piątek, 5 czerwca 2015

DOG HUNT

Kolejna część KouGino, tym razem trochę dłuższa i kończąca się nieco inaczej, huhuhu. Czerwiec pełną parą a ja coraz więcej piszę. To chyba dobrze, czyż nie?




DOG HUNT

Półtora roku. Bezpodstawnie wyciągnięte wnioski, które z reguły odnajdowały pokrycie z rzeczywistością zawsze były Twoją specjalnością, siłą, która trzymała Cię wysoko ponad mną. Za każdym razem nie zwracałeś uwagi, czy się martwię, a parłeś na przód. Teraz było tak samo. Usiadłem w fotelu, chwilę wpatrując się w pustą ścianę. Od kiedy zostałem egzekutorem, nie mogłem swobodnie przechadzać się po mieście, choć tak bardzo wolałbym uniknąć przebywania w miejscach, które przypominały mi tylko i wyłącznie o czasach, kiedy byliśmy razem. Nawet zapach codziennie parzonej kawy wydawał mi się przytłaczający, nie mówiąc już o Twoich ulubionych papierosach, które raz po raz dało się wyczuć w powietrzu, kiedy akurat przechodził któryś z Inspektorów. Półtora roku zajęło mi pozbieranie swojego życia w jedną, spójną całość, choć i tak nie umiałem zaspokoić swojej żądzy wiedzy, wystarczyłaby mi jedna, pieprzona wiadomość, czy żyjesz i jak się trzymasz. Zamiast tego jak króliki mnożyły mi się kolejne zlecenia i tajemnice, które należało rozwiązać. Tego dnia nie było inaczej. Poranek rozpoczęty świeżą kawą, potem papieros, kontrola barwy, a następnie całe popołudnie spędzone w biurze. Bez Ciebie jakoś trudno było ustalić, czy naprawdę dobrze robiłem, zabierając się za cokolwiek, bo od kiedy odszedłeś, mętlik w głowie mieszał nie tylko w moim zmyśle detektywa. Na każde wspomnienie wspólnie spędzonych nocy dostawałem dreszczy z obawy, że więcej Cię nie zobaczę.
Idąc korytarzem przypominałem sobie wszystko. Moment naszego poznania, wszystkie misje wykonane razem z Tobą, kiedy byliśmy inspektorami, to, jak zostałeś egzekutorem. Zawsze byłeś o krok do przodu, zawsze. A teraz nie raczyłeś nawet poinformować mnie o swoich planach, choć tak zaciekle zarzekałeś się, że mnie nie opuścisz. Korytarz dłużący się w perspektywie czasu zakończył się wraz z usłyszeniem Twojego imienia. Przypadkowo nawet wpadłem na kogoś z obsługi, a gdybym liczył oddechy, które od tej pory z siebie wyrzuciłem, nie pokryłoby się to w żadnym stopniu z prawidłowym tokiem. Wręcz na pięcie odwróciłem się w kierunku dobiegającej z biura wypowiedzi na Twój temat i niewiele myśląc z hukiem wparowałem do środka. Nie żałowałem sobie temperamentu, wiedząc, że byłbym głupcem, gdybym zignorował tę okazję.
W fotelu siedział Saiga, miarowo przeglądając jakieś akta i notując coś na kartce, którą opierał o swoje kolano. Z założoną nogą na nodze wyglądał na skupionego, ale nie dało się ukryć, że interesującym fenomenem było „rozumiem”, mruczane przez niego zdawkowo. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że rozmawiał z kimś, kogo nie dostrzegałem, ale właśnie to było jego jednostkową cechą, której nawet nie starałem się zdefiniować. Tak szybko, jak wszedłem, mężczyzna podniósł na mnie wzrok, chwilę świdrując mnie nim i wręcz przeszywając, na co syknąłem. Jego analiza charakterów była na tyle wybitna, że wiedziałem, jak niewiele wystarczyło, by ustalił, w jakiej konkretnie sprawie przyszedłem.
-Ginoza, nie w terenie?
Spytał, odkładając kartkę oraz długopis na bok, na blat stojącej obok komody. Odetchnąłem cicho, dłonie powoli wsuwając w kieszenie i przysunąłem się bliżej z nadzieją, że zdradzi mi coś, co mnie w pełni usatysfakcjonuje. Wtedy też zasiadłem w fotelu zaraz naprzeciw Saigi, chwilę błądząc myślami po tym, o co dokładnie musiałem zapytać, by uzyskać odpowiedzi na swoje pytania.
-Doskonale wiesz, po co przyszedłem. Byłeś nauczycielem Kougamiego, czyż nie?- palce swoich dłoni splotłem, opuszczając je na swoje uda, które nerwowo drgały, podczas gdy profesor uniósł lekko kąciki ust do góry w znaczącym uśmiechu. Przez chwilę nawet przez myśl przebiegło mi „nie ukryję się, nie ukryję emocji”, jednak przekładałem ponad to odnalezienie Ciebie, więc musiałem odłożyć na bok wszelkie nerwy oraz stres, który wynikał z obawy przed fiaskiem mojej prywatnej sprawy.
-Byłbym niezmiernie poruszony, gdybyś wyjaśnił mi, dlaczego zależy Ci na odnalezieniu Shinyi. Dobrze wiesz, że gdyby Biuro Bezpieczeństwa Publicznego się o tym dowiedziało, zostałby natychmiastowo unieszkodliwiony, a potem wyeliminowany. Ucieczka egzekutora od zawsze oznaczała dla niego nieuniknioną śmierć, prawda?- spytał, podnosząc się chwilę później, po czym przeniósł się kilka metrów w prawo, wprost do ekspresu do kawy. Nie oderwałem od niego wzroku, jedynie kiwając ze zrozumieniem głową, a kiedy podał mi świeżo zaparzony napar, schwyciłem filiżankę oburącz, jednak nie uniosłem jej do ust, przez moment wpatrując się w taflę kawy, która obnażyła przede mną to, jak żałośnie wyglądałem.
-Nie mam zamiaru go wydać. Chcę wiedzieć, czy daje sobie radę. Chcę się z nim spotkać, chcę chociaż zamienić kilka słów. Wiem, że pan ukrywa jego lokalizację i szanuję to, a także chcę podziękować z tego miejsca za pomoc jego osobie, jednak teraz jedyne, o co proszę, to udostępnienie mi informacji na temat jego aktualnego pobytu. To dla mnie naprawdę wiele znaczy. – wyrzuciłem z siebie, dopiero teraz upijając łyk gorącego napoju. Gorzki smak rozlał się po moich kubkach smakowych, zupełnie otrzeźwiając mój umysł do tego stopnia, że udało mi się zauważyć, jak na wargi Saigi wstępuje delikatny uśmiech.
-Nobuchika, czy poświęciłbyś się dla jego dobra?- spytał w końcu, powoli przybliżając się do fotela, w którym siedziałem, jednocześnie wręczając mi w dłonie kartkę z nazwą ulicy oraz domem.- Nie odpowiadaj. Myślę, że obaj wiemy, co byś powiedział. Oczywiście śmiem zachować wszystko w tajemnicy, ale uważaj. Wyciek informacji może znacznie podwyższyć poziom stresu, jeśli wydałoby się, że zabójca Makishimy Shougo jest na wolności. No, przynajmniej mam pewność, że dochowasz tajemnicy z powodu swoich uczuć do Kougamiego, czyż nie, Ginoza?
Zamarłem. Przez moment nie docierał do mnie żaden z bodźców zewnętrznych poza odbijającym się echem w moich uszach słowem „uczucia”, które spiorunowały mnie na tyle, bym przez bliżej nieokreślony przedział czasowy nie kontaktował, ale właśnie tego spodziewałem się po tym człowieku. Nie mogłem podważać jego umiejętności, więc jedyne, na co się odważyłem, to odwrócenie wzroku od niego i skierowanie go na trzymaną przeze mnie kartkę, aż w końcu z cichym „dziękuję” na ustach, wsunąłem ją w kieszeń, wychodząc momentalnie z pomieszczenia i kierując się w stronę wydziału Pierwszej Dywizji. Nie mogłem tracić czasu na zbędne formalności, wystarczyło poprosić któregoś z inspektorów o nadzorowanie mnie, by nie sprawić wrażenia chęci ucieczki. Nawet wolna wola okazałaby się zbędna pod kątem prawa, choć wolałem uniknąć mieszania w tę sprawę osób trzecich. Pod przykrywką sprawdzenia podejrzanego miejsca dokładnie zaplanowałem wyjazd oraz jego przebieg, wyliczyłem najbardziej odpowiednią trasę, a także zabezpieczyłem się na wypadek kontroli innej dywizji lub reszty naszych ludzi. Działanie w małych grupach było mniej podejrzane, toteż dwuosobowa ekipa składająca się ze mnie oraz inspektor Tsunemori wystarczyłaby na skontrolowanie wyznaczonego przeze mnie terenu. Choć zataiłem prawdę, o dziwo mój wskaźnik Psycho Pass nie zachmurzył się bardziej, więc będąc niemal pewnym osiągnięcia sukcesu, udałem się do samochodu, jedynie od czasu do czasu wymieniając z inspektor pojedyncze zdania. Pędziłem. Pierwszy raz od długiego czasu rozpierała mnie ta dziwna energia, która nie znajdowała ujścia pomimo ryzyka, że ktoś nakryje mnie na poszukiwaniu zbiegłego egzekutora. Właściwie to kiedy straciłem swój instynkt samozachowawczy? Czy możliwe było, że kiedy stałeś się psem łowczym, odczuwałeś to samo? Byłeś zagubiony, prawda?
-Proszę tu zaczekać.- rzuciłem krótko do inspektor, kiedy sam wysiadłem z samochodu i zapewniwszy Tsunemori, że wrócę, kiedy tylko sprawdzę cały teren, udałem się we wskazanym przez Saigę kierunku. Sporo zachodu kosztowało mnie ustalenie, gdzie dokładnie muszę jechać, zwłaszcza, że poszukiwanie przeze mnie miejsce nijak mogłem nazwać łatwym do znalezienia. Las w odległości około pięćdziesięciu, może osiemdziesięciu kilometrów od najbliższego miasta zdawał się być kryjówką całkiem w Twoim stylu, Kou. Przyznaj, mój ojciec szepnął Ci o niej słówkiem, prawda?
Bicie się z myślami pozostawiłem daleko w tyle, powoli przemierzając trasę między pozostawieniem wozu, a domniemaną lokalizacją budynku, w którym rzekomo się znajdowałeś. Coraz gęstsze krzewy i wyższe drzewa skutecznie zaczęły odcinać dostęp światła, lecz nie stanowiło to dla mnie problemu. Zaopatrzony w Twoją srebrną zapalniczkę, która rozświetliła mi drogę, w końcu znalazłem się na niewielkim, zapuszczonym dziedzińcu, o ile właśnie tak opisać mogłem miejsce, na jakie trafiłem. Szary ceglany blok, a dokładniej sterta gruzu, kiedyś mógł być jakąś małą rezydencją, choć zapomniany przeistoczył się w zapierający w negatywnym znaczeniu dech w piersiach zapuszczony budynek, przypominający bardziej ruinę starego więzienia, ale nie baczyłem na to. Liczyła się możliwość, że gdzieś tam w środku znajdę Ciebie, a wtedy bez pardonu rzuciłbym się na Ciebie z zamiarem zamordowania Cię za milczenie, to cholernie milczenie, którego Wać pan nie raczył przerwać nawet krótkim „jest okej”.
Mocniej zacisnąłem palce na zapalniczce, kiedy przyszło do otwarcia drzwi. O ile nie obawiałem się o to, że coś może na mnie stamtąd wyskoczyć, o tyle bałem się, że moja wściekłość, która jeszcze chwilę ewoluowała z radości, sprowadzi na mnie całe stado inspektorów, a wtedy nici ze spotkania. Wrota uchyliły się z lekkim skrzypnięciem, a wkrótce potem dało się zauważyć światło, dochodzące z głębi budynku. Korytarz nie był długi, a w powietrzu unosił się delikatny zapach stęchlizny. Wilgoć podniszczyła większość mebli znajdujących się w środku, choć i tak wnętrze budynku wyglądało znacznie lepiej od jego zewnętrznej strony. Zmysł detektywa od razu pokierował mnie do głównego holu kilka metrów za pierwszym pomieszczeniem, gdzie napotkałem schody, najprawdopodobniej prowadzące do piwnicy. Oczywiście mógłbym poświęcić dodatkowe kilka minut na spenetrowanie głównej części budynku, jednak coś mówiło mi, żebym zdał się na intuicję. Ba, nie mówiło. Wrażenie to rozrywało mi głowę, nie pozwalając się skupić nawet na tym, że powinienem patrzeć pod nogi czy oddychać. Niefartownie kilkakrotnie nawet o tym zapomniałem, nie mówiąc już nic o tym, jak bardzo bliski byłem spotkania trzeciego stopnia z podłogą, kiedy ni stąd ni z owąd nagle pojawiały się na niej części krzeseł czy porozbijane wazony. Oczywiście uszedłem cało z tego wszystkiego, automatycznie kierując się właśnie w interesującym mnie kierunku. Kilka stopni prowadzących w dół pozwoliło mi zaobserwować zjawisko zaginania się światła. Z pewnością jego źródłem była lampa, innego sposobu nie było. Kolejne kilka schodów doprowadziło mnie również na sam dół, ujawniając przede mną kolejne drzwi. Szpara między ziemią a nimi wyraźnie wskazywała na czyjąś obecność w środku, na co serce samo przyśpieszyło, a zmysły powoli oddały się pragnieniu. Wszystko, co do tej pory nazwałem słusznym, odeszło precz, a sam ułożyłem dłoń na mosiężnej, stalowej klamce, powoli i delikatnie naciskając ją palcami. Ta część pomieszczenia wyglądała zupełnie inaczej, niż jej matczyna wierzchnia część. Bardziej zautomatyzowana piwnica wyglądała mi na kryjówkę z typowego filmu akcji, kiedy to pod domem kryła się baza super-agentów.
Kolejne kroki stawiałem niepewnie, aż do momentu, kiedy moim oczom rozległo się rozległe pomieszczenie, wyposażone jedynie w cztery wiszące na suficie jarzeniówki, kanapę i stół, na którym leżały porozrzucane pety i zapałki. Nawet niedoświadczony detektyw mógł od razu stwierdzić, że jeszcze niedawno miejsce to było zasiedlone, a jego mieszkaniec był nałogowym palaczem. Określenie to idealnie opisywało Ciebie, więc kiedy tylko upewniłem się, że to właśnie Twoje papierosy, usiadłem na kanapie, dorzucając do tego kompletu Twoje zippo.
Ulga wywołana odnalezieniem Twojej kryjówki owładnęła moim umysłem, choć zapierałem się sam sobie, że więcej nie pozwolę się omamić.
-Kopę lat, Gino.- głos, który rozległ się za moimi plecami sparaliżował każdy mięsień mojego ciała. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że śnię, a jedną z sennych mar było spotkanie z Tobą. Zadrżałem, nie mogąc się nawet odwrócić przodem w kierunku, z którego dobiegał znajomy głos, choć już po chwili zacząłem odzyskiwać czucie w palcach, a potem reszcie ciała. Gwałtownie zerwałem się z miejsca, kiedy niemal emitowane przez Ciebie ciepło zetknęło się z moim karkiem, a sam ze skrzywioną miną zagryzłem wargę.- No ej, nie masz mi teraz zamiaru powiedzieć czegoś w stylu „miło cię widzieć?” albo „tęskniłem”? Nie bądź taki nieczuły, nie jesteśmy w pracy.
Na te słowa nie wiedziałem, czy bardziej miałem ochotę Cię pobić na miejscu, czy od razu wyszarpać Ci serce z dziką nadzieją, że zostanie ono już na zawsze przy mnie. Byłoby to najskuteczniejszą metodą, w końcu… nie miałem już nic do stracenia. Byłem egzekutorem, upadłem. Ale jednocześnie czułem, że jestem w końcu bliżej Ciebie niż kiedykolwiek. Obawa przed Twoim ponownym zniknięciem nasilała się i opadała, aż w końcu ze spokojnego i stonowanego człowieka przemieniłem się w całkowite przeciwieństwo siebie, natarłem na Ciebie, automatycznie zaciskając palce na Twojej koszuli. Początkowo celowałem w szyję, jednak w miarę upływu czasu uspokajałem się, tworząc wokół siebie barierę emocjonalną, której nie byłem w stanie sam przełamać. Ironiczne byłoby też stwierdzenie, że całą moją tęsknotę i miłość skupiłem w pięściach, którymi sporadycznie, acz intensywnie okładałem Twoją klatkę piersiową. Chociaż to mogłem częściowo nazwać zadośćuczynieniem za pozostawienie mnie na pastwę losu, kiedy zniknąłeś bez słowa wyjaśnienia.
-Byłoby to nie na miejscu, przeklęty psie.
Warknąłem bez najmniejszego oporu przed kolejnym ciosem, który sprawniej wymierzyłem w Twój obojczyk. Ty zaś nachylając się nade mną, otuliłeś mnie ramionami, szczelnie zamykając mnie w swojej znienawidzonej klatce, z której już zbyt wiele razy nie udało mi się uciec. Zapach Twojego ciała sprawił, że gdyby nie złość, która kipiała ze mnie pod wpływem skrywanego we mnie cierpienia, zapewne od razu wpiłbym się w Twoje usta jak dawniej.
Kątem oka dostrzegłem tylko, jak się uśmiechasz, na co jedynie prychnąłem, dłońmi powoli sunąc wyżej do momentu, aż nie dotarłem do ramion, a następnie sam ciasno objąłem Cię wokół szyi. Nienawidziłem miłości do Ciebie, jednocześnie kochając nienawiść do wszystkiego, co w Tobie widziałem.
-Szefowa Kasei nadal mnie szuka, mam rację?- spytałeś w końcu przerywając ciszę, którą do tego czasu zakłócały na krzyż wymijające się oddechy i bicie serca. Nie unosiłem wzroku na Ciebie, jedynie zatracając zmysły w tym, że znowu trzymam Cię w ramionach, niezdolny do odtrącenia Twojej bliskości.
-Nie wiem. Straciłem dostęp do głównej bazy danych, kiedy zostałem zdegradowany do pozycji łowcy.
Urwałem na chwilę, po czym w końcu zdecydowałem się na uniesienie wzroku wprost na Twoją twarz, która nagle z pogodnej przybrała grymas dziecka, któremu zostało odmówione kupienie lizaka w sklepie. Zawsze byłeś dla mnie enigmą, choć tym razem całkowite opisanie tego, co dostrzegłem, było klarowne i przejrzyste.
-Twój Psycho Pass. Zachmurzył się po moim odejściu, po śmierci Masaoki. Jesteś skończonym idiotą, Gino.- dodałeś, palce lewej ręki wsuwając w moje włosy, a ja wbiłem paznokcie w skórę na Twoim karku. Zawsze szacowałeś lepiej niż ja, a Twoja dedukcja bezsprzecznie przeszywała nawet najmniejszą, najmniej ważną myśl znajdującą się w mojej głowie. Skinąłem jedynie, odsuwając się lekko od Ciebie, jednak nie na długo. Zdawałem sobie sprawę, że ograniczony czas nie idzie mi na rękę, a im dłużej będę zbaczał z głównego tematu, tym mniej nacieszę się Twoją obecnością, kiedy w końcu Cię odnalazłem. Sekret, który został powierzony tylko mi, musiał pozostać w zasięgu moich dłoni, więc już po chwili desperacko przylgnąłem do Ciebie, wpijając się w Twoje wargi. Na nowo musiałem uczyć się ich kształtu, choć kiedyś sam zaprzeczałem, że jedyne, co nas łączy to fakt, że ja byłem inspektorem, Ty moim podwładnym. Teraz nawet to poszło w niepamięć, pozostawiając wyłożone karty na stole. Miałeś mnie w garści i tylko tego byłem pewien.
-Zamknij się. Nie mamy zbyt wiele czasu.- rzuciłem chłodno w przerwie między pocałunkami, powoli zniżając się i sprawnie rozpinając guziki Twojej koszuli. Oszołomiony zapachem ukochanej skóry pomieszanej z dymem papierosowym nie miałem w sobie zahamowań. Wkrótce całe górne odzienie wylądowało na ziemi, wraz z moją marynarką. Odczuwałem jedynie strach, że nie zdążę. Że zabraknie mi czasu na nacieszenie się Twoją bliskością.
Jednym, silnym ruchem pchnąłem Cię na kanapę, zmuszając Cię, byś oparł się plecami wygodnie, kiedy sam zabierałem się za pozbycie się Twoich spodni. Klamra paska puściła z charakterystycznym trzaskiem i już po chwili znalazła się wraz z dżinsami u Twoich kostek, kiedy szybko dobierałem się materiału Twojej bielizny. Ciche westchnięcie rozniosło się w powietrzu, dając mi znak, że nie mogę teraz skończyć. Pocałunki składałem z czułością i namiętnością, zmieszaną z brakiem oporów. Chciałem mieć Cię tylko dla siebie i nie liczyło się nic innego poza świadomością, że wkrótce znowu będziemy musieli się rozstać.
Palcami przesunąłem po całej długości Twojego członka, jedynie raz po raz zaciskając się na nim całą dłonią. Entuzjazm wyparł obawę, a Ty podciągnąłeś mnie do góry, zmuszając mnie do kolejnego pocałunku. Dłużej, głębiej, intensywniej. Współgrające języki tańczyły, kiedy sam zacząłeś rozbierać moje ciało, aż w końcu obaj, zupełnie nadzy przylgnęliśmy do siebie, kurczowo trzymając się nawzajem. Palcami przesuwałeś po moim torsie, nie omijając żadnego punktu, wliczając w to żelazną protezę ramienia. Nie ukrywałem, że skrępowałeś mnie tym, nie lubiłem tej części siebie, a Ty sprawnie uspokoiłeś chaos w mojej głowie pocałunkiem złożonym na mojej skroni. Brakowało mi Ciebie, brakowało mi Twojego wsparcia, a tym bardziej nie chciałem Cię puszczać. Przez chwilę nawet miałem wrażenie, jakbyśmy robili to pierwszy raz. Emocje wynikające z całego zamieszania skutecznie wyizolowały własną świadomość, pozwalając mi całkowicie skupić się na trwającej chwili, a kiedy Twoja dłoń spotkała się z moimi sutkami, sam odczułem specyficzną zależność pomiędzy naszymi ciałami. Oddziaływaliśmy na siebie, przyciągaliśmy się, z pewnością tworząc nierozerwalną więź między tym, co było, jest i być miało.
Dopiero sukcesywnie twardniejąc zrozumiałem, że nigdy nie zamieniłbym Ciebie na nikogo, nawet jeśli od tego miałoby zależeć całe moje późniejsze życie.
Równomierne jęki z czasem przerodziły się w symfonię, kiedy palcami przesunąłeś wzdłuż mojego mostka, żeber, boków, przez pachwinę i penisa, na moim wejściu kończąc. Z pewnością obaj pragnęliśmy w tym momencie, by ta chwila nie kończyła się jeszcze długo, ale nie przeciągaliśmy, a Ty już po chwili znalazłeś się we mnie, rozciągając mnie i przygotowując na coś znacznie większego. Nie miałem już przed tym oporów, jedynie domagając się więcej i więcej. Więcej Ciebie.
Siedząc na Twoich biodrach okrakiem miałem wrażenie, że obserwujesz uważnie każdą zmianę mimiki na mojej twarzy i mowy ciała, ale krępacja już dawno zmieniła się w zdecydowanie silniejsze pożądanie. Wsuwałeś i wysuwałeś się ze mnie, dostarczając mi upragnionych przez ten cały czas wrażeń, jednocześnie uspokajając mnie odbijającym się o moją szyję oddechem. Nie byłem już w pełni świadomy ani dźwięków, które wydawałem, ani gestów, sugestywnie ocierając się o Ciebie swoim penisem, dałem Ci znak, że już pora, że nie ma sensu bardziej się przygotowywać. Nie oponowałeś, zamiast tego zmieniając się ze mną pozycją. Wisiałeś nade mną, moje łydki układając na swoich barkach i wróciłeś do pieszczenia moich warg swoimi. Rejestrowanie tego, co działo się potem, skończyło się na gardłowym wyrzuceniem z siebie Twojego imienia, które skutkowało wsunięciem się we mnie Twojej męskości. Właśnie tego potrzebowałem. Właśnie na to czekałem, na upust emocji, na zatracenie się w przyjemności wynikającej z Twojego dotyku. Nie dbaliśmy o nic więcej, z każdym ruchem wydawało mi się, że wypełniasz mnie bardziej, a mój organizm zapraszał Cię głębiej i głębiej. Dłonie opierałeś po dwóch stronach mojej głowy, nie pozwalając mi uciec przed obnażeniem swoich prawdziwych odczuć. Obaj pozwoliliśmy sobie na spazmatyczne drżenie, jedynie raz po raz przerywając, by zatoczyć się wzajemnie w pocałunku. Każdy gest skutkował ponownym upadkiem w nasze splecione ciała, w podwyższoną temperaturę i brak logiki. Posuwałeś mnie mocno, a zarazem doprawiałeś wszystko skupionymi na drugiej osobie uczuciami i dopiero to pozbawiło mnie ostatniej bariery ochronnej.
-Kocham Cię, Kou.- wymruczałem cicho, jakby ze świadomością zbliżającego się końca, czułem, jak mała śmierć przychodzi po mnie, sporadycznie zbliżając się i oddalając ode mnie, a zbierające się w moim podbrzuszu przeszywające ciepło narastało z każdym ruchem Twojego ciała. Palcami sunąłem po Twoich plecach, jednak zmieniło się to w końcu w oranie; z zadowoleniem i satysfakcją pozostawiałem na Tobie pręgi, chcąc Cię naznaczyć, że należysz tylko i wyłącznie do mnie. Traktowałem to jako podpis „własność Nobuchiki Ginozy”, Ty zaś skupiałeś się na mojej szyi, gryząc ją, ściskając wargami i zasysając się na niej aż do utraty tchu. Jęki, które wcześniej jedynie momentami przecinały ciszę, stały się teraz głośniejsze i częstsze, pozwalając mi dostrzec, jak niewiele zostało, bym osiągnął w Twoich ramionach szczyt. I faktycznie, z każdym kolejnym pchnięciem zdawało mi się, że coraz głębiej mogę odczuć Ciebie w sobie, aż w końcu lepka substancja rozlała się po moim brzuchu, nie szczędząc również Twojego torsu. Z głuchym jękiem spiąłem pośladki, szczelnie opinając Twoją męskość sobą, aż w końcu i Ty, jedno, dwa wejścia później wypełniłeś całe moje wnętrze swoim nasieniem i opadłeś lekko na mnie, nos wtulając w mój bark. Słabo uniosłem jeszcze drżące dłonie, przymykając powieki i pozwoliłem sobie na spokojne wylegiwanie się z Tobą u swojego boku.
Kolejny kwadrans minął na uspokojeniu oddechów i wyrównaniu temperatur ciała sprzecznych z tą wokół nas. Choć nie chciałem się podnosić, zmuszony byłem w końcu usiąść i sięgnąć po swoje ubrania, a z przybieraniem kolejnych warstw odzienia westchnąłem jedynie, palcami przeczesując włosy. Powrót na powierzchnię był nieunikniony, gdybym zdradził cokolwiek związanego z tym miejscem i Tobą, rychło przyszłaby po Ciebie cała brygada uzbrojonych w Dominatory egzekutorów, na co pozwolić nie mogłem. Wstałem, jeszcze na chwilę nachylając się nad Tobą i złożyłem lekki pocałunek na Twoim policzku, zaraz podchodząc do stołu, z którego zgarnąłem zapalniczkę i resztę papierosów, które ostały się w paczce.
-Wezmę to w zastaw. Oddam, kiedy znowu się spotkamy, Kou.
Rzuciłem oschle, od razu kierując się do wyjścia, potem schodami w górę. Nie mogłem się odwrócić. Nie chciałem, byś widział, jak bardzo nie podobała mi się wizja, w której po raz kolejny musieliśmy się rozstać, choć wiedziałem, że właśnie to było konieczne. Ledwo kontaktując z rzeczywistością znalazłem się przed domem, aż w końcu przemierzając z powrotem dzikie ostępy lasu, dotarłem do wozu, w którym czekała zniecierpliwiona inspektor Tsunemori. Bez zastanowienia podszedłem do niej, od razu zapewniając, że miejsce, które sprawdziłem, okazało się być jedynie opuszczonym budynkiem niezamieszkanym od dawna i z pewnością nie jest ono podejrzane. Wtedy też wsiadłem z powrotem do pojazdu, zapiąłem pasy i odetchnąłem z ulgą.
-Ginoza, czy ty masz malinkę na szyi?
-Nie, pani inspektor, przecież to niemożliwe. Myślę, że musiałem się czymś uderzyć, zniknie za parę dni.
Ty… cholerny psie…

czwartek, 4 czerwca 2015

C.h.a.o.s.m.y.t.h.







Tym razem nie yaoi, nie shounen ai, a wspomnienia związane z uczuciami oparte na SasuNaru.  

C.H.A.O.S.M.Y.T.H.


Bóg nie pozostawia sprawiedliwości. Nawet czując wszystko, co związane zostało z ludzką moralnością i zgodnością z wolną wolą, wciąż pozostawaliśmy zamknięci w stworzonej przez grzech próżni bez możliwości wyjścia i wyzbycia się przyziemnych pragnień. Cielesność i dusza nierozerwalnie tworzące barierę ochronną przed ideałem skupiły się w rdzeniu rzeczywistości, unikając jakichkolwiek elementów spójnych z prawdą i domniemaniem. Przeciwności losu, tragikomedia istnień. Jak każdy posiadaliśmy dwie odmienne struktury, stanowiące wagę człowieczeństwa przesiąkniętego odrzuceniem, zarówno Ty jak i ja, zdani na własną rękę, bez wsparcia ze strony innych. Wyrzekliśmy się prawd elementarnych, choć podążaliśmy zupełnie innymi ścieżkami, które otwarcie mogę nazwać marzeniami nieosiągalnymi dla ludzkiego oka. Ja, pragnący jedynie zrozumienia i akceptacji, starałem się wyciągnąć rękę w kierunku Ciebie, chcącego jedynie pomścić poległe ideologie i bliskość. Starając się połączyć obie wersje wydarzeń sprawiliśmy, że nawet omijając sprawnie stworzone przez innych barykady, powoli zamykaliśmy się na siebie, utwierdzając się w przekonaniu, że mimo upadku, znajdzie się osoba, która nas wesprze. A przynajmniej ja byłem osobą, która tak myślała. Ty, wciąż twardo trzymając się swoich pragnień, nie pozwalałeś mi się zbliżyć, od czasu do czasu odtrącając mnie nawet w najmniej oczekiwanych momentach. Byliśmy jak dwie krople wody z tego samego źródła, jak płomień, który swoimi językami oblepiał ciemność, pozwalając dostrzec niezauważalne. Byliśmy jak skała, której nie potrafił złamać nikt, poza nami samymi. I nawet teraz, kiedy patrzę w przyszłość, widzę nas tak samo jak dawniej. Tak samo zaciętych, tak samo ograniczonych jedynie wyimaginowanym murem i choć starałem się ze wszelkich sił wyciągnąć do Ciebie rękę, zdecydowałeś się działać sam. Co się zmieniło? Czy nawet odtrącając wzajemnie oddziałujące na siebie wspomnienia, jesteś w stanie wytłumaczyć, ile przeoczyliśmy, Sasuke?
Idąc tym tropem nie zyskaliśmy tego, czego szukaliśmy. Wielokrotnie odrzucaliśmy najbardziej korzystne układy, nawet wiedząc, że „słuszne” nie zawsze oznacza „bezinteresowne”. Ty byłeś niczym oddalający się na horyzoncie skrawek światła podczas zachodu, a ja opisać mogłem samego siebie jako wędrowca, który właśnie Ciebie poszukiwał. Za każdym razem znikałeś z tym samym uśmiechem, nawet w snach mówiąc, że kiedyś wrócisz, gdy już wszystko poukładasz według własnego planu. Sam jednak wiedziałeś, że słowa proste nie miały oparcia w tym, co nazywaliśmy „wolą ognia”. I może właśnie to pozwalało Ci iść dalej, choć wszystko wskazywało na porażkę. Zawsze podziwiałem Ciebie, a Ty nie dostrzegałeś, że byłem ślepo zapatrzony w młodego Uchihę, który tak samo jak ja, nie miał już na tym świecie nikogo.
Pozornie nieszczęśliwy w szczęściu innych. Delikatnie zaślepiony chęcią pozyskania nieśmiertelności na wypadek zapomnienia przez społeczeństwo. Tylko dlaczego żaden z nas nie dostrzegł, że największe niebezpieczeństwo nie leży po drugiej stronie otaczającego nas muru? Sami byliśmy zagrożeniem, które stwarzaliśmy raz po raz zanurzając się w chęci ucieczki od tego, co najbardziej dotykało nasze wspomnienia, imiona, ledwie znane twarze i ci, których nie potrafiliśmy wyrzucić z pamięci. Krew, która stykała się ze łzami, już na zawsze zastygła w uszczerbionych warstwach losu, choć zdawać się mogło, że to, co dawno minione, już nie wraca, lecz przesądy, które obieraliśmy za pewnik, właśnie strącały nas na samo dno. Czy kiedykolwiek szczerze przyznałeś się przed samym sobą, kim jesteś? Ile znaczyło dla Ciebie to, że byliśmy zawsze razem, pomimo dzielącego nas dystansu? Miłość i jednoczące się z nią tęsknota i pogoń za przeszłością już na zawsze obrały kierunek mojej wędrówki, pozwalając mi wierzyć, że jeszcze się spotkamy, zupełnie jak tego dnia, kiedy szepcząc mi na ucho, że jedynym, co nas ogranicza, są nasze lęki, sam uświadomiłem sobie, jak bliski mi jesteś. Nawet teraz, kiedy samotnie przemierzam wioskę w poszukiwaniu utraconego wspomnienia, przypominam sobie, jak cudowny był czas spędzony z Tobą. W przyjaźni i pokoju nie mogę doszukać się odpowiedniego znaczenia, więc kiedy sięgam niżej, znajduję jedynie w odpowiedzi maleńki znak, że nadal, mimo wszystko, mimo Twojego odejścia…
Piekący ból pochodzący z klatki piersiowej nie stanowi już ograniczenia. Było, minęło, prawda? Choć dalej wierzę ślepo w to, że wrócisz, ciężko przypomnieć sobie, jak szybko oddychaliśmy, jak nieprzytomnie czerpaliśmy ze swojej bliskości. Ile dawaliśmy sobie ciepła, wzajemnie zaspokajając swoje pragnienia o byciu zauważonym. Naszą tajemnicę, naszą zależność od siebie… czy wszystko nadal pamiętasz? Czy wiesz, jak bardzo czekam na to, by znowu zanurzyć się w Twoim głosie i biciu serca? Ty. I nikt więcej. Nikt nie otwierał mi serca na uczucia bardziej, niż Twoje spojrzenie i bliskość.
Patrz, Sasuke. Nawet teraz, kiedy stoimy pod tym samym niebem…
Nie wspominam już nic więcej, patrząc na to wszystko z perspektywy osoby trzeciej, jedynie czekając, aż złożę kwiaty w miejscu, gdzie leżysz.
Dobranoc, Sasuke.

wtorek, 2 czerwca 2015

Rain



Po raz kolejny Roy x Ed z Fullmetal Alchemist, tym razem z perspektywy Mustanga. Pisałam to przy akompaniamencie Rain, więc od razu wstawiam Wam link do piosenki. 





 RAIN

Jeśli chciałbyś opisać zemstę, to jakich słów byś użył? Czy byłyby one zgodne z prawdą w stu procentach? Czy byłbyś w stanie oddać ideę sprzecznych wartości takich jak nienawiść i miłość bez ich rozdzielania, jednocześnie starając się wytłumaczyć sens swoich myśli na papierze? Tysiąckrotnie powtarzane po sobie wyznania pełne agresji i niebywałego poświęcenia stałyby się powierzchowne, bo żeby coś zrozumieć i przekazać, musiałbyś odczuć to wszystko i pozwolić sobie na odebranie pomniejszych korzyści wynikających z bezpiecznego przyglądania się biegnącemu życiu. Widzisz, każda wartość ma swoje granice, swój antagonizm i entropię, kontrastującą z analizowaniem poprzednich decyzji i mechanizmów funkcjonowania w społeczeństwie. Delikatne zabawy językiem taka jak ta, kiedy we dwóch staraliśmy się zinterpretować ukryte znaczenie wschodzącego słońca, dzisiaj stały się pustymi zagrywkami mowy, którą urwaliśmy w momencie rozstąpienia się naszych wzajemnych oddziaływań. Nawet droga, którą niegdyś obraliśmy, okazała się być całkowicie zmyślona i ubita podciętymi skrzydłami marzeń kruków o wzlocie ku przejrzystemu niebu. Dzisiaj już żaden z nas nie łapie ulotnych chwil i nie zapamiętuje ich, choć ja tak naprawdę od początku wiedziałem, kiedy to wszystko się skończy.

Wciąż brzmią

Te bezlitosne wspomnienia

Chyba naprawdę nie mają zamiaru mi wybaczyć

Gdy zamykam oczy, one narastają, otaczając mnie

A Ty się śmiejesz



Zależność od małych trosk i autoagresja psychiczna stały się bezpośrednią przyczyną mojego upadku, a i tak nie byłbym w stanie zliczyć, ile razy w duchu dziękowałem Ci, że byłeś zdolny do przebaczenia i ogólnego zachwiania równowagi psychicznej wynikającej z przewrażliwienia. Duma i honor, choć tak zbliżone do siebie pojęciowo, nijak oddawały szereg stosunkowych podobieństw między nami. Ty byłeś światłością, ja zaś, kryjąc się za swoim przeznaczeniem i śmiercią, najbardziej bałem się spoglądać w przestrzeń, wiedząc, że uda mi się dostrzec Ciebie. Zawsze taki byłeś, mały, głupiutki dzieciak, którego nie do końca potrafiłem rozszyfrować, stał się w końcu machinalną ekspozycją cnót i kolokwializmów, ubranych w przesłodzone słowa o moralności i etyce, której kiedyś nienawidziłem sprowadzać do pojęcia życia. Zupełnie jak motyl, któremu odebrano zdolność latania tkwiłem w impasie, jedynie raz po raz zerkając na Ciebie. Ty zawsze miałeś w sobie siłę, zawsze, choć bywały momenty, w których Twoja determinacja sama ulegała zapłonowi, potrafiłeś patrzeć jasno i przejrzyście, nawet w obliczu zagrożenia, a ja podziwiałem, starając się po prostu choć trochę nauczyć się od Ciebie. Nawet nie patrząc na to, ile lat różnicy między nami było, mogłem śmiało orzec, że jesteś jednym z tych, którzy najbardziej wpłynęli na moje życie, najpierw uwzględniając Hughes’a, Havoca, Rizę i na Tobie oraz Alu kończąc. Ale cóż, może to ja byłem ślepy, przez szereg lat tłumacząc się brakiem wiary nie w Twoje umiejętności, a w wiek?

Czas przerwał mi te rozważania

O poranku w końcu zrozumiałem

Nie patrzyłem w kierunku przyszłości

Goniłem przeszłość.



Misja pokojowa w Ishvalu zakończyła się sukcesem, nawet ja byłem zdziwiony ilością pozytywnych efektów prac amestryjskich wojsk w służbie pokrzywdzonym. Nie miałem większych problemów z przekształceniem państwa na bardziej przyjazne dla obcokrajowców, jednak ludzie jeszcze długo nosili brzemię krzywdy, jaką wyrządziliśmy im przed laty. Spokojnie popijając kawę, siedziałem za przy biurku i poprawiałem pojedyncze raporty przyniesione mi przez wartowników, w końcu decydując się na przerwę, na którą udałem się chwilę później. Korytarze Centrali były mi doskonale znane, każdy niemal planowo potrafiłem opisać z samej pamięci, każdy dokładnie zwiedziłem, zbadałem, oszacowałem, ile jeszcze będzie w stanie służyć i wytrzymać. Miarowo przyśpieszałem kroku jedynie przechodząc obok gabinetu, którym stacjonował Hughes, ale i ten lęk potrafiłem zniwelować na tyle, by przestać odczuwać negatywny wpływ stresu na moją pracę. Bycie naczelnikiem kraju nie było prostą sprawą, czasem zdarzały się nieporozumienia, konflikty, odmowy przyjęcia rozkazu, albo bunty, ale i te stały się sporadyczne po ostatnim publicznym wystąpieniu. Ingerowanie w życie mieszkańców pozostawiłem w rękach Armstronga i Rizy, podczas gdy sam zajmowałem się bardziej nudną, papierkową robotą.

Tego dnia telefony nie potrafiły przestać dzwonić. Mając w zasięgu ręki jedynie filiżankę opróżnioną do połowy, nie chciało mi się zbytnio wstawać, toteż wykorzystałem do tego Havoca, który został zmuszony być moją sekretarką na czas bliżej nieokreślony. Sekundy, minuty i godziny mijały, większość raportów ograniczała się do sytuacji między Centralą a Briggs, więc jedyną możliwie najmniej konsekwentną decyzją było ponowne wysłanie oddziału na północne rejony. Miałem nadzieję, że słusznie postępowałem, starając się uniknąć zbrojnych wystąpień. Od czasu rozlewu krwi w Ishvalu wciąż dręczyły mnie krzyki poległych, a krew, którą wtedy przelałem przez swoje palce, przyprawiała mnie o zawroty głowy.

Uwagę zwróciłem dopiero na zdanie „Stalowy? Jak to przyjeżdżasz w odwiedziny? Jak to za chwilę?!”, na które wręcz automatycznie podniosłem się i poprawiłem zagnieciony w kilku miejscach mundur. Ostatnie łyki kawy przygotowały mnie wystarczająco na to, bym zaraz podszedł do Jeana i wręcz z całej siły klepnął go w ramię. No, może trochę bardziej niż „klepnął” nadawałoby się „uderzył”, jednak nie zagłębiałem się w szczegóły. Twoje przybycie dłużyło mi się z każdej chwili bardziej, aż w końcu po dwóch latach od Twojego wyjazdu straciłem rachubę w odliczaniu, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczę Twój czerwony płaszcz migający mi niegdyś codziennie w przejściu. Uprzątnąłem większy bałagan z biurka, raporty jednocześnie segregując i odkładając w odpowiednie dla nich miejsce, a kiedy Jean się rozłączył, odchrząknąłem, patrząc na niego bez wyrazu. Zastanawiałem się, czy zauważył nagłą zmianę podejścia do świata po Twoim telefonie, jednak upewniwszy się, że wciąż tkwi w przekonującym błogostanie, otrząsnąłem się i oparłem się tyłkiem o blat biurka.

-Widzę, że zbytnio spodobała Ci się praca sekretarki i nie raczyłeś podać mi słuchawki, kiedy było to konieczne?

Burknąłem typowym dla siebie, niskim głosem i uniosłem brew, a widząc, jak przestraszony takim obrotem spraw, odsuwa się desperacko, jedynie zaśmiałem się cicho i skierowałem się w stronę wyjścia. Jean nigdy nie rozumiał powagi sytuacji ani żartów, wynikających z konkretnych działań, jednak nie przeszkadzało mi to w codziennym kontakcie z nim i nawet co piątek udawaliśmy się razem do baru, by zapić smutki i wyżalić się sobie nawzajem. W zupełności wystarczyła mi obecność Jeana, nie potrzebowałem zbędnych słów otuchy, czy „ej, wszystko się ułoży”. Moje kroki przyśpieszały z niewiadomego powodu. Chwilę temu jeszcze nawet oddychałem spokojnie, teraz jednak kiedy stałem pod główną bramą z oczekiwaniem na Twoje przybycie, zdałem sobie sprawę, jak bardzo mylne było stwierdzenie „normalnego zachowania”. Z zapartym tchem śledziłem trasę strażników, każdą rozmowę, odgłosy natury, aż w końcu dostrzegając Ciebie ciągnącego za sobą walizkę, nie mogłem powstrzymać siebie przed podejściem i pochwyceniem Twoich bagaży. Po tak długim czasie nie mogłem się z Tobą skontaktować, w końcu przytłaczający dystans zniknął, otwierając nowy rozdział naszej relacji. Patrzyłem na Ciebie bez słowa, a radość odczuwalna z Twojego powrotu przyćmiła każdą troskę, jaką jeszcze w sobie chowałem. Nawet bariera emocjonalna zdawała się znikać, kiedy mogłem ponownie zagłębić się w Twoich złotych tęczówkach. Jedynie w duchu zażyczyłem sobie „nie wyjeżdżaj więcej”, kierując się od razu w stronę Centrali. Zupełnie jak dawniej chciałem cieszyć się każdą sekundą, która wynikała z drobnych sprzeczek z Tobą, jednak w jakiś sposób właśnie to pozwalało mi zrozumieć i dostrzec, jak wiele znaczy Twoja specyficzna osobowość. Otwarty na Twoje ramiona spoglądałem w dal, widząc, że jeszcze dla mnie nadzieja nie zginęła.

-Dawno się nie widzieliśmy, Stalowy.

Przyznałem, zamykając drzwi za sobą i odprowadzając Cię wzrokiem, aż do momentu kiedy wskoczyłeś na moje biurko i zarzuciłeś nogę na nogę. Urosłeś, jednak nie przyznawałem tego na głos, wiedząc, że oburzysz się na samo wspomnienie o Twoim wzroście. Sam zamiast tego stanąłem zaraz obok Ciebie, niemalże czując, jak wpadasz w zasięg moich dłoni. Kiedyś nie sprawiało mi problemów dotykanie Ciebie, a teraz? Dlaczego mimo tak wielkiej tęsknoty za Tobą, nie byłem w stanie unieść ręki i przyłożyć jej do Twojego policzka? Czemu wątpliwości nasiliły się w momencie, kiedy w końcu osiągnąłem to, czego szukałem?

Ty dałeś nowy początek.

Dałeś mi ukojenie, nie bacząc, że byłem tchórzliwy i okropny.

Już prawie czas

Nerwowo czegoś szukam, a moje problemy spływają po moich zmęczonych policzkach



Dopiero wtedy ocknąłem się ze swoistego transu, kiedy sam przyciągnąłeś mnie, chwytając za materiał munduru. Objąłem Cię ramionami z westchnieniem ulgi, palce jednej dłoni wplatając w złociste włosy i zaciągając się Twoim specyficznym zapachem. Uspokajałeś mnie każdej nocy, wydobywałeś ze mnie nienawiść i ciemność, a potem aplikowałeś swoją miłość w miejsca w sercu, które najbardziej tego potrzebowały. Oczy, które kiedyś patrzyły na ból, dostrzegły maleńkie światełka nadziei, pozwalając mi na nowo cieszyć się chwilami z Tobą. Zupełnie jak dawniej.



-Już mnie nie zostawiaj.



Dziś również pada, to chyba nie ma końca.

A my, po cichu, tulimy się do siebie pod parasolką