Kolejna część KouGino, tym razem trochę dłuższa i kończąca się nieco inaczej, huhuhu. Czerwiec pełną parą a ja coraz więcej piszę. To chyba dobrze, czyż nie?
DOG HUNT
Półtora roku.
Bezpodstawnie wyciągnięte wnioski, które z reguły odnajdowały
pokrycie z rzeczywistością zawsze były Twoją specjalnością,
siłą, która trzymała Cię wysoko ponad mną. Za każdym razem nie
zwracałeś uwagi, czy się martwię, a parłeś na przód. Teraz
było tak samo. Usiadłem w fotelu, chwilę wpatrując się w pustą
ścianę. Od kiedy zostałem egzekutorem, nie mogłem swobodnie
przechadzać się po mieście, choć tak bardzo wolałbym uniknąć
przebywania w miejscach, które przypominały mi tylko i wyłącznie
o czasach, kiedy byliśmy razem. Nawet zapach codziennie parzonej
kawy wydawał mi się przytłaczający, nie mówiąc już o Twoich
ulubionych papierosach, które raz po raz dało się wyczuć w
powietrzu, kiedy akurat przechodził któryś z Inspektorów. Półtora
roku zajęło mi pozbieranie swojego życia w jedną, spójną
całość, choć i tak nie umiałem zaspokoić swojej żądzy wiedzy,
wystarczyłaby mi jedna, pieprzona wiadomość, czy żyjesz i jak się
trzymasz. Zamiast tego jak króliki mnożyły mi się kolejne
zlecenia i tajemnice, które należało rozwiązać. Tego dnia nie
było inaczej. Poranek rozpoczęty świeżą kawą, potem papieros,
kontrola barwy, a następnie całe popołudnie spędzone w biurze.
Bez Ciebie jakoś trudno było ustalić, czy naprawdę dobrze
robiłem, zabierając się za cokolwiek, bo od kiedy odszedłeś,
mętlik w głowie mieszał nie tylko w moim zmyśle detektywa. Na
każde wspomnienie wspólnie spędzonych nocy dostawałem dreszczy z
obawy, że więcej Cię nie zobaczę.
Idąc korytarzem
przypominałem sobie wszystko. Moment naszego poznania, wszystkie
misje wykonane razem z Tobą, kiedy byliśmy inspektorami, to, jak
zostałeś egzekutorem. Zawsze byłeś o krok do przodu, zawsze. A
teraz nie raczyłeś nawet poinformować mnie o swoich planach, choć
tak zaciekle zarzekałeś się, że mnie nie opuścisz. Korytarz
dłużący się w perspektywie czasu zakończył się wraz z
usłyszeniem Twojego imienia. Przypadkowo nawet wpadłem na kogoś z
obsługi, a gdybym liczył oddechy, które od tej pory z siebie
wyrzuciłem, nie pokryłoby się to w żadnym stopniu z prawidłowym
tokiem. Wręcz na pięcie odwróciłem się w kierunku dobiegającej
z biura wypowiedzi na Twój temat i niewiele myśląc z hukiem
wparowałem do środka. Nie żałowałem sobie temperamentu, wiedząc,
że byłbym głupcem, gdybym zignorował tę okazję.
W fotelu siedział
Saiga, miarowo przeglądając jakieś akta i notując coś na kartce,
którą opierał o swoje kolano. Z założoną nogą na nodze
wyglądał na skupionego, ale nie dało się ukryć, że
interesującym fenomenem było „rozumiem”, mruczane przez niego
zdawkowo. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że rozmawiał z
kimś, kogo nie dostrzegałem, ale właśnie to było jego
jednostkową cechą, której nawet nie starałem się zdefiniować.
Tak szybko, jak wszedłem, mężczyzna podniósł na mnie wzrok,
chwilę świdrując mnie nim i wręcz przeszywając, na co syknąłem.
Jego analiza charakterów była na tyle wybitna, że wiedziałem, jak
niewiele wystarczyło, by ustalił, w jakiej konkretnie sprawie
przyszedłem.
-Ginoza, nie w
terenie?
Spytał, odkładając
kartkę oraz długopis na bok, na blat stojącej obok komody.
Odetchnąłem cicho, dłonie powoli wsuwając w kieszenie i
przysunąłem się bliżej z nadzieją, że zdradzi mi coś, co mnie
w pełni usatysfakcjonuje. Wtedy też zasiadłem w fotelu zaraz
naprzeciw Saigi, chwilę błądząc myślami po tym, o co dokładnie
musiałem zapytać, by uzyskać odpowiedzi na swoje pytania.
-Doskonale wiesz, po
co przyszedłem. Byłeś nauczycielem Kougamiego, czyż nie?- palce
swoich dłoni splotłem, opuszczając je na swoje uda, które nerwowo
drgały, podczas gdy profesor uniósł lekko kąciki ust do góry w
znaczącym uśmiechu. Przez chwilę nawet przez myśl przebiegło mi
„nie ukryję się, nie ukryję emocji”, jednak przekładałem
ponad to odnalezienie Ciebie, więc musiałem odłożyć na bok
wszelkie nerwy oraz stres, który wynikał z obawy przed fiaskiem
mojej prywatnej sprawy.
-Byłbym niezmiernie
poruszony, gdybyś wyjaśnił mi, dlaczego zależy Ci na odnalezieniu
Shinyi. Dobrze wiesz, że gdyby Biuro Bezpieczeństwa Publicznego się
o tym dowiedziało, zostałby natychmiastowo unieszkodliwiony, a
potem wyeliminowany. Ucieczka egzekutora od zawsze oznaczała dla
niego nieuniknioną śmierć, prawda?- spytał, podnosząc się
chwilę później, po czym przeniósł się kilka metrów w prawo,
wprost do ekspresu do kawy. Nie oderwałem od niego wzroku, jedynie
kiwając ze zrozumieniem głową, a kiedy podał mi świeżo
zaparzony napar, schwyciłem filiżankę oburącz, jednak nie
uniosłem jej do ust, przez moment wpatrując się w taflę kawy,
która obnażyła przede mną to, jak żałośnie wyglądałem.
-Nie mam zamiaru go
wydać. Chcę wiedzieć, czy daje sobie radę. Chcę się z nim
spotkać, chcę chociaż zamienić kilka słów. Wiem, że pan ukrywa
jego lokalizację i szanuję to, a także chcę podziękować z tego
miejsca za pomoc jego osobie, jednak teraz jedyne, o co proszę, to
udostępnienie mi informacji na temat jego aktualnego pobytu. To dla
mnie naprawdę wiele znaczy. – wyrzuciłem z siebie, dopiero teraz
upijając łyk gorącego napoju. Gorzki smak rozlał się po moich
kubkach smakowych, zupełnie otrzeźwiając mój umysł do tego
stopnia, że udało mi się zauważyć, jak na wargi Saigi wstępuje
delikatny uśmiech.
-Nobuchika, czy
poświęciłbyś się dla jego dobra?- spytał w końcu, powoli
przybliżając się do fotela, w którym siedziałem, jednocześnie
wręczając mi w dłonie kartkę z nazwą ulicy oraz domem.- Nie
odpowiadaj. Myślę, że obaj wiemy, co byś powiedział. Oczywiście
śmiem zachować wszystko w tajemnicy, ale uważaj. Wyciek informacji
może znacznie podwyższyć poziom stresu, jeśli wydałoby się, że
zabójca Makishimy Shougo jest na wolności. No, przynajmniej mam
pewność, że dochowasz tajemnicy z powodu swoich uczuć do
Kougamiego, czyż nie, Ginoza?
Zamarłem. Przez
moment nie docierał do mnie żaden z bodźców zewnętrznych poza
odbijającym się echem w moich uszach słowem „uczucia”, które
spiorunowały mnie na tyle, bym przez bliżej nieokreślony przedział
czasowy nie kontaktował, ale właśnie tego spodziewałem się po
tym człowieku. Nie mogłem podważać jego umiejętności, więc
jedyne, na co się odważyłem, to odwrócenie wzroku od niego i
skierowanie go na trzymaną przeze mnie kartkę, aż w końcu z
cichym „dziękuję” na ustach, wsunąłem ją w kieszeń,
wychodząc momentalnie z pomieszczenia i kierując się w stronę
wydziału Pierwszej Dywizji. Nie mogłem tracić czasu na zbędne
formalności, wystarczyło poprosić któregoś z inspektorów o
nadzorowanie mnie, by nie sprawić wrażenia chęci ucieczki. Nawet
wolna wola okazałaby się zbędna pod kątem prawa, choć wolałem
uniknąć mieszania w tę sprawę osób trzecich. Pod przykrywką
sprawdzenia podejrzanego miejsca dokładnie zaplanowałem wyjazd oraz
jego przebieg, wyliczyłem najbardziej odpowiednią trasę, a także
zabezpieczyłem się na wypadek kontroli innej dywizji lub reszty
naszych ludzi. Działanie w małych grupach było mniej podejrzane,
toteż dwuosobowa ekipa składająca się ze mnie oraz inspektor
Tsunemori wystarczyłaby na skontrolowanie wyznaczonego przeze mnie
terenu. Choć zataiłem prawdę, o dziwo mój wskaźnik Psycho Pass
nie zachmurzył się bardziej, więc będąc niemal pewnym
osiągnięcia sukcesu, udałem się do samochodu, jedynie od czasu do
czasu wymieniając z inspektor pojedyncze zdania. Pędziłem.
Pierwszy raz od długiego czasu rozpierała mnie ta dziwna energia,
która nie znajdowała ujścia pomimo ryzyka, że ktoś nakryje mnie
na poszukiwaniu zbiegłego egzekutora. Właściwie to kiedy straciłem
swój instynkt samozachowawczy? Czy możliwe było, że kiedy stałeś
się psem łowczym, odczuwałeś to samo? Byłeś zagubiony, prawda?
-Proszę tu
zaczekać.- rzuciłem krótko do inspektor, kiedy sam wysiadłem z
samochodu i zapewniwszy Tsunemori, że wrócę, kiedy tylko sprawdzę
cały teren, udałem się we wskazanym przez Saigę kierunku. Sporo
zachodu kosztowało mnie ustalenie, gdzie dokładnie muszę jechać,
zwłaszcza, że poszukiwanie przeze mnie miejsce nijak mogłem nazwać
łatwym do znalezienia. Las w odległości około pięćdziesięciu,
może osiemdziesięciu kilometrów od najbliższego miasta zdawał
się być kryjówką całkiem w Twoim stylu, Kou. Przyznaj, mój
ojciec szepnął Ci o niej słówkiem, prawda?
Bicie się z myślami
pozostawiłem daleko w tyle, powoli przemierzając trasę między
pozostawieniem wozu, a domniemaną lokalizacją budynku, w którym
rzekomo się znajdowałeś. Coraz gęstsze krzewy i wyższe drzewa
skutecznie zaczęły odcinać dostęp światła, lecz nie stanowiło
to dla mnie problemu. Zaopatrzony w Twoją srebrną zapalniczkę,
która rozświetliła mi drogę, w końcu znalazłem się na
niewielkim, zapuszczonym dziedzińcu, o ile właśnie tak opisać
mogłem miejsce, na jakie trafiłem. Szary ceglany blok, a dokładniej
sterta gruzu, kiedyś mógł być jakąś małą rezydencją, choć
zapomniany przeistoczył się w zapierający w negatywnym znaczeniu
dech w piersiach zapuszczony budynek, przypominający bardziej ruinę
starego więzienia, ale nie baczyłem na to. Liczyła się możliwość,
że gdzieś tam w środku znajdę Ciebie, a wtedy bez pardonu
rzuciłbym się na Ciebie z zamiarem zamordowania Cię za milczenie,
to cholernie milczenie, którego Wać pan nie raczył przerwać nawet
krótkim „jest okej”.
Mocniej zacisnąłem
palce na zapalniczce, kiedy przyszło do otwarcia drzwi. O ile nie
obawiałem się o to, że coś może na mnie stamtąd wyskoczyć, o
tyle bałem się, że moja wściekłość, która jeszcze chwilę
ewoluowała z radości, sprowadzi na mnie całe stado inspektorów, a
wtedy nici ze spotkania. Wrota uchyliły się z lekkim skrzypnięciem,
a wkrótce potem dało się zauważyć światło, dochodzące z głębi
budynku. Korytarz nie był długi, a w powietrzu unosił się
delikatny zapach stęchlizny. Wilgoć podniszczyła większość
mebli znajdujących się w środku, choć i tak wnętrze budynku
wyglądało znacznie lepiej od jego zewnętrznej strony. Zmysł
detektywa od razu pokierował mnie do głównego holu kilka metrów
za pierwszym pomieszczeniem, gdzie napotkałem schody,
najprawdopodobniej prowadzące do piwnicy. Oczywiście mógłbym
poświęcić dodatkowe kilka minut na spenetrowanie głównej części
budynku, jednak coś mówiło mi, żebym zdał się na intuicję. Ba,
nie mówiło. Wrażenie to rozrywało mi głowę, nie pozwalając się
skupić nawet na tym, że powinienem patrzeć pod nogi czy oddychać.
Niefartownie kilkakrotnie nawet o tym zapomniałem, nie mówiąc już
nic o tym, jak bardzo bliski byłem spotkania trzeciego stopnia z
podłogą, kiedy ni stąd ni z owąd nagle pojawiały się na niej
części krzeseł czy porozbijane wazony. Oczywiście uszedłem cało
z tego wszystkiego, automatycznie kierując się właśnie w
interesującym mnie kierunku. Kilka stopni prowadzących w dół
pozwoliło mi zaobserwować zjawisko zaginania się światła. Z
pewnością jego źródłem była lampa, innego sposobu nie było.
Kolejne kilka schodów doprowadziło mnie również na sam dół,
ujawniając przede mną kolejne drzwi. Szpara między ziemią a nimi
wyraźnie wskazywała na czyjąś obecność w środku, na co serce
samo przyśpieszyło, a zmysły powoli oddały się pragnieniu.
Wszystko, co do tej pory nazwałem słusznym, odeszło precz, a sam
ułożyłem dłoń na mosiężnej, stalowej klamce, powoli i
delikatnie naciskając ją palcami. Ta część pomieszczenia
wyglądała zupełnie inaczej, niż jej matczyna wierzchnia część.
Bardziej zautomatyzowana piwnica wyglądała mi na kryjówkę z
typowego filmu akcji, kiedy to pod domem kryła się baza
super-agentów.
Kolejne kroki
stawiałem niepewnie, aż do momentu, kiedy moim oczom rozległo się
rozległe pomieszczenie, wyposażone jedynie w cztery wiszące na
suficie jarzeniówki, kanapę i stół, na którym leżały
porozrzucane pety i zapałki. Nawet niedoświadczony detektyw mógł
od razu stwierdzić, że jeszcze niedawno miejsce to było
zasiedlone, a jego mieszkaniec był nałogowym palaczem. Określenie
to idealnie opisywało Ciebie, więc kiedy tylko upewniłem się, że
to właśnie Twoje papierosy, usiadłem na kanapie, dorzucając do
tego kompletu Twoje zippo.
Ulga wywołana
odnalezieniem Twojej kryjówki owładnęła moim umysłem, choć
zapierałem się sam sobie, że więcej nie pozwolę się omamić.
-Kopę lat, Gino.-
głos, który rozległ się za moimi plecami sparaliżował każdy
mięsień mojego ciała. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że
śnię, a jedną z sennych mar było spotkanie z Tobą. Zadrżałem,
nie mogąc się nawet odwrócić przodem w kierunku, z którego
dobiegał znajomy głos, choć już po chwili zacząłem odzyskiwać
czucie w palcach, a potem reszcie ciała. Gwałtownie zerwałem się
z miejsca, kiedy niemal emitowane przez Ciebie ciepło zetknęło się
z moim karkiem, a sam ze skrzywioną miną zagryzłem wargę.- No ej,
nie masz mi teraz zamiaru powiedzieć czegoś w stylu „miło cię
widzieć?” albo „tęskniłem”? Nie bądź taki nieczuły, nie
jesteśmy w pracy.
Na te słowa nie
wiedziałem, czy bardziej miałem ochotę Cię pobić na miejscu, czy
od razu wyszarpać Ci serce z dziką nadzieją, że zostanie ono już
na zawsze przy mnie. Byłoby to najskuteczniejszą metodą, w końcu…
nie miałem już nic do stracenia. Byłem egzekutorem, upadłem. Ale
jednocześnie czułem, że jestem w końcu bliżej Ciebie niż
kiedykolwiek. Obawa przed Twoim ponownym zniknięciem nasilała się
i opadała, aż w końcu ze spokojnego i stonowanego człowieka
przemieniłem się w całkowite przeciwieństwo siebie, natarłem na
Ciebie, automatycznie zaciskając palce na Twojej koszuli. Początkowo
celowałem w szyję, jednak w miarę upływu czasu uspokajałem się,
tworząc wokół siebie barierę emocjonalną, której nie byłem w
stanie sam przełamać. Ironiczne byłoby też stwierdzenie, że całą
moją tęsknotę i miłość skupiłem w pięściach, którymi
sporadycznie, acz intensywnie okładałem Twoją klatkę piersiową.
Chociaż to mogłem częściowo nazwać zadośćuczynieniem za
pozostawienie mnie na pastwę losu, kiedy zniknąłeś bez słowa
wyjaśnienia.
-Byłoby to nie na
miejscu, przeklęty psie.
Warknąłem bez
najmniejszego oporu przed kolejnym ciosem, który sprawniej
wymierzyłem w Twój obojczyk. Ty zaś nachylając się nade mną,
otuliłeś mnie ramionami, szczelnie zamykając mnie w swojej
znienawidzonej klatce, z której już zbyt wiele razy nie udało mi
się uciec. Zapach Twojego ciała sprawił, że gdyby nie złość,
która kipiała ze mnie pod wpływem skrywanego we mnie cierpienia,
zapewne od razu wpiłbym się w Twoje usta jak dawniej.
Kątem oka
dostrzegłem tylko, jak się uśmiechasz, na co jedynie prychnąłem,
dłońmi powoli sunąc wyżej do momentu, aż nie dotarłem do
ramion, a następnie sam ciasno objąłem Cię wokół szyi.
Nienawidziłem miłości do Ciebie, jednocześnie kochając nienawiść
do wszystkiego, co w Tobie widziałem.
-Szefowa Kasei nadal
mnie szuka, mam rację?- spytałeś w końcu przerywając ciszę,
którą do tego czasu zakłócały na krzyż wymijające się oddechy
i bicie serca. Nie unosiłem wzroku na Ciebie, jedynie zatracając
zmysły w tym, że znowu trzymam Cię w ramionach, niezdolny do
odtrącenia Twojej bliskości.
-Nie wiem. Straciłem
dostęp do głównej bazy danych, kiedy zostałem zdegradowany do
pozycji łowcy.
Urwałem na chwilę,
po czym w końcu zdecydowałem się na uniesienie wzroku wprost na
Twoją twarz, która nagle z pogodnej przybrała grymas dziecka,
któremu zostało odmówione kupienie lizaka w sklepie. Zawsze byłeś
dla mnie enigmą, choć tym razem całkowite opisanie tego, co
dostrzegłem, było klarowne i przejrzyste.
-Twój Psycho Pass.
Zachmurzył się po moim odejściu, po śmierci Masaoki. Jesteś
skończonym idiotą, Gino.- dodałeś, palce lewej ręki wsuwając w
moje włosy, a ja wbiłem paznokcie w skórę na Twoim karku. Zawsze
szacowałeś lepiej niż ja, a Twoja dedukcja bezsprzecznie
przeszywała nawet najmniejszą, najmniej ważną myśl znajdującą
się w mojej głowie. Skinąłem jedynie, odsuwając się lekko od
Ciebie, jednak nie na długo. Zdawałem sobie sprawę, że
ograniczony czas nie idzie mi na rękę, a im dłużej będę zbaczał
z głównego tematu, tym mniej nacieszę się Twoją obecnością,
kiedy w końcu Cię odnalazłem. Sekret, który został powierzony
tylko mi, musiał pozostać w zasięgu moich dłoni, więc już po
chwili desperacko przylgnąłem do Ciebie, wpijając się w Twoje
wargi. Na nowo musiałem uczyć się ich kształtu, choć kiedyś sam
zaprzeczałem, że jedyne, co nas łączy to fakt, że ja byłem
inspektorem, Ty moim podwładnym. Teraz nawet to poszło w niepamięć,
pozostawiając wyłożone karty na stole. Miałeś mnie w garści i
tylko tego byłem pewien.
-Zamknij się. Nie
mamy zbyt wiele czasu.- rzuciłem chłodno w przerwie między
pocałunkami, powoli zniżając się i sprawnie rozpinając guziki
Twojej koszuli. Oszołomiony zapachem ukochanej skóry pomieszanej z
dymem papierosowym nie miałem w sobie zahamowań. Wkrótce całe
górne odzienie wylądowało na ziemi, wraz z moją marynarką.
Odczuwałem jedynie strach, że nie zdążę. Że zabraknie mi czasu
na nacieszenie się Twoją bliskością.
Jednym, silnym
ruchem pchnąłem Cię na kanapę, zmuszając Cię, byś oparł się
plecami wygodnie, kiedy sam zabierałem się za pozbycie się Twoich
spodni. Klamra paska puściła z charakterystycznym trzaskiem i już
po chwili znalazła się wraz z dżinsami u Twoich kostek, kiedy
szybko dobierałem się materiału Twojej bielizny. Ciche
westchnięcie rozniosło się w powietrzu, dając mi znak, że nie
mogę teraz skończyć. Pocałunki składałem z czułością i
namiętnością, zmieszaną z brakiem oporów. Chciałem mieć Cię
tylko dla siebie i nie liczyło się nic innego poza świadomością,
że wkrótce znowu będziemy musieli się rozstać.
Palcami przesunąłem
po całej długości Twojego członka, jedynie raz po raz zaciskając
się na nim całą dłonią. Entuzjazm wyparł obawę, a Ty
podciągnąłeś mnie do góry, zmuszając mnie do kolejnego
pocałunku. Dłużej, głębiej, intensywniej. Współgrające języki
tańczyły, kiedy sam zacząłeś rozbierać moje ciało, aż w końcu
obaj, zupełnie nadzy przylgnęliśmy do siebie, kurczowo trzymając
się nawzajem. Palcami przesuwałeś po moim torsie, nie omijając
żadnego punktu, wliczając w to żelazną protezę ramienia. Nie
ukrywałem, że skrępowałeś mnie tym, nie lubiłem tej części
siebie, a Ty sprawnie uspokoiłeś chaos w mojej głowie pocałunkiem
złożonym na mojej skroni. Brakowało mi Ciebie, brakowało mi
Twojego wsparcia, a tym bardziej nie chciałem Cię puszczać. Przez
chwilę nawet miałem wrażenie, jakbyśmy robili to pierwszy raz.
Emocje wynikające z całego zamieszania skutecznie wyizolowały
własną świadomość, pozwalając mi całkowicie skupić się na
trwającej chwili, a kiedy Twoja dłoń spotkała się z moimi
sutkami, sam odczułem specyficzną zależność pomiędzy naszymi
ciałami. Oddziaływaliśmy na siebie, przyciągaliśmy się, z
pewnością tworząc nierozerwalną więź między tym, co było,
jest i być miało.
Dopiero sukcesywnie
twardniejąc zrozumiałem, że nigdy nie zamieniłbym Ciebie na
nikogo, nawet jeśli od tego miałoby zależeć całe moje późniejsze
życie.
Równomierne jęki z
czasem przerodziły się w symfonię, kiedy palcami przesunąłeś
wzdłuż mojego mostka, żeber, boków, przez pachwinę i penisa, na
moim wejściu kończąc. Z pewnością obaj pragnęliśmy w tym
momencie, by ta chwila nie kończyła się jeszcze długo, ale nie
przeciągaliśmy, a Ty już po chwili znalazłeś się we mnie,
rozciągając mnie i przygotowując na coś znacznie większego. Nie
miałem już przed tym oporów, jedynie domagając się więcej i
więcej. Więcej Ciebie.
Siedząc na Twoich
biodrach okrakiem miałem wrażenie, że obserwujesz uważnie każdą
zmianę mimiki na mojej twarzy i mowy ciała, ale krępacja już
dawno zmieniła się w zdecydowanie silniejsze pożądanie. Wsuwałeś
i wysuwałeś się ze mnie, dostarczając mi upragnionych przez ten
cały czas wrażeń, jednocześnie uspokajając mnie odbijającym się
o moją szyję oddechem. Nie byłem już w pełni świadomy ani
dźwięków, które wydawałem, ani gestów, sugestywnie ocierając
się o Ciebie swoim penisem, dałem Ci znak, że już pora, że nie
ma sensu bardziej się przygotowywać. Nie oponowałeś, zamiast tego
zmieniając się ze mną pozycją. Wisiałeś nade mną, moje łydki
układając na swoich barkach i wróciłeś do pieszczenia moich warg
swoimi. Rejestrowanie tego, co działo się potem, skończyło się
na gardłowym wyrzuceniem z siebie Twojego imienia, które skutkowało
wsunięciem się we mnie Twojej męskości. Właśnie tego
potrzebowałem. Właśnie na to czekałem, na upust emocji, na
zatracenie się w przyjemności wynikającej z Twojego dotyku. Nie
dbaliśmy o nic więcej, z każdym ruchem wydawało mi się, że
wypełniasz mnie bardziej, a mój organizm zapraszał Cię głębiej
i głębiej. Dłonie opierałeś po dwóch stronach mojej głowy, nie
pozwalając mi uciec przed obnażeniem swoich prawdziwych odczuć.
Obaj pozwoliliśmy sobie na spazmatyczne drżenie, jedynie raz po raz
przerywając, by zatoczyć się wzajemnie w pocałunku. Każdy gest
skutkował ponownym upadkiem w nasze splecione ciała, w podwyższoną
temperaturę i brak logiki. Posuwałeś mnie mocno, a zarazem
doprawiałeś wszystko skupionymi na drugiej osobie uczuciami i
dopiero to pozbawiło mnie ostatniej bariery ochronnej.
-Kocham Cię, Kou.-
wymruczałem cicho, jakby ze świadomością zbliżającego się
końca, czułem, jak mała śmierć przychodzi po mnie, sporadycznie
zbliżając się i oddalając ode mnie, a zbierające się w moim
podbrzuszu przeszywające ciepło narastało z każdym ruchem Twojego
ciała. Palcami sunąłem po Twoich plecach, jednak zmieniło się to
w końcu w oranie; z zadowoleniem i satysfakcją pozostawiałem na
Tobie pręgi, chcąc Cię naznaczyć, że należysz tylko i wyłącznie
do mnie. Traktowałem to jako podpis „własność Nobuchiki
Ginozy”, Ty zaś skupiałeś się na mojej szyi, gryząc ją,
ściskając wargami i zasysając się na niej aż do utraty tchu.
Jęki, które wcześniej jedynie momentami przecinały ciszę, stały
się teraz głośniejsze i częstsze, pozwalając mi dostrzec, jak
niewiele zostało, bym osiągnął w Twoich ramionach szczyt. I
faktycznie, z każdym kolejnym pchnięciem zdawało mi się, że
coraz głębiej mogę odczuć Ciebie w sobie, aż w końcu lepka
substancja rozlała się po moim brzuchu, nie szczędząc również
Twojego torsu. Z głuchym jękiem spiąłem pośladki, szczelnie
opinając Twoją męskość sobą, aż w końcu i Ty, jedno, dwa
wejścia później wypełniłeś całe moje wnętrze swoim nasieniem
i opadłeś lekko na mnie, nos wtulając w mój bark. Słabo uniosłem
jeszcze drżące dłonie, przymykając powieki i pozwoliłem sobie na
spokojne wylegiwanie się z Tobą u swojego boku.
Kolejny kwadrans
minął na uspokojeniu oddechów i wyrównaniu temperatur ciała
sprzecznych z tą wokół nas. Choć nie chciałem się podnosić,
zmuszony byłem w końcu usiąść i sięgnąć po swoje ubrania, a z
przybieraniem kolejnych warstw odzienia westchnąłem jedynie,
palcami przeczesując włosy. Powrót na powierzchnię był
nieunikniony, gdybym zdradził cokolwiek związanego z tym miejscem i
Tobą, rychło przyszłaby po Ciebie cała brygada uzbrojonych w
Dominatory egzekutorów, na co pozwolić nie mogłem. Wstałem,
jeszcze na chwilę nachylając się nad Tobą i złożyłem lekki
pocałunek na Twoim policzku, zaraz podchodząc do stołu, z którego
zgarnąłem zapalniczkę i resztę papierosów, które ostały się w
paczce.
-Wezmę to w zastaw.
Oddam, kiedy znowu się spotkamy, Kou.
Rzuciłem oschle, od
razu kierując się do wyjścia, potem schodami w górę. Nie mogłem
się odwrócić. Nie chciałem, byś widział, jak bardzo nie
podobała mi się wizja, w której po raz kolejny musieliśmy się
rozstać, choć wiedziałem, że właśnie to było konieczne. Ledwo
kontaktując z rzeczywistością znalazłem się przed domem, aż w
końcu przemierzając z powrotem dzikie ostępy lasu, dotarłem do
wozu, w którym czekała zniecierpliwiona inspektor Tsunemori. Bez
zastanowienia podszedłem do niej, od razu zapewniając, że miejsce,
które sprawdziłem, okazało się być jedynie opuszczonym budynkiem
niezamieszkanym od dawna i z pewnością nie jest ono podejrzane.
Wtedy też wsiadłem z powrotem do pojazdu, zapiąłem pasy i
odetchnąłem z ulgą.
-Ginoza, czy ty masz
malinkę na szyi?
-Nie, pani
inspektor, przecież to niemożliwe. Myślę, że musiałem się
czymś uderzyć, zniknie za parę dni.
Ty… cholerny psie…


