrzelona, a widok Twojej krwi na Twojej koszuli i na ziemi wprawiał mnie w swoisty obłęd. Życie, które ceniłem ponad wszystko, osobowość, która doprowadzała mnie do szaleństwa i osoba, która odebrała mi wszystko, nie dając niczego w zamian… naprawdę byłeś idiotą. Prowizoryczny opatrunek nie był w stanie powstrzymać krwawienia, była Ci potrzebna natychmiastowa pomoc lekarza.
-Nobuchika, zajmij się Ko. Ja poszukam inspektor Tsunemori.
Głos Masaoki wydał się odbijać echem. Zastanawiałem się, czy wszystko, co czuję, nie jest przejawem stresu, jednak po namyśle, stwierdziłem, że zabiję Cię, jak tylko ujdziemy stąd z życiem. Chociaż… nie martwiłem się o siebie. Bałem się, że mogę Cię stracić.
Wyprowadzenie Cię ze środka zajęło znacznie więcej, niż myślałem. Nawet z pomocą dronów miałem problem z uważaniem na Twoje rany postrzałowe, jednak kiedy tylko udało mi się dotrzeć do wozów policyjnych, wiedziałem, że pozostała nam jedynie droga do Biura. Nie opuszczałem Cię na krok, Ty zaś nie spuszczałeś ze mnie wzroku, jakby próbując wyłapać, co w tym momencie myślę. Nigdy nie sądziłem, że nawet w takiej sytuacji będziesz starał się opisać wszystko jak najbardziej logicznie, z silnym naciskiem na zrozumienie. Zawsze wyprzedzałeś mnie o krok, to ja biegłem za Tobą, kurczowo trzymając się Twojej dłoni i nawet, kiedy to Ty byłeś ranny, czułem, jakbyś uratował mnie od wieloletniej ciemności. Nawet nie wiesz, jak cieszyłem się na głupie słowa „zdrów jak ryba” albo „wyjdzie z tego”. Stały się dla mnie priorytetem. Czymś, co mogło budzić mnie i kłaść się ze mną do łóżka. Oczywiście w zasłużonej kolejce zaraz po Tobie.
-Jesteś taki przewidywalny Gino.
Burknąłeś w końcu pod nosem i podniosłeś się do siadu, podczas gdy ja zająłem się opuszczeniem rolet, byś mógł swobodnie wypocząć. Lekarz sam powiedział, że potrzebujesz teraz leżenia i dużej ilości wsparcia, jednak nie zamierzałem przegrać z Tobą w tak dziecinny sposób. Nie mogłem dać się przełamać nawet, jeśli wiedziałem, że sam tego potrzebuję. Podszedłem do Ciebie, zaraz siadając obok na łóżku i pozostając w odpowiednim dystansie, spuściłem wzrok.
-A Ty jesteś ostatnim idiotą, Kougami. Czy Ty kiedykolwiek myślałeś o tym, co czują inni? Co czuję ja? A myślałeś o tym, co stałoby się, gdybyś tam zginął? Ja nie chcę o tym myśleć, więc nie utrudniaj. Nie potrafisz się zastosować do jednego mojego rozkazu, więc jak mam mieć pewność, że któregoś dnia mnie nie zostawisz, kiedy akurat będziesz miał taki kaprys?! Czy kiedykolwiek zwróciłeś uwagę, że nie jesteś sam? Kiedy tam leżałeś… Kiedy leżałeś w tej pieprzonej kałuży krwi. Cholera, Kougami, jakim prawem zakochałem się w takim impertynenckim szczeniaku jak Ty?
Podsunąłeś się bliżej mnie, dzięki czemu swobodnie mogłem oprzeć czoło o Twoje ramię i odetchnąć, starając się uspokoić dostatecznie odzyskaną bliskością Twojej osoby. Nigdy nie sądziłem, że to właśnie tu, że właśnie teraz…
-Nie zostawiłbym Cię. Nie świadomie. I z pewnością nie w taki sposób, Gino.
A Twoje słowa delikatnie penetrujące każdy zakątek mojego ciała zdawały się zatapiać w moich uszach, tworząc nieprzeniknioną barierę przyjemności. Radość, ból, gniew i smutek zdawały się łączyć i wylewać z naszego wspólnego ciała, tworząc nieznane przedtem kształty i dźwięki w rytm skradzionego oddechu i zapachu, które tak delikatnie powtarzały mi „Kocham Cię, Gino”, nie pozwalając mi więcej się wyzwolić.
Czułość łączona z elementami trwałymi nie chciała pokazać mi prawdy, pocałunku realne, głębokie, przesycone cielesnością podarowały mi ekscytacje o tyle mocne, że nie umiałem zasłonić się dumą. Tylko czy nawet, kiedy poddam się Twoim ramionom, czy osiągnę azyl z końcówką wędrówki u Twojego boku? Miłość i nienawiść, czystość i gniew. Inspektor i Łowca.
A mimo to nie zamierzałem Cię opuszczać.
-Ja Ciebie też, Kougami.



