wtorek, 26 maja 2015

NOBODY

 Udało mi się skończyć kolejne Kou x Gino! Wybaczcie, że po takim czasie, ale życie przyśpiesza, nie zwalnia. Oczywiście jest to kontynuacja poprzedniego opowiadania z Psycho Pass, więc zachęcam do przypomnienia sobie treści shota. 

Dzisiaj Dzień Matki, wszystkim mamom, nastoletnim, kocim i urojonym życzę wesołego karpia! A może to nie to święto..? 





NOBODY


Zdefiniuj przestępstwo”. Czy w czasach, kiedy to system jest odpowiedzialny za decyzje człowieka, ktokolwiek może bawić się w osądy? Spersonalizowane dowody, autodestrukcyjna świadomość, sekundy odliczane nie przez nas, lecz zmechanizowane elementy społeczeństwa. Człowiek myślący samodzielnie w dzisiejszych czasach jest enigmą, ewenementem. Spójrz, jeśli przyjrzysz się dokładnie, zauważysz, że nawet Twój zegar biologiczny poddany jest procesowi autokorekty. Ludzie nie odgrywają już znaczącej roli w świecie, który niemal pozbawiony jest skaz. Ale czy kiedy przekształcimy odbierany obraz, nie dojdziemy do wniosku, że skazą jest ludzki umysł zniewolony wolą maszyny?

Nie myślałem, że ten dzień przyniesie ze sobą jakiekolwiek komplikacje. Nudny poranek w Biurze odebrał mi resztkę dobrego humoru, cierpliwości i nawet ochoty na prowadzenie jakiejkolwiek sprawy. Nie mogłem powiedzieć, że wszystko było dla mnie zrozumiałe, zwłaszcza skończenie raportu na temat Oryou Rikako sprawiło mi nie lada problem. Puste tabelki, kolumny oraz wyjaśnienia przyprawiały mnie o zawroty głowy, mdłości, a nawet ataki wściekłości, ale i tak musiałem to wszystko pouzupełniać. Fakt,  wolałbym, byś był teraz obok, wolałbym, byś to Ty siedział ze mną, rozmawiał, choć i tak musiałem powstrzymywać się, by nie być dla Ciebie zbyt uprzejmym w pracy. Trzy lata. Pieprzone trzy lata, które sprawiły, że jedyną wolną i świadomą decyzją było popołudniowe spotkanie z Tobą, potem wspólny wieczór, czasem i noc. Rzadko kiedy zostawałem aż do poranka, obowiązki zaczynały mnie frustrować o coraz to wcześniejszej godzinie, czasem nawet pozwalając mi zapomnieć o śniadaniu czy też porannym wypiciu kawy. Jedyne, czego byłem pewien, to obudzenie Ciebie, a potem odebranie zaległych raportów, przejrzenie ich i skatalogowanie Zawsze miałem nadzieję, że mimo wszystko uda nam się zachować pozory i nie dać po sobie poznać, skoro już…


Zdenerwowanie zaistniałą sytuacją osiągnęło zenit około godziny 14, kiedy to Inspektor Tsunemori skontaktowała się z Biurem w kwestii Twojego patrolu. Obawiałem się tylko jednego, nie, dwóch rzeczy. Twoja możliwa ucieczka skreśliłaby Cię, podwyższając Twój Psycho Pass na tyle, by Dominator przybrał opcję likwidacji. Nie chciałem myśleć, co by się stało, gdybyś to zrobił, choć doskonale wiedziałem, że często o tym mówiłeś. Musieliśmy zareagować.


Bieg szybko przekroczył moje granice możliwości, stał się dzikim galopem. Chciałem wierzyć, że wszystko, co do tej pory nazywałem słusznym, pozostało właśnie takie, jak tego pragnąłem, nawet nie pomijając żadnego „nieistotnego” fragmentu mojego toku myślenia. Zdawało mi się, że powierzałem wszystko w jednej, najmniejszej decyzji, która od początku wymykała się z mojego zasięgu rąk. Była Twoją decyzją. Czy jeśli kiedyś unikałem zagrożenia, by się nie zawieść, czy skłonny byłem odczuć cokolwiek powiązanego z miłością? Czy ryzyko i zniewolenie przez drugą osobę nie oznaczają tego samego?

Moje złe przeczucie nie mogło sprawdzić się tak szybko. Każdy centymetr, który dzielił mnie od Ciebie, był dla mnie czymś w rodzaju pułapki, ślepym zaułkiem, skręcałem w korytarze ze ślepą nadzieją, że jeszcze zobaczę Twój parszywy pysk i że znowu powiem „nie wychylaj się”. Liczenie na korzyści z niemożliwego dla ludzkiej oceny realiów zdawało się jedynie marnym i karygodnym niedopowiedzeniem, jakie wynikało z niewystarczającego doświadczenia życiowego, z każdą kolejną chwilą dając mi do zrozumienia, że poszedłem nie tą ścieżką, co powinienem. Drony podążające za mną bezkrytycznie odmierzały czas, jaki być może pozostał mi do wzięcia odpowiedzialności za Twoje czyny, za Ciebie, za Twoje myśli, pragnienia i, co gorsza, za to, jakim idiotą byłem, zostawiając Cię samego, choć doskonale wiedziałem, że nie usiedzisz na miejscu. Krok za krokiem, bicie serca wtórujące ciężkiemu oddechowi i zamiłowanie do nagłych kontrreakcji mojego umysłu z marzeniami, to wszystko coraz mocniej nie pozwalało mi się zatrzymać. W całkowitej ciemności wiedziałem, że jedyne, co czeka mnie na końcu tego korytarza to Ty, który być może już nigdy nie przywita mnie ze swoim głupkowatym uśmieszkiem. I chyba nie tego obawiałem się najbardziej, wiesz, Kougami? Nie tego. Bałem się, że nigdy nie powiem Ci, co naprawdę do Ciebie czuję.


Korytarz zdawał się zapadać, schodził niżej, niżej, aż gdzieś na samym końcu ujrzeliśmy światło. Nie było jakoś cholernie mocne, delikatne, z lekką, czerwoną poświatą, zdawało się prowadzić nas we właściwe miejsce. Nie umiałem opisać, co czułem, kiedy zbliżałem się do celu. Strach, nienawiść, chęć przyłożenia Ci za objaw samowolki? Czy to jedyne powody, dla których biegłem tu jak straceniec i nie zamierzałem przestać? Moje nogi nadal się nie zatrzymywały, byłem nawet pewien, że w końcu w przypływie jakiegoś większego stresu, zabiję nimi kogoś i nie zostawię po sobie śladu, a głównym ochotnikiem, którego pierwszego potraktowałbym w ten sposób, z pewnością byłbyś Ty.
Powoli wyrównywałem tempo, kiedy tylko drony przede mną zwolniły, wykazując mi odczyt z liczników. Widząc mojego ojca przy Tobie odetchnąłem z ulgą, zaraz jednak uświadamiając sobie, co właśnie zobaczyłem. Padłem na kolana, ledwie hamując łzy w oczach, jednak nie było na nie czasu. Nie mogłem pokazać słabości, choć właśnie zrozumiałem, dlaczego tak bardzo chciałem Cię zobaczyć.


-Kougami, Idioto, do kurwy nędzy! Kto zezwolił ci na opuszczenie Biura?!


Sam nawet nie zwróciłem uwago, że głos, który kiedyś uważałem za stanowczy, pewny siebie… zaczyna się łamać, że łkam z Twojego powodu. Leżałeś na tej podłodze, ze wzrokiem tępo wbitym we mnie, zupełnie jakbyś chciał coś powiedzieć, jednak nie potrafił dobrać słów, a ja doskonale zdawałem sobie sprawę, że w tym momencie powinieneś zwrócić mi uwagę, że nie powinienem się mazać z tak błahego powodu. Zawsze uważałeś, że moje zamartwianie się o Ciebie sprawiało mi jedynie problemy, ale nigdy nie potrafiło do Ciebie dotrzeć, że to jedyny problem, który sprowadziłem na siebie z własnej woli. Czy naprawdę tak ciężko było Ci w to uwierzyć, Kou? Czy naprawdę nie umiałeś zaufać mi nawet w takim momencie?


Przyłożyłem dłoń do Twojego policzka, oczekując jedynie, że powiesz mi, że już jest z Tobą dobrze, że żyjesz masz się dobrze. Nie chciałem przeprosin i wyjaśnień, chciałem zapewnienia. Zapewnienia, że nie zostawisz mnie z dnia na dzień, nie mówiąc, gdzie idziesz, czy co zamierzasz. Chciałem mieć wszystko wyłożone na tacy, chciałem traktować Cię jak pewnik bez zmiany nastawienia. Strach, jaki przynosiło mi myślenie o jutrze, za każdym razem sprawiał, że chciałem pobiec do Ciebie, pochwycić w ramiona i już nie pozwolić Ci się wyrwać. Zerwanie dotychczasowych relacji, upadek przyjętych przeze mnie norm… czy naprawdę było to niczym w porównaniu do tego, co naprawdę czułem do Twojej osoby?


Dopiero po chwili poruszyłeś się pode mną, starając się podnieść z ziemi. Było to niemożliwe, Twoja klatka piersiowa była poważnie postrzelona, a widok Twojej krwi na Twojej koszuli i na ziemi wprawiał mnie w swoisty obłęd. Życie, które ceniłem ponad wszystko, osobowość, która doprowadzała mnie do szaleństwa i osoba, która odebrała mi wszystko, nie dając niczego w zamian… naprawdę byłeś idiotą. Prowizoryczny opatrunek nie był w stanie powstrzymać krwawienia, była Ci potrzebna natychmiastowa pomoc lekarza.


-Nobuchika, zajmij się Ko. Ja poszukam inspektor Tsunemori.


Głos Masaoki wydał się odbijać echem. Zastanawiałem się, czy wszystko, co czuję, nie jest przejawem stresu, jednak po namyśle, stwierdziłem, że zabiję Cię, jak tylko ujdziemy stąd z życiem. Chociaż… nie martwiłem się o siebie. Bałem się, że mogę Cię stracić.


Wyprowadzenie Cię ze środka zajęło znacznie więcej, niż myślałem. Nawet z pomocą dronów miałem problem z uważaniem na Twoje rany postrzałowe, jednak kiedy tylko udało mi się dotrzeć do wozów policyjnych, wiedziałem, że pozostała nam jedynie droga do Biura. Nie opuszczałem Cię na krok, Ty zaś nie spuszczałeś ze mnie wzroku, jakby próbując wyłapać, co w tym momencie myślę. Nigdy nie sądziłem, że nawet w takiej sytuacji będziesz starał się opisać wszystko jak najbardziej logicznie, z silnym naciskiem na zrozumienie. Zawsze wyprzedzałeś mnie o krok, to ja biegłem za Tobą, kurczowo trzymając się Twojej dłoni i nawet, kiedy to Ty byłeś ranny, czułem, jakbyś uratował mnie od wieloletniej ciemności.  Nawet nie wiesz, jak cieszyłem się na głupie słowa „zdrów jak ryba” albo „wyjdzie z tego”. Stały się dla mnie priorytetem. Czymś, co mogło budzić mnie i kłaść się ze mną do łóżka. Oczywiście w zasłużonej kolejce zaraz po Tobie.


-Jesteś taki przewidywalny Gino.


Burknąłeś w końcu pod nosem i podniosłeś się do siadu, podczas gdy ja zająłem się opuszczeniem rolet, byś mógł swobodnie wypocząć. Lekarz sam powiedział, że potrzebujesz teraz leżenia i dużej ilości wsparcia, jednak nie zamierzałem przegrać z Tobą w tak dziecinny sposób. Nie mogłem dać się przełamać nawet, jeśli wiedziałem, że sam tego potrzebuję. Podszedłem do Ciebie, zaraz siadając obok na łóżku i pozostając w odpowiednim dystansie, spuściłem wzrok.


-A Ty jesteś ostatnim idiotą, Kougami. Czy Ty kiedykolwiek myślałeś o tym, co czują inni? Co czuję ja? A myślałeś o tym, co stałoby się, gdybyś tam zginął? Ja nie chcę o tym myśleć, więc nie utrudniaj. Nie potrafisz się zastosować do jednego mojego rozkazu, więc jak mam mieć pewność, że któregoś dnia mnie nie zostawisz, kiedy akurat będziesz miał taki kaprys?! Czy kiedykolwiek zwróciłeś uwagę, że nie jesteś sam? Kiedy tam leżałeś… Kiedy leżałeś w tej pieprzonej kałuży krwi. Cholera, Kougami, jakim prawem zakochałem się w takim impertynenckim szczeniaku jak Ty?


Podsunąłeś się bliżej mnie, dzięki czemu swobodnie mogłem oprzeć czoło o Twoje ramię i odetchnąć, starając się uspokoić dostatecznie odzyskaną bliskością Twojej osoby. Nigdy nie sądziłem, że to właśnie tu, że właśnie teraz…


-Nie zostawiłbym Cię. Nie świadomie. I z pewnością nie w taki sposób, Gino.


A Twoje słowa delikatnie penetrujące każdy zakątek mojego ciała zdawały się zatapiać w moich uszach, tworząc nieprzeniknioną barierę przyjemności. Radość, ból, gniew i smutek zdawały się łączyć i wylewać z naszego wspólnego ciała, tworząc nieznane przedtem kształty i dźwięki w rytm skradzionego oddechu i zapachu, które tak delikatnie powtarzały mi „Kocham Cię, Gino”, nie pozwalając mi więcej się wyzwolić.

Czułość łączona z elementami trwałymi nie chciała pokazać mi prawdy, pocałunku realne, głębokie, przesycone cielesnością podarowały mi ekscytacje o tyle mocne, że nie umiałem zasłonić się dumą. Tylko czy nawet, kiedy poddam się Twoim ramionom, czy osiągnę azyl z końcówką wędrówki u Twojego boku? Miłość i nienawiść, czystość i gniew. Inspektor i Łowca.
A mimo to nie zamierzałem Cię opuszczać.

-Ja Ciebie też, Kougami.

sobota, 16 maja 2015

EGOIST

Nie wiem dlaczego, ale znalazłam bardzo mało opowiadań z wątkiem Kougami x Ginoza z Psycho Pass. Z reguły były one po angielsku, więc stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie napisanie czegoś z nimi. Najciężej było oddać charakter Shinyi, jednak mam nadzieję, że wyszło to chociaż w pewnym stopniu. 
Dziękuję też za pierwsze komentarze, nawet nie wiecie, jak bardzo mnie one ucieszyły. 

Nie będę przedłużać. 

EGOIST




Kiedyś myślałem, że za odpowiednimi wyborami stoi Sybilla. Tak przynajmniej starałem się rozumować. Wyłamywanie się poza schemat uznane zostało powszechnie za objaw demoralizacji, choć Ty sprawnie omijałeś te zasady. Zawsze beztroski, pozbawiony obowiązków. Zupełnie inaczej postrzegałem Cię podczas akcji. Wtedy byłeś opanowany, zorganizowany, a ja patrzyłem na Ciebie z daleka, próbując zrozumieć, co ja w Tobie właściwie widzę. Nawet mimo tak długiego czasu spędzonego z Tobą, nie potrafiłem pozbierać wszystkich myśli, więc w końcu odrzuciłem je, sądząc, że mi przejdzie. Nic bardziej mylnego.

-Inspektorze Ginoza, jest pan pewien?
-Wpuśćcie mnie. Muszę zobaczyć Kougamiego.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek uznam Cię za skończonego idiotę, jednak przyszło to na tyle szybko, że nawet sam nie zauważyłem, kiedy zacząłem właśnie tak Cię postrzegać. Biuro Bezpieczeństwa od zawsze stanowiło dla nas drugi dom, prawda, Kougami? Nawet kiedy wychodziliśmy po pracy razem, rano wracaliśmy tutaj pełni życia i chęci na nowe sprawy. I tym razem miało nie być inaczej, choć od początku czuliśmy, że jest coś nie tak. Zwykłe rutynowe kontrole, zwykłe sprawdzenie danych, a potem kolejne złożenie raportu w centrali. Tak miało być, jednak mimo wszelkich starań, mimo wszelkich prób…


-Nie powinieneś tutaj przychodzić, Gino.


Rzuciłeś od progu, kiedy tylko zauważyłeś, jak wchodzę do Twojej celi. Zawsze patrzyłeś na mnie z tym samym wyrazem twarzy, którego nie umiałem zdefiniować i wyjaśnić, czemu czułem się przy Tobie tak niepewnie. Zupełnie, jakbyś czytał mi w myślach, analizował, a potem kontratakował samym spojrzeniem. Chciałem Cię zrozumieć. Chciałem poprzeć Twoje motywy, ale tym razem… Tym razem to wszystko należało skończyć.


-Wiem. Mimo wszystko uznałem, że mamy kilka kwestii do wyjaśnienia. Po pierwsze.


Na te słowa, niewiele myśląc, podszedłem do Ciebie, uniosłem dłoń i zaraz wyładowałem wszelkie akty przemocy na Tobie. Nie mogłem sobie pozwolić, by barwa mojego Psycho Pass uległa zmianie, chyba rozumiesz? Ty, jak gdyby nigdy nic, odsunałeś się i usiadłeś na leżance, nawet nie unosząc już na mnie wzroku. Zawsze taki byłeś. Uciekałeś przed wyjaśnieniami, kryjąc się za swoim przypuszczeniem, broniłeś swoich racji. Byłeś silny, jednak i to nie wystarczyło, abym Cię uchronił przed losem Łowcy, ale mógłbyś choć raz spuścić gardę i mi zaufać. Do tego nigdy nie byłeś zdolny. Zawsze liczyły się Twoje zdania, robiłeś wszystko na własną rękę. Ufałeś bardziej Sasayamie, niż mnie i chyba to zabolało najbardziej. Myślałem, że byliśmy przyjaciółmi, Ty jednak ograniczałeś wspólne przebywanie do „idziemy do pracy” oraz „uczestniczymy w akcji”. Ciebie naprawdę ciężko było zrozumieć.


-Po drugie, wybacz. Nie mogę nic zrobić w tej sprawie. Nadal nie mamy nawet tropu osoby, która jest odpowiedzialna za zamordowanie Sasayamy. Przepraszam, Kougami. Starałem się, jak mogłem. Wiem, ile znaczy dla Ciebie złapanie tego sukinsyna, jednak Biuro jest teraz bezsilne. Nie możemy oprzeć dochodzenia na Twoich przypuszczeniach, a jedno zdjęcie nie pozwoli nam uchwycić mordercy. W dodatku… 


W tym miejscu urwałem. Doskonale wiedziałem, że ten temat poruszony w Twojej obecności przyprawiał Cię o dreszcze i niepowstrzymane ataki. Wolałem Cię uspokajać, niż podnosić Ci ciśnienie, jednak właśnie w tej sprawie musiałem przyjść. Nie miałem wyboru. Zielona kontrolka przy drzwiach zapaliła się jaskrawym światłem, dając mi do zrozumienia, że mogę Cię teraz stąd wyciągnąć.


-Chodź, Kougami. Pokażę Ci Twój nowy pokój.
Szedłeś cicho, bacznie rozglądając się po każdym korytarzu, w który weszliśmy, liczyłeś każde piętro oraz szacowałeś. Nigdy nie sądziłem, że masz taką głowę do spamiętania tego wszystkiego, jednak próbowałem przyjąć to na klatę i zaufać Ci chociaż ten jeden raz. Chociaż… ja zawsze ufałem Ci bardziej, niż samemu sobie. Tego byłem pewien. Nawet nie zwróciłem uwagi, że zaufanie  czasem przerodziło się w poleganie na Tobie, co z kolei zaowocowało nierozerwalną potrzebą posiadania Ciebie zawsze obok. Kiedyś uważałem, że to zabawne, jednak teraz już sam nie wiedziałem, co mam myśleć, żeby odpędzić od siebie wszystko to, co zostało nam odebrane. 


Wkroczyłeś do pokoju zaraz za mną. Apartament niczym nie różniący się od tych w hotelach, w których niegdyś bywaliśmy, kiedy jeszcze byliśmy partnerami. Zawsze czułeś niechęć do przebywania w takich miejscach, mimo tego, że było to naszym obowiązkiem. Nie przykładałeś się do takich szczegółów. Mawiałeś, że ważniejsze jest rozwiązanie sprawy niż sposób, w jaki tego dokonamy, a ja ślepo szedłem za Tobą i Sasayamą. Zostawałem w tyle, patrzyłem na Ciebie z daleka. Niedostępny, twardy Kougami Shinya zdawał się z każdą chwilą jeszcze bardziej oddalać, uciekać z zasięgu moich rąk, które tak usilnie próbowały Cię dla siebie zatrzymać. Nie odwracałeś wzroku. Zawsze liczył się sukces, nie więzy, nie partnerstwo. Tak właśnie myślałem, do czasu. Nie chciałeś przywiązania, ale tylko i wyłącznie z moją osobą.
Usiadłeś na łóżku, chwilę rozglądając się po pomieszczeniu. Widocznie drażniło Cię wyposażenie, ograniczające się do kilku szafek, łazienki, kuchni i miejsca sypialnianego. Byłeś typem osoby, która potrzebowała radia, telewizji, ale starałeś się tego nie okazywać. Zgrywałeś bohatera, choć i tak bardzo dobrze wiedziałem, że mimo skorupy, którą przyodziałeś, za każdym razem kryła się w Tobie specyficzna delikatność. Chciałem ją posiąść, chciałem wiedzieć, że będzie dostępna tylko dla mnie, że w jakiś sposób będziesz mój, niezależnie od sytuacji. Wierzyłem, że właśnie taki dzień nadejdzie, jednak za każdym razem, każdym, pieprzonym razem Twoim jedynym priorytetem było odnalezienie mordercy Sasayamy. Dla Ciebie nie liczyło się nic innego. 


Uśmiechnąłem się delikatnie, jednak zaraz przysłoniłem radość z tego, ze nie siedzisz w celi i sam oparłem się o framugę przyglądając się przez chwilę Twojej sylwetce. Wyciągnąłeś papierosa, dłuższy moment szukając zapalniczki w kieszeni kurtki, jednak doskonale wiedziałem, że skonfiskowali Ci ją od razu po zatrzymaniu, dlatego też zaraz rzuciłem Ci srebrne zippo. Doskonale wiedziałem, że będziesz jej potrzebował. Nałogowe palenie było chyba jedyną Twoją wadą. Śmiałem nawet uważać, że psuła Twój wizerunek, powinieneś nadać swojemu charakterowi nieco kontrastu. Kiedyś wyobrażałem sobie Ciebie jako oazę spokoju, szybko jednak zmieniłem zdanie, widząc Cię w sali ćwiczeń. Drony pokonane kilkoma uderzeniami padały na ziemię jak muchy, Ministerstwo Zarządzania Dobrami Materialnymi zawsze ścigało Cię za uszkadzanie ich, jednak Ty tylko śmiałeś się, mówiąc, że wina leży po stronie programistów, którzy powinni zważać na wszelkie okoliczności. Nie sądziłem, że to wszystko tak Cię zmieni. Nigdy nie chciałem widzieć Twojego upadku, ale mimo wszystko… starałem się być przy Tobie. Baśnie, które skończyły się bolesnym upadkiem o taflę złamanych marzeń, przecież nigdy nie powinny stanowić argumentu przeczącego systemowi, choć to właśnie on Cię pokonał. 


-Dowiedziałeś się czegokolwiek? Kiedy będę mógł wrócić do pracy?


Spytałeś swoim typowym tonem głosu, nawet nie odwracając wzroku w moim kierunku. Skąd wiedziałem, że właśnie to pytanie zadasz? Skąd wiedziałem, że zapytasz właśnie o sprawę Sasayamy?! Skrzywiłem się na to lekko i poprawiłem zsuwające się mi z nasady nosa okulary, dłonie zaraz krzyżując na piersi.


-Nie szykuj się do prędkiego powrotu. Biuro poważnie zastanawia się, czy w ogóle powinieneś jeszcze pracować. Nawet rola Egzekutora może poważnie zakłócić Twój i tak wysoki już Psycho Pass. Dyrektor nie jest skłonny do przydzielenia Ci nowej roli. Póki co jesteś zdany na łaskę i musisz być cierpliwy. Ktoś ze skłonnościami do ataków agresji nie powinien uczestniczyć w żadnej misji związanej z bezpieczeństwem miasta, zdajesz sobie sprawę? Nie bez powodu Cię przyjęli oraz nie bez powodu zostałeś odsunięty. 


-Nie obchodzi mnie opinia Biura Bezpieczeństwa. Najważniejsze powinno być znalezienie mordercy Sasayamy, który wciąż pozostaje na wolności. 


Warknąłeś, zaciskając zęby. Twój głos zdawał się powoli przeradzać w rozpaczliwe łkanie, jednak zaraz powoli umilkło, pozwalając emocjom uciec bez pokazania ich w najmniejszym stopniu. Nie rozumiałem, dlaczego tak robisz. Przecież zarzekałeś się, że wszystko zawsze wykładasz na stół, że masz czystą kartę. W tym też mnie okłamałeś? Nie ufałeś mi? Zacisnąłem lekko pięść, starając się nie myśleć o tym, co cisnęło mi się na język. Twoje słowa przybiły mnie na tyle mocno, że już miałem podejść i po raz kolejny Cię uderzyć, jednak nie potrafiłem znaleźć w sobie siły. Zauważyłeś, że jest coś nie tak, prawda? To dlatego wtedy wstałeś i podszedłeś do mnie, patrząc na mnie z góry. Zawsze potrafiłem odróżnić, kiedy jesteś wściekły, a kiedy Twój umysł pozostaje czysty, niczym niezakłócony, ale teraz… wszystko, co wiedziałem o Tobie rozmyło się, zniknęło. 


Zawsze byłem jedynym, który spoglądał za Tobą i nie pozwalał Ci uciec. Nawet pomimo skutków ubocznych pracy z Tobą, nie chciałem, byś mnie zostawiał. Bliski zaakceptowania Twojej obecnej sytuacji wstawiałem się za Tobą, chciałem być przy Tobie, Ty jednak odrzucałeś każdą pomoc z czyjejkolwiek strony. To nie było bohaterstwo, Kougami. Byłeś tchórzem, który nie potrafił zaufać komukolwiek poza sobą. Marzenie nazywane zrozumieniem odrzucałeś na każdy znany sposób, ale nie zauważałeś, że mimo najcięższej próby, masz przy sobie ludzi, którzy ślepo pognaliby za Tobą na koniec świata. Tak właśnie czułem to ja.


-Gino. Spójrz na mnie.


Subtelny i wyrafinowany ton wyciekł spomiędzy Twoich warg razem z dymem papierosowym. Jakbym na to nie patrzył, nawet on przestał mi przeszkadzać, stałem sztywno, usiłując choć raz zachować pozory jakiejkolwiek powagi.  Ty za to złapałeś papierosa palcami lewej ręki, prawą zaś łapiąc za mój podbródek i unosząc moją twarz na tyle, byś widział dokładnie wszelkie wymalowane na niej emocje. Byłeś podłym szantażystą i manipulatorem, ale właśnie za to w pewien sposób Cię ceniłem. Byłeś zdolny osiągnąć cele, o których mówiłeś z zapartym tchem, kiedy ktokolwiek pytał cię, co zamierzasz jeszcze zrobić. Stałem i patrzyłem na to wszystko z boku, niepewnie zatrzymując wszelkie wspomnienia związane z Tobą. Do czasu. Za każdym razem to Sasayama był przy Tobie. On Cię słuchał, rozumiał, miał Twoje zaufanie i był dla Ciebie wsparciem. Czułem się jak egoista, kiedy po jego śmierci przez myśl przeszło mi, że pozbyłem się problemu, ale skarciłem się za to. Najważniejsze miało być Twoje dobro, które uciekło wraz z mordercą, którego ja nie byłem w stanie złapać.


-Jeśli powiesz mi teraz, żebym się nie martwił, to daruj sobie. Sam powiedziałeś, że jeśli ma się cel w życiu, to powinno się o niego walczyć, tak? Ja nie mogę walczyć. Nie u Twojego boku. Za każdym razem odsuwałeś mnie od siebie i mówiłeś, żebym wrzucił na luz, że to nic takiego. To mi nie pomagało, wiesz? Jedynie zrzucałeś z siebie ciężar angażowania innych w swoje problemy. Ja czułem się zupełnie na odwrót. Bolał mnie fakt, że nazywając mnie przyjacielem, nie zdradziłeś mi nic. Nie mówiłeś, nie pytałeś, po prostu byłeś. Ale Twoja obecność zawsze ograniczała się do wspólnej pracy. Odrzucałeś każde moje zaproszenie na obiad, piwo czy chociażby wspólne oglądanie meczu. Jeśli według Ciebie tak wygląda bycie przyjacielem, to ja już nie chcę żadnego. Ba, nie traktuj mnie jako zastępstwo Sasayamy, nie chcę nim być, rozumiesz, Kougami? Hej, czy Ty mnie w ogóle słuchasz?!


Nie zauważyłem, kiedy moje opanowanie zmieniło się w histeryczną panikę. Bałem się, że jeśli powiedziałbym Ci za dużo, zignorowałbyś moje poprzednie stwierdzenia. Ty zamiast tego otworzyłeś szerzej oczy, najwyraźniej porządkując każde moje pojedyncze słowo. Dopiero po chwili zorientowałem się, jak blisko mnie stoisz. Niemal słyszałem bicie Twojego serca, czułem oddech. Ale to nie miało znaczenia, skoro i tak nadszedł czas, by zakończyć tę abstrakcję. Musiałem pogodzić się z przegraną, choć tak bardzo chciałem tego uniknąć. 


-Nie chcę Cię słuchać, Gino. Zbyt dużą wagę przywiązałeś do systemu, nie traktuj ludzi jak maszyny niezdolne do samodzielnego rozumowania. Nie Psycho Pass decyduje o tym, jaki człowiek naprawdę jest, wiesz o tym. Wiesz o tym i masz tego doskonały przykład. Zawierzasz przyszłość w rękach Sybilli, która skreśliła twojego ojca, odebrała Ci dzieciństwo i zmusiła do oglądania tych wszystkich makabrycznych scen. Jesteś prawym człowiekiem, to niezaprzeczalny fakt. Ja jestem przestępcą. Ale czy Sybilla decydowała o tym, że chciałeś mi pomóc? Podjąłeś się tego sam, Gino. Wiesz o tym. Dlatego nie ukrywaj się przede mną.
 

Każde Twoje słowo łamało mnie z większą siłą. Czułem, jak powoli docierasz do moich żył, tętnic, komórek i nerwów, a potem wpuszczasz w nie swoje własne zamienniki. Nawet jeśli starałem się przed Tobą bronić, nie pozwalałeś mi osłonić się dostatecznie, dosięgałeś mnie, by w końcu całkowicie przełamać moją linię obronną. Tylko tego w Tobie nienawidziłem. Byłeś zbyt doskonały. Zbyt…

Nie zarejestrowałem, co działo się potem. Chciałem Ci odpowiedzieć, lecz Twoje wargi stanowczo nie pozwoliły mi na żadne wytłumaczenie. Przylgnąłeś do mnie, przypierając mnie do ściany, a ja nie miałem już siły Cię odepchnąć. Skąd wiedziałeś, że właśnie to było tym, czego pragnąłem? Na tym podłożu też mnie przejrzałeś? Byłeś ukrytym przestępcą, wiedziałem o tym doskonale, a mimo to nie potrafiłem wyzbyć się wspomnień o Tobie, choć tak bardzo chciałem, by właśnie tak się stało. Każdy szept, każdy dotyk przyjmowałem całościowo, dając również do zrozumienia, że nie musisz się o nic martwić. W końcu nie śmiałbym Cię zostawić.
Od tamtego czasu spotykaliśmy się zawsze. Za każdym razem kończyło się na zaspokajaniu własnych pragnień, dawałeś mi tyle Ciebie, ile tylko zechciałem. Przełamanie bariery, którą dawno uznałem za straconą, okazało się znacznie prostsze, choć wystarczyło jedynie pozwolić się ponieść. To pozwoliło mi zrozumieć, czemu nie powinienem wtedy ocenić Cię na podstawie wyroku Sybilli. Byłeś właśnie taki, jakim wyobrażałem sobie Ciebie sprzed tego felernego dnia. Delikatny, czuły, uprzejmy. Kougami Shinya, którego właśnie wtedy pokochałem na nowo.


piątek, 15 maja 2015

Hagane no kokoro



Tym razem krótkie Roy x Edward, jako iż od dłuższego czasu planowałam je napisać. Dedykowane mojemu Pułkownikowi. 

Oczywiście każda uwaga, prośba o opowiadanie, jakikolwiek odzew, nie zostaną zignorowane.


HAGANE NO KOKORO

Jestem pewny, że widziałeś więcej, niż niejeden człowiek. Każda Twoja najmniejsza myśl poprzecinana w najdrobniejszym miejscu przepełniona została goryczą dnia poprzedniego, czyż nie? Zupełnie jak świat pozbawiony skaz, obraz idealnego człowieka nie istnieje, a Ty, jako jeden z niewielu, którzy uświadomili to sobie zawczasu, umiałeś doskonale zagrać, że nie rozumiesz otaczającego Cię świata.  Udawałeś kogoś, kim nie jesteś, mimo zarzekania się, że błędy, które popełniamy, są jedynie częścią tej plugawej płaszczyzny. Chciałbym czasem Ci wierzyć. Chciałbym nie zwracać uwagi na to, że to Ty, jako właśnie ten jeden z niewielu, odebrałeś mi coś, nie dając mi niczego w zamian. Ludzie uważający Cię za bohatera widzieli wystarczająco. Mówili o swoich uczuciach, które Ty kwitowałeś jedynie tym, że przelałeś przez palce szkarłatne krople bezbronnych Ishvalskich ludzi, a mimo to… A mimo to doskonale wiesz, że Cię nie opuszczę, prawda?

-Ed, wstawaj.
 

Znajomy głos dobiegł moich uszu jak zwykle o tej samej godzinie każdego dnia. Sam niewiele myśląc podciągnąłem się na łokciach, głowę jeszcze na chwilę wtulając w poduszkę i nie pozwalając swoim oczom na przyzwyczajenie się do jaskrawego światła. Ty za to znowu, po raz kolejny mimo moich próśb, rozsunąłeś zasłony, jednak wydawało mi się, że ma to służyć tylko i wyłącznie zdenerwowaniu mojej skromnej osóbki.

-Edward, do cholery jasnej. Wstań, już jest po 9.


Po raz kolejny tego poranka w moich uszach rozniosła się Twoja stanowcza osobowość, jednak ja nie miałem zamiaru tak sobie z Tobą pogrywać. Zamiast tego ułożyłem się jeszcze wygodniej, dodatkowo rozciągając na sobie cieplutką kołdrę. Ach, nawet nie wiedziałeś, jak ciężko było mi wstawać, podczas gdy Ty już od dawna byłeś na nogach. Tyle razy powtarzałem Ci, żebyś budził mnie w bardziej przyjemny sposób, a zamiast tego, za każdym cholernym razem, wpuszczałeś do sypialni promienie słoneczne i uznawałeś,  że wystarczy już tej zabawy. Ja za to byłem zupełnie innego zdania. Oczekiwałem kawy, śniadania i „dzień dobry” z Twoich uśmiechniętych warg, jednak na co ja liczyłem, skoro praca naczelnika kraju była dla Ciebie ważniejsza? Już i tak wystarczająco poświęcałeś się, by ze mną spać w jednym łóżku, a co dopiero takie czułości! Myślałem, że to wszystko będzie jakoś inaczej, odkąd zamieszkaliśmy razem. Zastanawiałem się, czy przełamiemy w końcu tę okrutną barierę, a Ty staniesz się nieco pogodniejszy. I za każdym razem, kiedy było mi przykro z Twojego powodu, Ty jak gdyby nigdy nic w końcu robiłeś coś, co rozbijało tę twardą skorupę między nami. Pierwszy raz zapamiętam na zawsze… Wtedy wyjątkowo przyznałeś, że mnie potrzebujesz. Przeprosiłeś, a potem dodałeś, że miałem rację, że urosłem. Wiele to dla mnie znaczyło, Pułkowniku. Wiele.
Dłoń, która rozlała przyjemne ciepło na moim ramieniu, powoli przesunęła się wyżej, wplatając się w moje włosy i gładząc je chwilę, od czasu do czasu zahaczając o wrażliwą skórę na karku. Od razu lepiej, nie mógłbyś czasem bardziej się wysilić i od razu przejść do tak przyjemnej metody budzenia? Niemal automatycznie podniosłem się do siadu, kiedy Ty tymi swoimi wielkimi ramionami oplotłeś mnie, pozwalając mi się nacieszyć Twoją bliskością i zapachem. Chyba każdy czuł, że tak naprawdę nie jesteś taki zły. Ty po prostu chciałeś, by wszyscy Cię za takiego mieli. Wiesz, dla mnie było to w pewien sposób bezpieczniejsze. Przynajmniej miałem pewność, że nie wrócisz któregoś dnia i nie oznajmisz mi, że ktokolwiek próbował mi Cię odebrać. Nie pozwoliłbyś im na to, hm? Tak się składa, że ja w żadnym razie nie pozwoliłbym Ci na takie zagrywki. Przecież nie bez powodu kazałem Ci mówić mi o wszystkim, jeśli by Cię coś trapiło. Miałeś mi ufać, ale czy nadal to czujesz?
Sam bezwładnie otuliłem Cię wokół pasa, pozwalając sobie na splecenie palców zaraz nad Twoimi lędźwiami. Lubiłem słuchać Twojego regularnego oddechu, bicia serca i oddawać się za każdym razem w ramiona Twojego zapachu. Nie sądziłem, że może być coś piękniejszego niż Twoje perfumy starannie zmieszane z zapachem świeżo wyprasowanej koszuli, ale nawet ja nie potrafię opisać i wyjaśnić tego, co tak naprawdę siedzi w mojej głowie. Burknąłem tylko niewyraźnie, żebyś zrobił sobie dzień wolnego i posiedział ze mną, ale chyba nie powinienem tego proponować. Twój oddech umilkł na chwilę, by powrócić zaraz potem, ale już nie był taki spokojny jak wcześniej. Można sprawniej go opisać jako „harmoniczny, z elementami agresji i niezadowolenia z życia społecznego”, jednak nie zrobiłem tego na głos. 


-To chociaż spóźnij się trochę. 


Mruknąłem spokojnie, jednak stanowczo, unosząc na Ciebie wzrok. Tym razem nie karciłeś mnie za dziecinne pomysły, ani nie nazwałeś mnie niekompetentnym w sprawach dorosłych, więc już to uważałem za swój osobisty sukces. Zamiast zbędnych uwag nachyliłeś się nade mną lekko, zaraz jednak zanurzając nos w moich włosach. Zawsze dziwiłem się, dlaczego tak za nimi przepadasz. W odpowiedzi rzucałeś zwykle, że są piękne, nietypowe, a potem przeczesywałeś je palcami, z radością wzdychając. Wiesz, że byłeś pierwszą osobą, której pozwoliłem ich dotknąć? Pierwszą. Nawet Winry nie miała prawa się do nich zbliżać. Swoją drogą.. wiesz, że to już czwarty miesiąc, odkąd wzięła ślub z Alem? Nigdy nie spodziewałem się, że będą razem szczęśliwi, ale mam nadzieję, że również Ty życzysz im wszystkiego najlepszego, zwłaszcza, że to z Twojego powodu odrzuciłem jej względy. Weź za to odpowiedzialność, Pułkowniku.


-Myślisz, że pół godziny zadowoli Cię dostatecznie? 


Twoje pytanie wydało mi się absurdalne. Wolałem pół godziny, niż kilka godzin pozbawione całkowicie Twojej obecności. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie to było męczące, kiedy wychodziłeś, zostawiając mnie na pastwę losu i miłosierdzie Havoca. Doskonale wiedziałeś też, że niespecjalnie reflektowałem na towarzystwo Majora Armstronga, ale nawet pomimo moich zaleceń, ciągle stawiałeś mnie w podbramkowych sytuacjach, kwitując to jedynie  „wybacz, Ed, mam jeszcze kilka spraw do załatwienia”.
Moje uradowane w pełni „tak” zmusiło Cię do przesunięcia warg niżej, wprost na moje czoło, które obdarzyłeś krótkim, acz ciepłym pocałunkiem. To samo zrobiłeś z moimi skrońmi oraz policzkami i nosem. Wtedy też sam ułożyłem dłonie wyżej, prosto na Twoich obojczykach, żebyś przypadkiem sobie nie pomyślał, że wszystko to dzieje się wbrew mojej własnej opinii i ocenie sytuacji. Chciałem coś dodać od siebie, ale nie ukrywam, rzadko kiedy pozwalasz mi się popisać swoimi umiejętnościami. Nie jestem już dzieckiem, Pułkowniku. Umiem o siebie zadbać, nawet, jeśli myślisz, że dwadzieścia centymetrów różnicy we wzroście znaczy cokolwiek. Mylisz się. Dojrzałem, nawet jeśli nie mam dwóch metrów, a wciąż czubek mojej głowy ledwo dosięga Ci do obojczyka.
Wargi należały do mnie. Ten punkt Twojego ciała bóstwiłem całym sobą, zawsze idealnie gładkie, ze specyficznym smakiem, którego nie potrafiłem odtworzyć nawet w snach, które całkowicie poświęcałem Tobie. Nie potrafiłem, choć dokładnie pamiętałem ich kształt i strukturę.
Początkowo nie zajmowałem się niczym innym. Delikatne muśnięcie a’la „dzień dobry”, żebyś zaraz zaczął odważniej sobie ze mną poczynać. Nasze języki chyba nie potrafiły powstrzymać się przed rozpoczęciem wspólnego tańca, podczas gdy Ty zająłeś się zdejmowaniem górnej części pidżamy, którą i tak zabrałem z Twojej szafki. Zawsze lepiej zasypiało mi się w Twoich ubraniach, umiesz to wyjaśnić? Guziki kolejno puszczały więzy materiału, by zaraz pozwolić mu osunąć się wprost na moje ramiona i ukazać kilka widocznych jeszcze śladów ostatniej Twojej inwazji na moje ciało. Kto by pomyślał, że Ty, Roy Mustang, zdobędziesz nietykalną twierdzę Stalowego Alchemika?
Od tej chwili nie padły już żadne niepotrzebne słowa.  Zamiast tego sam począłem pozbywać się z Twojej klatki piersiowej koszuli, którą przed kilkoma minutami zapinałeś z zapartym tchem, żeby tylko nie przeoczyć żadnego guzika. Widzisz? Czasem Twoje starania i tak idą na marne, poddaj się mi w końcu, Pułkowniku.
Z tym samym wyrazem twarzy, kiedy patrzyłem na Ciebie pierwszy raz i powiedziałem Ci, że Cię kocham, teraz siedziałem, nie potrafiąc się Tobie oprzeć. Twoje dłonie zwinnie zsunęły się niżej, palce zatrzymując na gumce bokserek, które niestety już niefartownie i tak zsuwały mi się z tyłka, więc jedynie pomogłeś im, rzucając je koło łóżka na ziemię. Pchnąłeś mnie na plecy, zaraz nachylając się nade mną i napierając na moje krocze kolanem, nawet nie wiesz, jak mocno czułem się wtedy skrępowany. Całkowicie nagi, z Twoim uparcie wbitym we mnie wzrokiem, nie potrafiłem odgonić myśli, że kiedyś i tak to wszystko się skończy. Że w końcu będziesz musiał bardziej skupić się na obowiązkach niż na mnie, mimo to usilnie starałem się wierzyć, że tak się nie stanie, a Ty starannie pomagałeś mi tego dowieść. Znów uniosłem dłonie, otaczając Cię nimi i zmuszając do przylgnięcia do siebie naszych ciał. Sam czułem, że powoli temperatura Twojego ciała się zwiększa, ale nie zwracałem Ci na to uwagi. Skupiłem się za To na Twoich onyksowych tęczówkach i wargach, w które znów wkroczyłem z językiem, łagodnie i spokojnie obchodząc się z Twoimi plecami, choć i tak moje paznokcie odmawiały mi współpracy i raz po raz zanurzały się w Twojej miękkiej skórze. Nie czułem się pewnie, wiedząc, że jesteś jedynym, który jest jeszcze chociaż w połowie odziany, ale to i tak wkrótce by się zmieniło nawet i bez mojej pomocy, a co dopiero z rosnącą ochotą na robienie przyjemnych rzeczy.
Gardłowo zamruczałeś wprost do mojego ucha, nie pozwalając mi dłużej ukryć, co dzieje się pod osłoną Twojego ciała. Oderwałeś się od pocałunku, zaraz jednak schodząc na szyję i nie pozwoliwszy mi na wykonanie żadnego ruchu w kierunku przejęcia inicjatywy, powoli zsuwałeś się niżej. Od płatka ucha, przez mostek, brzuch i podbrzusze, zatrzymując się na pachwinach. Sprawnie ominąłeś moją męskość, którą jednak zaraz ująłeś między palce i zacząłeś się poruszać, sprawiając, że nie umiałem już dłużej powstrzymać odgłosów, uciekających spomiędzy moich na wpół zaciśniętych warg.


-Pu.. Pułkowniku.


Zdołałem jedynie z siebie wyrzucić, zaraz jednak rozchylając bardziej uda i prężąc się pod Tobą zupełnie niczym wzburzona tafla wodna puszczonym wolno kamieniem. Falowałem, drżałem i na zmianę zamierałem w bezruchu tylko po to, by zaraz ujrzeć kątem oka, jak wolną ręką powoli zsuwasz z siebie spodnie wraz z bielizną i pozwalasz im opaść mniej więcej do kolan. Więcej nie było nam trzeba, a kiedy już doszło do momentu, kiedy nie umiałem opanować wydawanych przeze mnie odgłosów, wsunąłeś między moje wargi dwa palce i gdy tylko nawilżyłeś je moją śliną, zabrałeś rękę, przełożyłeś sobie moje nogi, układając łydki na Twoich barkach i zsunąłeś się wprost na moje pośladki. Początkowo tylko jeden znalazł się we mnie, jednak z czasem i przyzwyczajeniem się do cudownego uczucia rozpychania, dołożyłeś drugi, zupełnie nieświadom tego, co właśnie działo się w moim wnętrzu. Już od samych Twoich palców byłem bliski, jednak na samo wyobrażenie późniejszych wydarzeń, zagryzłem wargę i przymknąłem oczy, marszcząc czoło. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że zapewne cieszysz się, iż pokazuję Ci, na ile jestem w stanie Ci pozwolić, ale z drugiej strony… nie czułbym się tak dobrze, gdybyś robił to tylko z jakichś chorych pobudek. 


-Ed, wchodzę. 


Burknąłeś cicho, ale wyraźnie zakłopotany tym, czy przypadkiem nie zrobisz mi krzywdy. Ostatnim razem nawet zwlekałeś i do ostatniej chwili zarzekałeś się, że nie dojdzie do niczego, ale ja zawsze jestem w stanie Cię przekonać. Obiecuję Ci, że następnym razem to ja przejmę inicjatywę i tym razem sam znajdziesz się na dole, oczywiście… chociaż nie, jestem pewien, że gdybym Cię o to zapytał, Ty wybuchnąłbyś donośnym śmiechem i przezwał mnie per dzieciak, ewentualnie marzyciel, a potem nakazałbyś mi iść i napić się mleka, skoro już chcę tak sobie z Tobą pogrywać. Jesteś okrutny, wiesz? Już tyle razy widziałeś, że nie przepadam za piciem wydzieliny z krowich wymion, a Ty i tak uparcie tkwiłeś przy swoim. „Pij mleko, będziesz wielki”, tak? Szkoda tylko, że nie wielkość fizyczna się liczy, a ta duchowa.


-Kocham Cię.


Odparłem Ci krótko jakby w odpowiedzi na Twoje poprzednie słowa i już po chwili poczułem napieranie Twojego penisa na moje wejście. Nadal nie umiałem powstrzymać łez, ale jestem pewny, że to nie były łzy bólu. Płakałem ze szczęścia. Spokojny i zwykle opanowany Płomienny Alchemik zdawał się teraz ujarzmiać swoje drugie ja, starał się je związać całymi pozostałymi siłami, jednak dzika i nieposkromiona natura Twojego pożądania brała górę w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. Poruszałeś się szybko, zwinnie, odbierając mi resztki zdrowego rozsądku, a także chęci na jakiekolwiek ruszenie się z Twoich ramion. Teraz było mi zbyt dobrze… Zbyt cudownie.
W miarę z upływem czasy moje serce zdawało się przyśpieszać, aż w końcu całkowicie stanęło, nie pozwalając mi się poruszyć bardziej, niż pozwalały mi Twoje zamaszyste ruchy bioder, sam jedynie skrzyżowałem nogi w kostkach i puściłem ręce wolno na pościel, wypełniając pomieszczenie całą gamą przeróżnych dźwięków. Skupienie na Twojej twarzy zmieniło się w rumieńce i pojedyncze kropelki potu na czole, również spomiędzy Twoich warg uchodziły urywane „mmm” lub „och”, często kwitowane „Ed, ko… ko… kocham Cię.” Doskonale wiedziałem o tym, Pułkowniku. Nadal wiem.
W końcu przestałem liczyć sekundy, zapomniałem, jaki był dzień, zapomniałem, gdzie byliśmy. Liczyło się to, że moje wnętrze, które wciągało Cię z każdą kolejną chwilą coraz bardziej dawało mi sygnały, że zbliża się punkt krytyczny, jednak i o tym starałem się zapomnieć do momentu, kiedy nie wypełniłeś mnie sobą po raz ostatni i najgłębszy. Wtedy i ja osiągnąłem spełnienie i już chwilę po tym czułem, jak przytulasz mnie do siebie, starając się unormować oddech. Zawsze po udanym stosunku mówiłeś, że jesteś leniwy, dzwoniłeś do porucznik Hawkeye i prosiłeś, by Cię zastąpiła. Tym razem nie było inaczej i już po chwili wracałeś do mnie, brałeś na ręce, a potem niosłeś do wanny, gdzie braliśmy wspólną kąpiel. Doskonale wiedziałem, że mnie nie zostawisz, pomimo sprzeciwów i aktów dojrzałości z samego rana. Zawsze przegrywałeś. Ty, Roy Mustang, zawsze mi ulegałeś i nie pozwoliłeś zostać samemu po tym, jak Cię uwodziłem. Chociaż… może to Ty uwodziłeś mnie?
Chciałem w sumie Ci zawsze pokazać, że moje uczucia się do Ciebie nie zmieniły i raczej się nie zmienią.

Mam nadzieję, że kiedy czytasz to wszystko, wróciłeś już do domu i siedzisz w swoim ukochanym fotelu, delektując się fajką, którą niedawno przysłał Ci Falman z Briggs. Swoją drogą to już pół roku, odkąd wyjechałeś na misję pokojową do Ishvalu, współpracujesz ze Scarem, a za niedługo może nawet uda wam się połączyć nasze państwa w jedno. Trzymam mimo wszystko kciuki, choć tak bardzo chciałbym, był to ze mną był teraz i tutaj. Mam nadzieję, że czytając to, nie masz mi za złe, że starałem się uwiecznić minione chwile, tylko one mi zostały po Twoim wyjeździe.
I nic, poza Twoją koszulą, którą tego dnia zostawiłeś na fotelu.

Ed.

czwartek, 14 maja 2015

Last smile

Który to już dzień, kiedy się do mnie nie odzywasz? Który to dzień, kiedy piszę do Ciebie, a potem czekam na jakikolwiek znak z Twojej strony? Oczy skierowane do drzwi jak tego dnia, kiedy stwierdziłeś, że spadające gwiazdy nigdy nie przyniosą mi radości, jednak jeśli mam nie wierzyć w niebo, to w takim razie co innego mi zostaje? Ślepa nadzieja, że odwiedzisz mnie, kiedy będę tego potrzebował? Ślepa wiara w poprawę naszych relacji? Nie zostaje mi nic innego, jak tylko przyglądać się wewnętrznej autodestrukcji każdego najmniejszego elementu zbiorowego mojej duszy. Chaotycznie składnie zdań wyciekają z moich uszu, tworząc obraz milczenia.

Coraz mniej czasu zostało na to, by biec do przodu. Kończący się schemat uświadomił mi, że nawet jeśli się poddam, nie zapomnę tych wszystkich chwil spędzonych z Tobą. Więc czy odetnę swoją pamięć od korzeni kłamstwa i wyplewię chwast miłości, czy pozwolisz mi wstać inaczej i podążać za własnym głosem sumienia?

Zakochane w Tobie palce i żyły wciąż pulsują
Nie mogę ich zatrzymać

Ciemnoniebieskie wspomnienia ograniczają widoczność, już nie wiem, kto kryje się za rogiem i obserwuje. Oczy blaknące pod wpływem śmiertelnego uczucia wbijają się w poduszkę, łamiąc skrzydła tęsknocie. Uwierz, nawet błagając Cię o cud spojrzenia nie potrafiłem odrzucić tych wspomnień.

Zachodząca zazdrość powoli przenikła między moje włosy
Gładząc i sunąc niżej
Okryła moje policzki tym dziwnym uczuciem
Uczuciem rozrywania.

niedziela, 10 maja 2015

abnormalize.

Są sytuacje, w których człowiek traci z oczu sens swego życia na ziemi. Momenty, które sypią złoto pod nogi i te szare, przesycone tragedią. Byt człowieka na ziemi, niezmiernie ograniczony ramami czasowymi, nie jest banalną ideą, którą da się opisać. Można jedynie starać się zrozumieć los i w minimalnym stopniu wyrazić swoje zdanie na jego temat. Każdy jest inny, każdy ma wyjątkową, barwną , osobistą historię, własne motywacje i perspektywy na przyszłość; świadomą banicję.
Żyć czy przyglądać się życiu? Czy życie zostało powołane do czerpania z niego? Człowiek nie został stworzony do zadowalania się niczym. Jeden sukces nie oznacza, że można odepchnąć krzyż. Najpierw uczy się chodzić, potyka się, kształtuje swój światopogląd, jednak to wola istnienia pozwala na korzystanie z dóbr, które daje nam codzienne życie.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Że każdy nowy dzień przesycony będzie nową nadzieją i wglądem w jutro. Człowiek lubi obserwować, co dzieje się wokół, ale też ceni bycie w centrum uwagi, czuje każdą materię przepływającą przez jego ciało. Dowodem na istnienie logiki i sensu życia nie jest naukowa teoria czy przemyślenia jakiegokolwiek filozofa. To pasja, to codzienność, to wszystko, co nas otacza. Od człowieka zależy, jakim tropem pójdzie. Wydawałoby się, że szczęście jest nieosiągalne. Że przyglądanie się życiu jest bezpieczniejsze, kiedy nie dotyka się doświadczenia ani gorzkich łez zawodu, jednak to nie wypełnia pustki w sercu. Ludzkie marzenia nie spełnią się od samych myśli czy naukowych obserwacji i sporządzania notatek na ten temat. Istotę ludzką można więc śmiało porównać do niewiernego apostoła Tomasza- trzeba czegoś dotknąć, aby to poczuć. Dyskretna paranoja sprawia, że zaczynamy szaleć z rozpaczy, kiedy widzimy zło tego świata, ale czy jesteśmy bezbronni? Kiedy żyjemy dla samego życia, nie znajdujemy punktu zaczepienia. Tkwimy w pajęczynie czasu bezwładnie, wisząc łbem do dołu ze spuszczonym wzrokiem. To tak, jakbyśmy wpadli w niekończący się obraz monotonności i zawodu. Ciało przeminie, jednak motywacja jeszcze długo zastygać będzie w powietrzu i w sercach innych, bo jeśli zamierza się zmienić świat, należy zacząć od siebie. Ludzie są różni, ale łączy ich jedno; i pustelnik, i wielki książę, będą poszukiwać sensu życia zastanawiając się, jak je dobrze przeżyć.
 

Nie wszystko wydaje się proste, jednak każda najmniejsza rzecz i każdy czynnik jest na wyciągnięcie ręki. Milczenie i krzyk są dopełnieniem siebie, tak samo obserwacja i czerpanie z życia są swoim własnym przeznaczeniem. Nie należy stawać po jednej stronie barykady. Każdy z nas jest indywidualistą i powinien sam decydować o tym, co myśli i co robi. Światło, które prowadzi nas przez odwieczny krąg życia łączy się z ciemnością i daje ukojenie dla zmęczonych od łez oczu. De facto celem życia jest osiągnięcie równowagi, tak przynajmniej sądzę.

sobota, 9 maja 2015

HOLOGRAM

Pokrywające się ze sobą pory roku zniknęły, łamiąc się pewnego styczniowego dnia. Wtedy też upadając, zniosły ze sobą tysiące niepotrzebnych wyrazów, tworząc w ten sposób wołanie. Czy słyszysz zmieniające się kolory? Jeśli odpowiedziałbyś, że nie, czy ja również przestałbym słyszeć? Błędy, których nie wymazałby nikt inny od początku, zdawały się ciążyć, zamazując za sobą kolejne kartki w kalendarzu, kiedy powiedziałeś „żegnaj” i zniknąłeś, okrywając się zimą.  Płakałem, licząc krople, które ocierałem, kolejny raz otwierając oczy.
 

Dni są takie same jak wcześniej, jedynie światło nie powtarza swojej wędrówki. Poczucie wypływającej bezradności pokryło miłość i wspomnienie, którego nigdy nie potrafiłem zapomnieć. Przepełnione zgorzkniałą radością serce zaczęło pękać, odgradzając wartość i bezużyteczność szklaną ścianą.
 

Takie same pragnienia oznaczały dla Ciebie klęskę. 9 stycznia zapisane na pustej kartce płonie niewyraźnie, usypując z popiołu Twoje ostatnie słowa.
 

Myślę, że znajdę ucieczkę. Zapomniwszy o Tobie naprawdę wygodniej byłoby mi iść. Nie chcę, a może też nie potrzebuję. Smutek wypełniający Twoje oczy w momencie powtórzenia nie pozwolił mi zasnąć, znowu chciałbym ściskać Twoją dłoń. Powtarzające się codziennie słowa nie pozwalają mi ustać, choć zawsze myślałem, że minie. Niekończące się szepty w pustej skorupie życia na nowo zapełniły moje uszy pożegnaniem, którego nigdy więcej nie chciałem usłyszeć.
 

Kocham Cię, to jedyna rzecz, której jestem pewien. Błędy, które uświadomiłem sobie, kiedy pory roku pokryły się nieposkromioną barwą smutku, powoli zaczęły zatapiać się w mym sercu. Już nigdy nie pozwolę Ci odejść.
 

Kiedy odnalazłem Cię pod pustym schronieniem, nie sądziłem, że umiem się jeszcze uśmiechać. Może jeśli tej nocy otworzę swe serce na zrozumienie, dane mi będzie Cię poznać?
 

„Żegnaj”, nieznajoma miłości, pozwól mi ustąpić miejsca pragnieniom.
Zawsze w tym samym miejscu, jeszcze nic się nie zmieniło. Drżące pod wpływem podniecenia powieki już więcej nie zamkną się samotnie. Ramiona kołyszące do snu Twoje maleńkie wspomnienia już nigdy nie pozwolą Ci uciec.
 

Nasza wspólna przyszłość. Dotknięte zmęczonymi ustami niebo powoli przestaje błyszczeć, ustępując miejsca Twoim oczom. Jestem pewien, że któregoś dnia odnajdę sposób.
Nie chciałbym znowu powiedzieć Ci „dobranoc”, jeśli nie miałbym pewności, że zostaniesz ze mną aż do świtu. Znowu, drżące na wietrze ramiona powoli opadają, powoli dotykając ziemi.
 

Kocham Cię, to jedyna rzecz, której jestem pewien. Błędy, które uświadomiłem sobie, kiedy pory roku pokryły się nieposkromioną barwą smutku, powoli zaczęły zatapiać się w mym sercu. Już nigdy nie pozwolę Ci odejść.
 

Nawet jeśli śnię. Na zawsze. Już nie chcę się budzić.

wtorek, 5 maja 2015

Cold chain

Kolejny dzień matur. Kolejny cichy wieczór spędzony na czytaniu, przypominaniu sobie i próbowaniu odnowienia wiedzy, którą zdobywałem przez te wszystkie lata. Chciałbym, żeby to było tak proste, jak okłamywanie samego siebie, że nic się nie zmieniło, bo ja nadal patrzę w dal, oczekując Twojego powrotu. Smutek i podwyższona temperatura scalają się w jedno, sprawiając, że nie potrafię utrzymać się w pionie. Pojedynczo upadające jaskółki już nigdy nie będą zwiastunem wiosny.

Nasza miłość nigdy nie była idealna. Jedynie słuchałeś bicia mojego serca, nie potrafiąc na nie odpowiedzieć. Jeśli gdzieś tam znajduje się odpowiedź, co zrobiłem źle, niech czas mi pokaże, zanim ostatnia wskazówka wybije tęskniące za Tobą serce.  Biel i czerń muskularnie zlewające się ze sobą podczas tego wieczora w przedstawieniu, które pragnąłem Ci podarować. Z otwartą blizną na policzku milknący Bóg odchodzi. 

Okłamywałem samego siebie,  żeby tylko nie zapomnieć. Okłamywałem samego siebie, żeby nie zgubić Cię pośród labiryntu świateł. Myśli tłoczone przez wąską rurkę wprost do żył drastycznie dają znać o sobie, nie pozwalając mi już nawet wyciągnąć do Ciebie dłoni.

Myśląc o jutrze, nieświadomie spotkałem Ciebie, stojącego gdzieś pod jasnym sklepieniem gardenii. Zapach wiosennego powietrza delikatnie zmieszał się z tragedią. 

Znów powtarzający się koszmar stopił usta z ołowiem, nie mogę do Ciebie przemówić. Patrzyłeś na mnie bezdusznie, pokazując mi, że za późno na odwrót, a ja pochłonięty pogonią za szczęściem nie pozwoliłem sobie na upadek. Dopiero biegnąc za Tobą dostrzegłem, że upadam. Z otwartą blizną na policzku milknący Bóg odchodzi, zegar tyka, nieustannie przypominając mi, że mój czas się kończy. 

Nawet, jeśli jutro już nie będzie dane mi zobaczyć Twojej uśmiechniętej twarzy, w moich oczach nie pojawi się więcej łez. Siła przejawiana w płatkach gardenii zwiędła, upadając wraz z jaskółkami. 

poniedziałek, 4 maja 2015

Yakusoku

Przepełnia mnie duma. Kategorie względem których potrafię ocenić, jak bardzo mi na Tobie zależy, piękne idee i pomysły na przyszłość- to wszystko dzięki Twojej obecności, którą dalej czuję blisko, niemalże na swoim ciele, kiedy tylko kładę się do łóżka. Nawet nie umiem wyjaśnić, dlaczego dzieje się to od tak długiego czasu. Pamiętam wszystko, jakby to wydarzyło się wczoraj, dzisiaj, jakbyś nadal tu był i choć wierzę, że ta historia ma sens, to bardziej przekonuje mnie stwierdzenie "skrytego przeznaczenia". Oddaję Ci moje serce i pragnę byś je zachował, przy Tobie będzie bezpieczne. Bierz, co chcesz. Jeśli tylko będę mieć pewność, że pozostaniesz ze mną na zawsze, już nic złego się nie wydarzy.

Szept cicho dobiega moich uszu, zdając się, że znowu odwiedzasz mnie w cudownym śnie, z którego nie chcę się budzić. Ile to już czasu? Biegnę za Tobą w korytarze, przepaści, a jednak trzymam się na nogach i nadal mam siłę o Ciebie walczyć. Instynktownie, ale wciąż ochoczo, jakby od tego zależało moje życie.

Bądź moim jutrem. Obiecaj, że będziesz. Złam mnie swoją miłością.


Kiedyś myślałem, że wszystko, co nieuchwytne, nie jest warte starania się o uwagę. Że pewność przecenia się ponad miarę, że milczenie w czasie burzy jest czymś, co mógłbym nazwać azylem, jeśli tylko zechciałbym skryć się przed deszczem. Jeśli zrozumiem, czym jest tęsknota, czy uda przełamać mi się ten dystans między nami? Jeśli będę wyciągał do Ciebie swe dłonie, czy pozwolisz mi złapać Cię choć na krótką chwilę? Proszę Cię, nie znikaj z zasięgu moich dłoni. Perfekcyjne skazy na moim ciele, te wszystkie głębokie przepaści, które powoli zanikały w warstwie czasu, czyste serce... czy mógłbym nazwać to determinizmem? Przeznaczeniem, którego nigdy nie będzie dane mi dotknąć, bo im bardziej próbuję Cię dosięgnąć, tym bardziej znikasz z mojego zasięgu.
Żyję chwilą. Mówiłeś mi, że człowiek warty jest tylko tyle, jak bardzo ceni samego siebie. Skoro nie umiem utrzymać Cię przy sobie, to ile jestem wart? 

Z każdym krokiem dystans się powiększa, z różą wzrastającą spomiędzy rozchylonych warg szeptałem, nie mogąc Cię zatrzymać. Małe kłamstwa o byciu idealnym rozmyły się momentalnie, niczym płatek śniegu w ten czerwcowy dzień. 

Łzy spadające z hukiem z policzków zatrzymują się na zimnym ramieniu. Nawet jeśli okłamie samego siebie, nawet jeśli pozwolę sobie uwierzyć, czy poczucie winy zniknie? Już zawsze chciałbym być obok Ciebie, niezależnie od dzielącego nas wspomnienia. Ostatni raz, zaśpiewaj mi czule. Zaśpiewaj tę samą piosenkę, która towarzyszy mi od początku. Jeśli przestanę pragnąć, czy poczucie bezradności mnie opuści?

Zmieniające się schematy są niczym słowa, które uciekały mi z gardła, kiedy stałeś naprzeciw mnie. "Żegnaj" echem odbiło się w mych uszach, sprawiając, że zatraciłem się ponownie.
Nawet jeśli głęboki sen zniknie, czy będziesz czekać na mnie w oddali?
Poczucie bezradności i uciekającego czasu między nami...

Smutek zamienia się w różę wzrastającą spomiędzy rozchylonych warg...

Riyuu.

niedziela, 3 maja 2015

Ichi, ni, san...

Co u mnie? Skończyłem liceum, w poniedziałek pierwsza matura. Czas idzie do przodu, nie próżnuje pod względem wyzbywania się nowych doświadczeń. Czuję, że czas przyśpieszył.
Nie, to ja przyśpieszyłem. Nie mam już jak się zatrzymać, nie ma mnie kto złapać. 

Jeśli istnieje złoty środek dla tego wszystkiego, to proszę, niech ktoś powie, gdzie go znaleźć, bo powoli kończą się zapasy nadziei, zapasy uśmiechu. Rutyna przytłaczająca istoty żywe, dopadła kolejną ofiarę. 

Chyba tylko jedna rzecz nie uległa zmianie. 
Jedna jedyna. 

Zapach ogrodowych piwonii miesza się z dymem papierosowym i alkoholem. Dobry wybór stał się niezauważalny w ogromie przyzwyczajeń i monotonii. Autopsja żywego poranka zakończona nutą samotności skropiła ostatni dowód na czystość tego miejsca. Jak każdy sen, to wszystko musi się w końcu skończyć. Trzeba przestać żyć nadziejami i marzeniem, które się nie spełni. Na tym polega dorosłość, prawda? Na udawaniu, że wszystko idzie po mojej myśli mimo natłoku negatywów? 
Trudno. Nie znajdę leku na uratowanie przeszłości. 
Teraźniejszość jest nieuchwytna, nawet kiedy zdołam przedrzeć się przez mgłę pragnień. Nic poza Twoim głosem i zapachem nie powstrzyma mnie przed skokiem w nieznane. 
Wiesz o tym, prawda?

Że jedyne, co się nie zmieniło, to Twoje wspomnienie, które nieubłaganie wciąż pozwala mi trzymać się twardo na nogach. Że wszystko, co wybudowałem, oparłem na Twoim ramieniu, nawet jeśli sądzisz, że już dawno przestałeś być dla mnie wszystkim. Tego oczekiwali wszyscy. Wszyscy poza moją siłą. 
Jestem tutaj, ponieważ przyszedłem za Tobą. 

Widzisz? Słońce przedostaje się przez zabite wspomnieniami grobowce. Pozwolisz mu się poprowadzić?

Dopiero przy Tobie zrozumiałem, że chęci nie są wszystkim, co pomoże mi osiągnąć upragnione cele. Pragnąłem przez te wszystkie lata, jednak nie udało mi się dostatecznie zmienić, by przekroczyć limit własnych oczekiwań. A mimo to nadal próbuję, choć wmawiali mi, że to się skończy. Że zapomnę. Nie, nie zapomniałem, mam się dobrze, nadal się trzymam, choć trudniej mi wstawać z łóżka z myślą, że to już tyle lat. Nie zapomniałem, bo nie pozwoliłeś mi zapomnieć. Nie pozwoliłeś mi się poddać. 

Kolejna butelka Portera ląduje w śmietniku. 
Kolejny niedopałek gaszę na parapecie i przypominam sobie te pierwsze chwile, w których stałeś tu ze mną. Uprzedzałeś mnie, że nauczysz mnie palić, pamiętasz? Zatraciłem się w tym przez Ciebie. 
Teraz dym papierosowy jest jedynym śladem, który pokazuje mi, którędy ucieka Słońce. Unosi się, żeby zaraz rozpłynąć się w powietrzu. Myślę, że anatomia tego wszystkiego jest zupełnie prostsza, niż sądziłem. Niż uczyli mnie od dziecka. Dziecięce marzenia, tak odległe w czasie i przestrzeni, zmieniły się w marzenia człowieka, który nie umie ruszyć dalej, pomimo wszelkich starań.
Nie umiem, czy nie chcę? Wiesz, że to nieważne? 

Nieważne stało się jasne. 
Jasność stała się nieważna. 

Jak wszystko poza czteroletnią goryczą. 

Riyuu.