wtorek, 13 października 2015

Shizaya: Rozdział I

Hej!

Powróciłam z dna Piekła, ale mam dla Was coś zupełnie nowego. Nie one-shoty, nie opowiadanie, a historię w formie RP. Krótko mówiąc; od jakiegoś czasu zbierałam się, aby opublikować partiami pisaną przeze mnie oraz Szczeniaczka-Kopulatorka Shizayę, a kiedy się przemogłam, naskrobałam właśnie ten post!

Początkowo Shizuś miał problemy z uzewnętrznieniem naszego związku, ale po tygodniach ciężkiego życia, stwierdził, że ma to gdzieś i mogę zrobić, co tylko chcę.

Jestem wykończona, więc jakby wkradły się jakieś literówki, to dawajcie mi znać, wiecie, że nie gryzę. (w przeciwieństwie do Shizu-chana, na niego trzeba uważać i bez kija nie podchodzić, taka dobra rada~!)









Shizuo
Ignorancja przynosi strach, nienawiść, przemoc..? Kompletne bzdury. Poza tym nie jestem ignorantem. A przynajmniej moja żelazna logika każe mi trzymać się tego jak tonący brzytwy. To tylko puste oskarżenia, słyszałem już o niebo gorsze i wpłynęło to na moje zachowanie tak, jak wojna w Wietnamie wpłynęła na populację niedźwiedzi polarnych na biegunie północnym - czyli w ogóle. Nawet jeśli tak właśnie jest, co z tego? Kiedyś to minie, myślę sobie, kiedy ciepły późno popołudniowy wiatr mierzwi moje włosy. Minie, kiedy go się pozbędę; pozbywając się jednej osoby z mojego życia, pozbędę się również tego kłopotliwego wrażenia, że jestem nagi. Nie mam pojęcia skąd się bierze, być może powili męczę się naszymi gierkami... Nie, nie powinienem w ten sposób myśleć. To zupełnie tak, jakbym się poddawał, a tego Izaya na pewno się nie doczeka. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym naprawdę - staram się nie myśleć o tej uporczywej pchle zbyt długo, zbyt wiele rzeczy wtenczas dziwnym zbiegiem okoliczności ulega autodestrukcji, chyba autodestrukcji - ale teraz powoli do mnie dochodzi, że jestem uzależniony. Nie zdarza mi się dzień, bym nie pomyślał o nim; o tym, jak moje zimne dłonie zaciskają się ciasno na jego szyi, jak czułem, że rozłupuję jego czoło, jak miażdżę żebra, zgniatam i siekam wszystkim, co mam pod ręką, jego ciało, jak rozpada się w nicość... Każdego dnia widzę inny obraz, mam inny pomysł i nie mogę go wyprzeć ze swojego umysłu. Lubię widzieć to w ten sposób, czuję się jakby czystszy, choć zupełnie tego nie rozumiem.
Wyrywam moje palce z blachy, prawie w niej ugrzęzły. Wbiłem się w nią zbyt głęboko, choć sam nie mam pojęcia kiedy. Co to właściwie za stop, że gnie się pod wpływem mojej siły tak łatwo, nie oponując? Chyba problem nie tkwi w tym okropnym, opuszczonym moście, ale we... w Izayi. Tak właśnie kończy swój żywot wszystko, za co ten się zabierze. Zagryzam usta na papierosie i skupiam swój wzrok na zachodzie słońca. Pieprzyć to wszystko.

Izaya
Praca informatora dostarczała mi tyle radości, ile powinna. Towarzystwo ludzi było tym, co ceniłem sobie najbardziej. Nie, poprawka. Nie ich towarzystwo, obecność, a oni sami. Obserwacja sprawiała, że mogłem poczuć tę dziwną więź z istotami ludzkimi i nawet czerpałem z niej korzyści. Zupełną odwrotnością braku zainteresowania napawał mnie fakt, iż tylu, ilu było ludzi, tyle było sekretów, które tak bardzo pragnąłem poznać. Każdy przecież ma swoje wyjątkowe, unikatowe hobby, czyż nie? A czy jest lepsza czynność od infiltrowania kolejnych społeczności czy wkradaniu się w czyjeś życie z butami? Zapewne powiedziałbym, że tak, gdyby nie pewna osoba, której od jakiegoś czasu człowiekiem nazwać nie mogłem. Nie istota, a bestia. I to obrzydliwa bestia. Heiwajima Shizuo od samego początku napawał mnie takim wstrętem, że jedyną dobrą obraną przeze mnie możliwością i przyszłościową opcją było własnoręczne pozbawienie go życia, jednak za każdym razem, kiedy próbowałem, kończyło się to tak samo. Shizuo miał bowiem dziwny, przedziwny talent do wychodzenia cało z każdej opresji. Na nic zdawał się nóż, czy obelgi. Nie! Dlatego też zacząłem się zastanawiać, czy jeśli rozczłonkowałbym jego obleśne ciało, czy upewniłbym się, że przypadkiem nie mam kontaktu z jakimś potworem lub kosmitą? W jego przypadku nie mogłem być pewny niczego poza jego kosmiczną siłą, więc nawet skłaniałbym swoje myślenie ku tej teorii. Ale dość. Przybycie do Ikebukuro zwiastowało kłopoty od początku. Bynajmniej nie moje, bo jak zawsze ubezpieczony byłem garstką "zaufanych" ludzi, których w razie potrzeby mogłem nasłać na Bestię bez niepotrzebnego brudzenia sobie rąk. Oczywiście, nie zrobiłbym tego bez zastanowienia. Moim marzeniem od zawsze było pozbawić go życia bez pomocy jakichś podrzędnych marionetek czy wysłanników piekieł. Sam. Bez konkretnej przyczyny. I właśnie dlatego przechodząc koło kolejnych budynków kurczowo zaciskałem palce jednej ręki na paralizatorze, drugiej zaś na małym, składanym nożyku. Ot co, niech sobie nie myśli!

Shizuo
Przeciągam się najmocniej jak mogę; wszystkie kości mi strzykają, mięśnie rozciągają i przez moment czuję się lepiej. Tak naprawdę nie rozładowałem jeszcze mojego pokładu energii przeznaczonego na tę gnidę. Czasami tak się zdarza, wtedy muszę jakoś sobie radzić. Kto wymyślił dni, kiedy Izaya nie przychodzi sam po guza, a mnie samemu ciężko jest go znaleźć? Nie mówiąc już o tym, że nieszczególnie chcę go szukać, w końcu samemu przed sobą jest mi ciężko się do tego przyznać, że tak bardzo mnie zajmuje. Mam własne życie, a usunięcie z niego tego paskudztwa to tylko jeden z codziennych podpunktów do zrealizowania. Zupełnie jak mycie zębów czy poranny, długi prysznic... Układam się na zimnym i niewygodnym podłożu. Chyba jest nawet odrobinę mokre, ale nie przejmuję się tym zbytnio. Moje oczy śledzą leniwie wędrujące obłoki, wytężam słuch i już wiem, jak intensywnie żyje miasto. W oddali krzyki, ogólny chmar, ale mnie to nie dotyczy. To od dzisiaj moja nowa samotnia, moje miejsce, ktore rozniosę w pył i zakopcę dymem nikotynowym, zakażając wszystko, co odważy mi się przeszkodzić. A zrobić to jest w stanie tylko jedna osoba. Czuję delikatne drgania i dreszcze, kiedy się zbliża; nie muszę otwierać oczu, by wiedzieć. Synestezja działa i już po chwili jestem pobudzony bardziej niż zwykle. Te kroki nie należą do nikogo innego, są zbyt lekkie i zgrabne, ten zapach - zapach osoby szukającej kłopotów, osoby, która przynosi je ze sobą, by się ze mną podzielić - jest nie do pomylenia z niczyim innym. Zaciągam się ostatni raz i podnoszę, by spojrzeć na niego z góry tak, jakbym miał ochotę go zamordować za zakłócenie mojego spokoju.


Izaya
Przemierzając wzdłuż i wszerz całe Ikebukuro, miałem szczerą nadzieję, że uda mi się go dorwać. Chociaż... skoro tak bardzo go nienawidziłem, czemu jednocześnie modliłem się o to, bym mógł go spotkać, a potem... Tak. To właśnie było tą szczególną cechą mojego umysłu, której nie umiałem rozpracować. Wyobrażanie sobie śmierci Shizu-chana było dla mnie przyzwyczajeniem, czymś, co zdarzało się na porządku dziennym, a jednocześnie pozwalało mi patrzeć świeżym spojrzeniem na wszystkie możliwe sytuacje. Szacowałem, obliczałem prawdopodobieństwo, a potem przekładałem na to, co stawało się faktycznym stanem rzeczy. Nawet śmiałem uważać, że w którymś momencie przestałem rozróżniać pojęcia "chcę zobaczyć Shizuo" oraz "chcę go zamordować". Te dwa różne pojęciowo określenia, dla mnie pozostawały tym samym.
I wtedy też, tym razem podkreślając, że nie obmyślałem katastrofalnego planu zagłady bestii, natknąłem się na jego specyficzną sylwetkę. Fakt, nie musiałem być Bóg wie kim, by po samym sposobie ubierania się rozpoznać w nim znienawidzoną metaforę egzystencjalną. Po prostu podszedłem z zachowaniem odpowiedniego dystansu i już po chwili wyszczerzyłem się w szyderczym uśmiechu.
-No, no, Shizu-chaaan. Jak życie mija?


Shizuo
Adrenalina powoli rozchodziła się po całym moim ciele; moje nadnercza produkowały jej stanowczo zbyt dużo. Nawet ja to czułem. Swędzące ręce nie dają mi wyboru i odruchowo chwytam za metalową część konstrukcji. Uciekam się do przemocy, ale nie myślę o tym, bo to całkiem naturalne. Brzydzę się nią, ale całym sercem nienawidzę Izayi Orihary i to wystarczające usprawiedliwienie. Nie będę miał po tym incydencie wyrzutów sumienia, informator jest pieprzonym wyjątkiem od pieprzonej reguły i po prostu wręcz nie może się doczekać, aż będę mógł potwierdzić tym swoją regułę.
- Izaya - przeciągając jego imię, warknąłem pod nosem i uśmiechnąłem się złowieszczo. Znowu będziemy zwierzętami, będziemy mogli walczyć, aż go wykończę i w końcu... Spoglądam na niego z góry, mój wzrok powinien być pełen wyższości i pogardy dla kogoś takiego jak on. Właściwie nie muszę o tym myśleć, jestem wystarczająco nakręcony. Czekałem cały dzień, aż z końcu przyszedłeś. Powinienem być wdzięczny. - Może powiesz, co z twoim życiem? Właśnie ci przemija, Izaya..

Izaya
-Wyszczekany, jak na psa przystało. Moje życie cudownie, ale najwyraźniej w przeciwieństwie do Ciebie, skoro znowu molestujesz biedne, niewinne metalowe konstrukcje. Miło było!
Najchętniej z pewnością zostałbym tutaj i mu dołożył, ale niejednokrotnie przewyższał mnie fakt, iż siła, jaką dysponuje jest nieproporcjonalna do wielkości posiadanego mózgu, o ile w jego przypadku zjawisko intelektu występowało. Bądź co bądź, ale nie każdy miał tupet uganiać się za mną przez pół miasta, żeby i tak w końcu wyjść na nierozgarniętego mięśniaka, a właściwie... nie. Shizuo zdecydowanie nie miał takich pięknie zarysowanych mięśni, o których właśnie pomyślałem. A właściwie dlaczego pomyślałem o jego mięśniach? Ewentualnie mógłbym poprosić go o zdjęcie koszulki, bym upewnił się, czy na pewno jest człowiekiem, a nie jakimś cyborgiem, ale ostatecznie przystanąłem na chwilę i odwróciłem wzrok, już mając w planach wyewakuowanie się z Ikebukuro w razie potrzeby.
-Shizuo, jesteś pewien, że nie prowadzisz jakiegoś monologu ze swoim małym bestialskim sumieniem? Poza tym, gdyby naprawdę Ci zależało, by mnie utłuc, to czemu za każdym razem uchodzę z tego cało? Masz tyle IQ, co dioptrii w okularach?

Shizuo
- Nie sądzę, by było ci tak wesoło w życiu, skoro ciągle igrasz ze śmiercią - skrzywiłem się, oglądając za nim. Oczywiście, że teraz nie pozwolę mu odejść. Nie chodzi już tylko o sam fakt, że to kolejna szansa, ale poziom adrenaliny płynącej rześko nurtem mojej krwi był na granicy i coś od środka chciało mnie rozszarpać. Dlatego właśnie potrzebowałem Izayi. Muszę go dopaść, zanim to coś dopadnie mnie i strawi od środka.
Trafił. Wszyscy to wiedzieli, Izaya nie był na tyle zwinny, sprytny i wytrzymały, by wciąż mi uciekać. Był za to na tyle wpływowy, by ktoś inny się mną zajął, ale on wolał prowadzić tę głupią grę, wytrącać mnie z równowagi i sprawiać, że jestem zwierzęciem. Nie myślę, moje pięści robią to za mnie. Przełączam się na tryb automatyczny, a moje dłonie bezwiednie chwytają się prowizorycznej, zbyt ciężkiej i niewygodnej broni, by roznieść w popiół ofiary. Ale nie Izayę. Do diabła z tym.
Nie wytrzymałem. Potężny zamach i kawał ciężkiego metalu poleciał w kierunku mężczyzny na wysokości jego piersi. Może urwie mu głowę, może tym razem nie uda mu się odskoczyć, pochylić, ukryć przed moją nieludzką siłą? Może ten cios nauczy go zdrowego rozsądku i zostawi mnie w spokoju?
- Co moje sumienie ma do tego, że jesteś samobójcą, Izaya!? Codziennie będziesz się dopraszał o to, żebym cię stłukł i nauczył, gdzie jest miejsce takich chorych gnid jak ty!? - O tak, proszę.

Izaya
Jedna sekunda, druga, trzecia. Nigdy nie dawałem mu więcej na odpowiedź na którąkolwiek z moich zaczepek, wiedząc, że szybciej straciłbym głowę, niż on by się uspokoił, dlatego nie liczyłem na względnie kulturalną rozmowę naszej dwójki. Sam nawet nie zamierzałem powstrzymywać się od kąśliwych uwag na jego temat, skoro jego osoba, jakże będąca skazą na całej populacji ukochanych przeze mnie ludzi, stawała mi bezczelnie przed twarzą i śmiała nawet się do mnie odezwać? Również cios był na tyle przewidywalny, że nie zdziwiłem się, kiedy wycelował we mnie jakimś żelastwem. Jedynie ledwie udało mi się odskoczyć, zaciskając wargi.
-Ja jestem samobójcą? Przynajmniej nie jestem włochatym King Kongiem jak Ty. Wolałbym być samobójcą i zdechnąć samemu, niż zostać zamordowanym przez kundla. A, faktycznie. Najpierw musiałbyś mnie chociaż drasnąć, a potem dorwać, co w Twoim przypadku jest niemożliwe.
Zaśmiałem się głośno, chwilę rozmyślając nad tym, czy już sobie iść, czy jeszcze się podroczyć. Wybór padł na chwilowe znęcanie się nad Shizu-chanem, podczas gdy sam będę napawał się jego obolałą pod natłokiem obelg miną. Tak, cudowna wizja.
-Zbankrutowałeś już na ubezpieczeniach, czy wszystkie pokrywa Twój dziany braciszek?

Shizuo
Spodziewałem się. To typowy rzut, jeden z wielu, wręcz złapałem się za rękę - czy ja nie robię tego celowo? Czy w tej całej furii jest w ogóle miejsce na coś przemyślanego? Po raz pierwszy mam nadzieję, że nie. Mam ochotę wymiotować od samej tej myśli, jest upokarzająca.
Mocnym krokiem zbliżam się w jego kierunku. Podciągnąłem rękawy, już mogę ubrudzić ręce. Mam na to okropną ochotę, mam ochotę się wyładować, wykorzystać to wszystko co mam do jednego zaszczytnego celu i wiem, że jestem w stanie to zrobić. Jestem.
- Po jaką cholerę tu przychodzisz, Izaya? Nastawiasz mi swój pysk i to tylko kwestia czasu, aż w końcu cię zmiażdżę. Mam cię już dosyć i zamknij w końcu ten pysk! - wydzieram się i mam wrażenie, że nie istnieje żaden inny dźwięk prócz mojego krzyku. I głosu informatora, cały czas spokojnego i nonszalanckiego, aż szlag trafia. Ze wszystkich ludzi na świecie to właśnie on jest najmniej ludzki.

Izaya
Krok za krokiem wycofałem się powoli, ale nie uciekałem, ani się do tego nie przymierzałem. Przecież zawsze miałem asa w rękawie, a nawet jeśli stałaby mi się krzywda, to on by mnie z pewnością nie zabił. Co jak co, ale tyle wiary w niego nie miałem! Gdyby nie ja, straciłby zajęcie, jakim było demolowanie miasta z mojego powodu, aczkolwiek... może wtedy wpadłby w szał bez opamiętania? To mogło być zabawne!
-Przychodzę tu po to, by zebrać informacje. Taka praca, Shizuś, co poradzisz. A Ty co, wylali Cię, że tak się bujasz po mieście bez żadnego celu? Tego się spodziewałem po Twojej aparycji i chęci niszczenia. Potwory takie jak Ty powinny być trzymane w klatkach albo na smyczy, a dodatkowo mieć kaganiec na ryju, żeby nie gryzły!
Klasnąłem w dłonie, jednocześnie unosząc jeden kącik w górę. Drażnienie się z jego osobą było cudownym sportem, którego nie zamieniłbym na nic innego, a nawet z chęcią uznałbym to za dziedzinę narodową. Kto by nie chciał prowokować takiego dryblasa?!


Shizuo
Kiedyś Izaya mógłby się poświęcić, ot, dla nauki. Chociaż wszyscy wiemy my, jak wyglądałby mój świat bez niego. Tak samo, prawda? Po prostu rzadziej wpadałbym w te nieludzkie furie i nie demolował miasta z powodu jednej osoby. - Wszyscy się już nauczyli, ale ty ciągle nie. Po podchodzisz, skoro jestem bestią? Doskonale wiesz, że chce cię rozwalić i w końcu się doczekasz! – ciskam w niego jakimś znakiem, który z niemym oporem wyrwał się z ziemi. Chyba mu pomogłem, chociaż nie pamiętam kiedy. To kompletnie nieważne, tłumaczę sobie. Chcę nadal kontrolować sytuacje, moje ciało, chcę nim kierować. Ale to trudne, tracę przez to przewagę i wolną wolę. Chcę widzieć go nagiego, upaćkanego własną krwią, bezbronnego, poddanego tylko mi, chcę trzymać jego życie w garści i w dowolnym momencie przeciąć nić życia, stanowczo za długą jak dla tego psychola. - Nie szukasz informacji, zaraz stąd spieprzysz i będziesz udawał, że to twój pieprzony sukces, Izaya - że ci uciekłem! - warczę, przyspieszając kroku, zaganiajac go w pustą uliczkę.

Izaya
Może i bym sobie odpuścił. Może, choć bardziej skłaniałoby się to w stronę "nie odpuszczę, choćby nie wiem co". Kiedy ciało rwało się do biegu, umysł kazał stać i drwić, a sam tkwiąc w sprzeczności i impasie, jedynie raz po raz wybuchałem śmiechem, widząc, jak Shizuo stara się na mnie natrzeć. Jeśli kiedykolwiek spotkałem się z czymś abstrakcyjnym, to właśnie obecna sytuacja przebiła każdą z tych możliwości, Heiwajima od początku się zgrywał, bądź był kompletnym idiotą, podkreślając oczywiście, iż zauważałem w nim wszystkie negatywy.
-Nazywasz mnie pchłą, czy nie jest normalnym, że pchły ciągną się stadami za obleśnymi kundlami? No, spójrz! Trafiłeś prosto w moje serce tą okropną uwagą! Jesteś podły, Shizuś!
Zainscenizowałem, nawet dłonią wycierając wyimaginowaną łzę z policzka, jednak kiedy dostrzegłem, w jakim położeniu się znalazłem, zakląłem głośno, szukając wzrokiem jakiejkolwiek możliwości ucieczki. Żadnej niestety nie było, a przez głowę przebiegła jedna, niekonwencjonalna myśl; o kurwa.
-Shizuś, nie zapędzasz się przypadkiem? A! Lubisz zakłady?
Rzuciłem, coby odwrócić jego uwagę od dzikiego, ekscytującego pościgu za mną. Nieczyste zagrania były moją specjalnością, więc po co miałbym się stresować? Już ja ustawię tę grę pod swoje potrzeby!

Shizuo
Prychnął i miałem zamiar wykrzywić twarz w wyrazie obrzydzenia, ale zamiast tego się uśmiechnąłem. Kąciki moich ust wspięły się ku górze w imitacji uśmiechu, nazbyt przesiąkniętego szyderstwem. Wolałbym wybierać, jaki wyraz twarzy mogę przybrać, ale nie jest źle. Uśmiecham się, bo jestem coraz bliżej, zakradam się, gotów łapać go, gdyby drań próbował odskoczyć w drugą stronę, zwinnie przemknąć obok mnie i jak zwykle zwiać. Tym razem mu tego nie dam.
- Znajdź sobie ze swoim stadem innego obleśnego kundla. Podobno kochasz WSZYSTKICH ludzi, sprawdźmy, co oni o tobie sądzą, Izaya... Izaya... - wymawiam jego imię, przeciągam je i mój głos jest już tylko niebezpieczny warkotem. Czuję jego zapach i wiem, że za chwilę będę mógł wyciągnąć ku niemu swoje ręce, dotknąć go; na początku delikatnie, by ostatecznie zgnieść tę pchłę i mieć z nią święty spokój. Oto, jakie genialne pomysły przychodzą mi do głowy, kiedy przetacza się we mnie zbyt duża ilość adrenaliny.
- Założymy się o to, że to będzie twój ostatni zakład?
Nie muszę się pilnować, by ten inteligentny parszywiec znowu mnie nie wykiwał. Jakbym przełączył się w tryb automatyczny i po prostu wiedział, co z nim zrobić. Przecież nie pierwszy raz zakańczam żywot Orihary Izayi.


Izaya
Gorzej chyba być nie mogło. Sam na sam ze znienawidzoną osobą powinno stanowić dla mnie nie lada wyzwanie i właśnie przekonywałem się o tym fakcie, w dodatku niefartownie na swojej własnej skórze. Raz odskoczyłem, drugi, ale w końcu i tak zacząłem żałować, że nie urodziłem się z jakimiś skrzydłami, albo czymkolwiek podobnym. Cóż, nawet powiedzenie "raz się żyje" zdawało się być na prawidłowym stanowisku, więc rozłożyłem dłonie, nie zdejmując kpiącego uśmiechu z warg. Nie, bo nie było takiej potrzeby, choć może szukałem jakiejś okazji? Szybkie pchnięcie nożem może by go nie zabiło, jednak pozwoliło mi spróbować ucieczki, która w sumie nie była głupim pomysłem, zwłaszcza zważając na obecną sytuację. To nie tak, że narzekałem, broń boże! Ja jedynie skrupulatnie zwracałem uwagę na to, że aż nadto cieszyłem się z mojego położenia, aż do utraty tchu!
-Ależ oczywiście, że kocham. Kocham ich, kocham ich życia, rozmowy. Dlatego widzisz sam, że, niestety, Ty na ulgowe traktowanie nie zasługujesz. Ale wracając do tematu zakładu. Shizuś, odpowiedz mi na pytanko. Jesteś prawiczkiem, prawda? No, w sumie która uganiałaby się za szczekającą bestyjką? Ha, która dałaby się dotknąć tym obleśnym łapskom?! Ach, teraz będę miał zagwozdkę... Cóż, zakład, a bardziej układ. Ale.. jak mówiłem.
Tutaj urwałem, chwilowo zastanawiając się, czy aby przypadkiem złą decyzją nie byłoby, gdybym spróbował przedostać się dołem, wykorzystując moment, dajmy na to, rzucenia czymś we mnie.
-Tyle, ile razy mnie dorwiesz, zostanę, by spełnić jedną Twoją zachciankę. Myślę, że tortury związane z przebywaniem w Twoim towarzystwie będą gorsze niż śmierć. Ale, proszę. Umyj się wcześniej, śmierdzisz.

Shizuo
I tak właśnie miałem to, na co zasłużyłem. Czekałem jedynie, aż ta gnida wyjmie nóż, bo mimo wszystko wolałbym go nie wyjmować ze swojego boku, skoro mogę temu zapobiec. Wydawało mi się, że myślę logicznie i przez moment naprawdę tak było. Kontrolowałem siebie i otoczenie, a przede wszystkim kontrolowałem Izayę. Cudowne uczucie.
Ale po nim nastąpiło o wiele to gorsze. Wręcz sie w nim zagotowało. Za kogo on się uważa, żeby pytać o takie rzeczy!? I... co to za chore propozycje!? Nawet nie miałem pojęcia, co właściwie do mnie powiedział. O co chodziło? Coś źle zrozumiałem, czy...?
- Chcesz, żebym zrobił z ciebie swoją zabawkę do łóżka? - sięgnąłem do niego i to nie tak miało wyglądać. Moja dłoń miała objąć tę bladą skórę na jego szyi, objąć ją i słuchać, jak ten błaga o przebaczenie, miotając się, ale zamiast tego złapałem jego twarz. Niedelikatnie, bez jakiegokolwiek wyczucia, przyciągając ku sobie. Nasze twarze były już blisko, ale nie było w tym żadnej intymności czy zmysłowości. Nadal zimna agresja, przeszywająca aż po same kości. - Boisz się, że zrobię ci krzywdę i ratujesz się czym tylko możesz, Izayaaa? - wciąż warcząc, trzymałem go blisko siebie. Zdawałem sobie doskonale sprawę, że jest w świetnym zasięgu, ale chęć położenia na nim swojej ręki była silniejsza. Wpatrywałem się w jego oczy i przeszło mu przez myśl, że ich kolor jest nieludzki. Równie nieludzki, co sam Izaya.

Izaya
Nie traciłem pewności siebie nawet wtedy, kiedy poczułem obrzydliwie zimne palce na swojej żuchwie, jedynie bardziej unosząc kąciki warg. Zabawna była reakcja Shizuo, doskonale wiedziałem, że właśnie taką minę będzie miał, kiedy trafię w jakiś czuły punkt, a tu proszę, dostałem to, czego chciałem. Czyli jednak miałem rację!
-Czy to ma znaczyć, że Shizuś nie miał jeszcze dziewczyny? Nie, nie mówię o seksualnej zabawce, nie rozumiem, dlaczego pierwsze, co przyszło Ci do głowy, to właśnie seks. Jesteś zboczeńcem?
Zapytałem po chwili, palce jednej dłoni unosząc lekko, jednak nie zamierzałem ani mu przyłożyć, ani nic z tych rzeczy, przynajmniej nie fizycznie. Dłoń sprawnie ułożyłem na kroczu mężczyzny i z zadowoleniem przesunąłem po jego całej powierzchni.
-Powiedz mi, ile trzeba, żeby to tutaj się rozruszało?

Shizuo
Nie trafił z żaden pieprzony czuły punkt! Ścisnąłem go mocniej, czując jego dotyk w niepożądanym miejscu. Byłem bardziej niż wściekły. Zmarszczyłem mocno brwi, uderzyłem jego głową o zimny mur budynku. Mocno, ale nie tak, by ten nagle zaniemógł. To nie byłaby wystarczająca kara za jego zachowanie.
- Niby kto tu jest zboczeńcem, Izaya? Co? - Odchyliłem jego pysk w bok, przygniatając go całym ciałem do muru. To tylko gest agresji, nic poza tym. Mógłbym też odepchnąć jego rękę, wykręcić ją, połamać, ale... Po prostu głupia duma mi na to nie powalała. To na pewno tylko to.
- Lepiej dla ciebie, żebyś zdechł, nim to tam się rozrusza, dupku.

Izaya
-Shizuś, ranisz mnie. Jesteś bardzo niemiły!
Wybuchnąłem śmiechem, starając się stłumić głuchy jęk, który wydostał się spomiędzy moich warg, kiedy nagle spotkałem się ze ścianą. Nie mogłem tego opisać jako przyjemne, ale dzięki temu jedynie mocniej zacisnąłem palce na jego męskości, zupełnie nieświadomie i machinalnie! Musiałem się czegoś złapać na wypadek, gdyby temu idiocie wpadło coś innego do głowy, a że to było najbliżej mojej dłoni, nic już na to poradzić nie mogłem. Kolejnych słów mężczyzny nie skomentowałem, jedynie zabierając dłoń i unosząc ją wyżej, aż nie dotarłem do ramienia i szyi Heiwajimy, na której tym razem ułożyłem wygodnie ręce. Początkowo z zamiarem poduszenia, jednak próba uścisku skończyła się, kiedy zdałem sobie sprawę, że mnie nie odepchnął. Fakt, dostałem, ale miałem zupełną dowolność odnośnie molestowania go. Poprzednie miejsce zastąpiło kolano, którym raz po raz poruszałem. Nie jakoś cholernie intensywnie, łagodnie, stopniowo. Chociaż... może jednak powinienem zrobić to nieco agresywniej, skoro zeszliśmy już na taki tok działań?

Shizuo
- Co. Ty. Robisz. Izaya - warczę, zaprzeczam sam sobie. Nie pożądam go, to przecież z żadnym wypadku niemożliwe! Jestem wściekły, bo tego rodzaju dotyk powinien być zakazany, to w końcu infernalne. Mdli mnie na myśl, że mogę go do siebie tak blisko dopuścić, a jednak nie czuć potrzeby zmuszenia go, by przestał. W dolnych partiach mojego ciała powoli wzbiera się ciężka, wrząca rtęć i nie mogę nic na to poradzić, więc godzę się na wszystko. Pozwalam mu wędrować dłonią po mojej piersi aż ku szyi i dotyk razi moją skórę, niemal mam od niego dreszcze. Ale jestem pewien, że się nie boję, gdyż wciąż to ja jestem górą. Mogę odeprzeć cios, zablokować i zmienić plany Orihary, by wcielić swój w życie. Ale nie chcę. Wplatam palce w jego włosy, a potem ciągnę za nie, odchylając jego głowę. Mój oddech już przedtem był nierówny, ale teraz daję to po sobie poznać.
- To twoja kolejna gierka, Izaya? - pytam niskim tonem, przysuwając się do jego ucha, drażniąc go ciepłym oddechem i wibracjami. - Tak ci się podoba? - I wtedy chwytam wolna dłonią przegub jego ręki, by nigdzie nie uciekł. Znowu, rozjuszany, gram na jego warunkach, wpychając również swoje kolano pomiędzy jego nogi. Przyciskam swoje biodra do jego, ocieram się o najbardziej intymne części informatora. I to wcale nie zapewnia mi wygranej, więc będę kontynuował rozgrywkę.

Izaya
-Ja? Ależ skąd. Ja po prostu pokazuję Ci, gdzie Twoje miejsce. I chcę poznać Twoje słabe punkty. To chyba dostateczny powód?
Burknąłem coś cicho, niewyraźnie, ale najwidoczniej każda moja prowokacja została wcielona w życie jako coś czysto fizycznego. Ciężko było mi uwierzyć, że Shizuo złapał przynętę, że pozwolił się pojmać i wcielić mój plan w życie. Nie sądziłem też, że sam zacznie grać tak, jak tylko zechcę. I nie powiem, szło mu to całkiem dobrze, bo sam nawet nie zauważyłem, kiedy z szyderczo wykrzywionymi wargami zacząłem sunąć w dół i w górę, po chwili dobierając się do guzików jego kamizelki, a potem koszuli. Na razie jednak nie zsuwałem tego z jego ramion, bardziej gryzł mnie zapach jego ciała, a w głowie aż huczało, że nie zniosę tego ani chwili dłużej.
-Gdybym odpowiedział, że się Tobą i Twoim dotykiem brzydzę, odczułbyś większą satysfakcję z tego, prawda? W takim razie nie odezwę się na ten temat ani słowem, Psie.
Ekscytacja jego ciałem łączyła się ściśle ze wstrętem, a jednocześnie jego dotyk pozostawiał palący ślad na każdym skrawku mojej skóry, doprowadzając mnie do szału. Nie zamierzałem ulec. Zagryzłem wargę, kiedy tylko przybliżył się do mojego ucha, a ja dłońmi zmusiłem go by przysunął się do mnie, wtedy sam zająłem się czymś innym. Wargi Shizuo połączone z moimi uznałem za swoje osobiste zwycięstwo, a z każdą kolejną sekundą i pogłębieniem tego nienawistnego pocałunku, czułem, że jego defensywa ulega destrukcji. Traktowałem to jako topór wojenny, w ramach odwetu nawet poruszyłem bardziej biodrami, wzmagając tym samym ekspresje jego krocza, choć i to było obosiecznym mieczem. Moje bokserki przestały być luźne, choć dłuższą chwilę protestowałem w duchu i wręcz zabraniałem swojemu ciału. Ale co poradzę? Jestem tylko facetem, w przeciwieństwie do niego!

Shizuo
- Nastawiając się...? - uciąłem, moja drwina nie została spełniona i gniotła mi się w gardle, ale już po chwili jej nie czułem. Moja uwagę zajęły wargi Orihary, przeciśnięte do moich, a potem jego gorący język w moich ustach. Kupiłem tę grę nie ze względu na te gnidę, ale ze względu na grę. Być może na próżno łudziłem się, że kiedy zdominuje go na płaszczyźnie czystości seksualnej będę miał spokój, a Izaya zrozumie. Tylko to. Westchnąłem nosowo; to okazało się być przyjemniejsze niż mogłem przypuszczać. Przede wszystkim nigdy nie podejrzewałbym, iż pocałunek informatora może mi przypaść do gustu na tyle, że go oddam. Że w ogóle kiedykolwiek będę się stanie podejść do niego tak blisko i nie zwymiotować. Tak więc bardzo szybko wyczułem rytm, a mój język sam wiedział, jak się poruszać. Łapałem najsilniejszy mięsień faceta i ssałem go, męczyłem i pieściłem. Dzieliłem z nim oddech i przyjemność, niemal zamruczałem wprost w jego usta.
Nie myślałem o tym, chociaż chęć dominacji była u mnie naturalna. Chciałem nadawać własny rytm pocałunkom i nadawać im tempo, w rytm którego mógłbym pociągać za jego ciemne kosmyki włosów, falować biodrami i ocierać się całym ciałem o jego, nie pozostawiając pomiędzy nimi ani milimetra niepotrzebnej odległości. Być bliżej, tylko ten cel mi przyświecał i, co zabawne, na moment zapomniałem nawet o tym beznadziejnym zakładzie. Głupim jak Izaya. Ma szczęście, że tak mi smakował, inaczej już dawno łykałby własną krew zamiast wymieniać się ze mną śliną. Mój mocny, wyraźny zapach mieszał się razem z jego i zaciągałem się tą mieszanką, by pozostać w niezidentyfikowanym błogim stanie, rozgrzewającym mnie i wszystkie moje kończyny. Dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa, rażąc mnie po samych czubkach palców, które kurczowo, wręcz zaborczo, trzymały mężczyznę, aż w końcu i one zaczęły się poruszać. Celem wyprawy było zbadanie ciała informatora i zacząłem od karku, przenosząc je na ramię, rozsuwając poły jego kurtki ostatecznie usiłując ją zrzucić. Co z tego, że tutaj, że teraz? W końcu jestem tylko zwierzęciem, to mnie usprawiedliwienia.

Izaya
Oddychałem miarowo, chwilę skupiając się nie na tym, by nie zapomnieć o tak ważnej czynności, a na tym, by pozbawić go górnej warstwy odzienia. Było to proste, choć z drżącymi dłońmi bywało różnie, zdradzała mnie nie tylko mowa ciała, mimika i odgłosy. Rosnący członek z każdą chwilą boleśniej wypełniał powierzony mu materiał i sprawiał, że sporadycznie wydawałem z siebie niespotykane u mnie wcześniej odgłosy. Czyżbym wpadł w zasadzoną przez siebie pułapkę? Absurdem byłoby również, gdybym sam przed sobą nie przyznał; przez krótką chwilę przez myśl przebiegło mi tylko to, że Shizuo wcale nie jest jedynie psem. Jest całkiem pociągającym psem, ale nigdy nie przyznałbym się do tego na głos, a już po chwili skutecznie zabrałem się za wyrzucenie tego z mojej głowy. Ja, Orihara Izaya, nie mogłem pozwolić sobie na żadne interakcje emocjonalne z obiektem wieloletnich drwin, a ponadto przecież musiałem pamiętać, że gdyby nie moja genialna pomysłowość, zapewne sprzątnąłby mnie z tego świata, do czego za żadną cenę dopuścić nie mogłem. W miarę jak penetrowałem jego usta oraz ich wnętrze, schodziłem palcami niżej, zwinnie i wręcz momentalnie wsuwając je pod materiał spodni i również bielizny. Kusiło, bym już zdjął z niego te wszystkie barmańskie łachy, ale dopóki nie byłem pewny, że nie odda mi się całkowicie i nie skupi się na "przyjemnościach", o ile mogę je tak nazwać, zrobienie tego uznałem za całkowite tabu. Dopuszczałem zbyt wiele możliwości, że blondyn ucieknie, bądź, co gorsza, rozłupie mi czaszkę o którąś z palisad.

Shizuo
W końcu oderwałem się od jego ust, przygryzając jego wargę i ciągnąć do siebie niczym kundel kwalifikacje mięsa. Właśnie takim chciał mnie widzieć, prawda? Dzikim, zdecydowanym, agresywnym. Do takiego stanu sprowadzał mnie zawsze i jestem świeci przekonany, że prosił się o to już od dłuższego czasu. Na szczęście Izaya jest bardzo przewidujący, znowu dostał, co chciał. W tym momencie nie wydaje mi się to nawet niesprawiedliwe. Bądź co bądź, sam korzystam, jakkolwiek to brzmi. Wyprę się tej myśli kiedy tylko będę już wolny. Na razie jestem niewolnikiem męskich hormonów i jakiejś pchły, w której oczy nie spoglądam ze wzgardą, a z pożądaniem. Moje pociemniale spojrzenie jest jednoznaczne, gorące, rozbieram go wzrokiem i chcę, by o tym wiedział. By przyznał, że jest mój, bo stąd nie ma drogi ucieczki. Moje silne dłonie zrzucają z niego kurtkę, by wpełznąć pod jego bluzkę. Opuszki palców suną po jego cieplej, delikatnej skórze, przedostając się aż do piersi Izayi, podczas gdy on utrzymuje to spojrzenie. Pozwalam mu się wzajemnie dotykać, chociaż na pewno nie pozwolę mu mnie wyprzedzić. Mój rytm, moje zasady, Izaya powinien się dostosować i pilnować. Kto lepiej zdaje sobie sprawę z tego, że ma do czynienia z bestią? Dlatego ściągam z niego górną część garderoby i ją także rzucam na ziemię. A potem całuję mocno i namiętnie, wpijając się w te słodkie usta, podczas gdy palce oszukują paska. Chcę go widzieć przed sobą nagiego i to tylko kaprys, bo mimo wszystko słońce skłania się ku zachodowi, ciepłe, pomarańczowe promienie ustępują miejsca półmrokowi, a temperatura otoczenia spada, chociaż nasze ciała pozostają gorące.



Izaya
Krótką piłką było chwilowe oderwanie się od niego, coby następnie ująć palcami jego męskość i zacząć poruszać nią rytmicznie. Góra, dół, góra, dół. Starałem się nawet zsynchronizować jakoś pocałunki z ruchami dłoni, jednak pozostało to niemożliwe, zdecydowanie bardziej skupiłbym się, gdyby Shizuś puścił mój cholerny nadgarstek i pozwolił się nim w końcu zająć. Kto wie, może uda mi się SPUŚCIĆ cały jego temperament i frustrację? Całkiem możliwe było też to, że nie skończymy na tym jednym razie, ale póki co nie odpychało mnie to. Miałem tyle Shizu-chana, ile tylko chciałem i potrzebowałem, ale również zbyt mało, by osiągnąć pełnię moich sadystycznych żądz. Czułem, że jeśli teraz pójdzie wszystko zgodnie z planem, cała sielanka zakończy się spijaniem śmietanki przeze mnie, jakkolwiek miało to zabrzmieć.
-Puść mnie, Kundlu. Puść, to zaprowadzę Cię tam, dokąd zmierzasz.
Burknąłem w końcu gardłowo, przystawiając wargi do jego szyi. Swąd jego skóry drażnił moje nozdrza wciąż i wciąż, cały otoczony był też tą dziwną aurą, która również udzielała się mnie, choć starałem się nie pokazać, jak bardzo zdążyłem się na to wszystko nakręcić. Westchnąłem drżąco, nie przerywając wciąż delikatnych ruchów dłoni, miałem nadzieję, że w końcu ustąpi, że i na tym podłożu pozwoli mi działać na własną rękę, huhuhuu.

Shizuo
Sapnąłem, a potem wyrwało się z moich ust pełne zadowolenia mruknięcie, ale nawet z tego nie byłem dumny. Nie powinienem okazywać tyle zadowolenia. Ale cóż mogłem poradzić? To było na tyle dobre, że gdybym nie miał przed oczami Izayi, zapewne zacząłbym poruszać biodrami, wychodząc naprzeciw jego ruchom. Ale jednak nie. - Nie wtrącaj się, dupku - upomniałem go, nie aprobując tych ruchów, chociaż dawały ogromną przyjemność. Twardniałem w jego dłoni; to wystarczający dowód na to, że Orihara pociąga mnie bardziej, niż bym chciał. Zdjąłem spodnie i nie mogłem się powstrzymać, spojrzałem w dół, jednocześnie oswobadzając Izayę z mojego uścisku na jego ręce, by położyć dłonie na jego drugiej i pokierować nim. W jedną chwyciłem jego męskość, pocierając jej czubek, a w drugą dłoń mężczyzny z moim członkiem i przysunąłem, sprawiając, że teraz miałem obydwa lenistwo we własnej dłoni. Poruszyłem biodrami, pocierając je o siebie i nierówny wydech opuścił moje płuca.

Izaya
-Shizu-chan, myślałem, że Ci się nie podoba, a z tego wychodzi coś zupełnie odwrotnego!
Zaśmiałem się cicho i zacisnąłem znów palce, po czym przesunąłem się wyżej, drażniąc jego cewkę moczową. Nie przeszkadzał mi o dziwo fakt, że sam zaczął współgrać z moimi ruchami, dodając coś od siebie, było to na tyle nieprzewidywalne, że w życiu nie nazwałbym tego możliwym. Jak to mówią, od nienawiści do miłości jeden krok, czy jakoś tak! Oczywiście nie sugerowałem żadnych pozytywnych uczuć względem niego, ależ skąd. Właściwie śmiałem uważać, że tego typu doświadczenie wzmogłoby znacznie chęć upokorzenia go, bo przecież jakim problemem byłoby zrobienie kilku jednoznacznych fotografii? Moje dywersyjne działania nijak miałyby się oczywiście do prawdziwego planu; kiedy dłoń Heiwajimy przejęła kontrolę również nad moimi ruchami, sam z automatu dobrałem się do jego szyi, zasysając się na niej, podgryzając, całując i liżąc naprzemiennie. Gdzieniegdzie udało mi się zostawić drobne, karmazynowe plamki, jakbym oznaczał swój teren, a dodatkowo jego skóra posłużyła jako izolacja, bym nie wydał zbyt głośno jakiegoś lubieżnego dźwięku.


Shizuo
- Zamknij się - wyegzekwowałem jasno, chociaż i te słowa miały na mnie ogromny wpływ. Izaya jest Izayą i nie powinienem się z nim tak pieścić. Już powinien być przeciśnięty do ściany i rżnięty, skoro tak o to się dopraszał, zamiast tego okazuję mu niepotrzebne zrozumienie. A tymczasem odchylam głowę, warcząc ze sprzeciwem, bo nie chcę na niej żadnych znaków jego obecności. Zgodzę się na wszystko i nieważne jak bardzo podoba mi się język i gorące usta na mojej szyi, po prostu nie. Drugą ręką odciągam go za włosy na odległość, która pozwoli mi na spojrzenie. Zdaję sobie sprawę, że moje wzrok mam zamglony, ukryty zza mgiełką rozkoszy, ale to chyba nic złego, a przynajmniej nie tak to odczuwam. Mój członek ociera się o męskość tej gnidy i adrenalina znajduje w tym swoje ujście; czuję satysfakcję płynącą z każdego ruchu, chociaż nie zdążyłem go jeszcze upokorzyć, zdominować i wykorzystać. Chwytam jego dłoń i przekazuję w jego opiekę moją dumę razem z drugą męskością. Pewnie to spieprzy, ale zdaję sobie sprawę, że nie ma nic trudnego w tym prostym, nieskomplikowanym dotyku. Sam muszę się zająć jego spodniami, dlatego zsuwam je nisko, by nogą sobie pomóc i przygnieść je do podłogi, ażeby ostatecznie noga mężczyzny, którą podnoszę, wyszła z nogawki bez problemu. Przytulam jego udo do swojego boku, a moja druga dłoń wędruje na tyłek informatora. Palce zaciskają cię na pośladku, klepię go i ugniatam i nawet nie mam pojęcia, że się uśmiecham - tyle daje mi to frajdy. Z kolei pieszczoty mojej męskości dają przyjemność i sapię, wsłuchując się w nasze urwane oddechy. Niestety jestem zbyt niecierpliwy, by dłużej to doceniać i moje palce wędrują pomiędzy jego pośladki. Przesuwają się pomiędzy nimi i ostatecznie znajduję jego wejście. Wpierw molestuję je okrężnymi ruchami, napieram palcami i rozgrzewam mojego największego wroga, którego nienawidzę z całej siły, jak najbardziej.

Izaya
Behawior Shizuo od jakiegoś czasu przyprawiał mnie o wyjątkowo intensywne dreszcze i choć pragnąłem, by rozerwać jego skórę zaraz przy tętnicy bez opamiętania, znalazłem się po raz kolejny w martwym punkcie. Nie dało się ukryć również ambiwalentnej zależności, z jednej strony naprawdę chciałem, by to wszystko wyszło na moją korzyść, z drugiej zaś bliskość z nim była na tyle cudownym zjawiskiem, że gdybym tylko mógł zapomnieć, kim jest osoba stojąca przede mną, z pewnością zaproponowałbym, by przenieść się w miejsce, gdzie będziemy mogli kontynuować raz po raz, mocniej, agresywniej i szybciej, a zaraz potem delikatnie, z dozą namiętności. Miałem ochotę robić to całą noc, ale kiedy zdawałem sobie sprawę, że to Heiwajima, najchętniej zwróciłbym wszystko, co przez cały dzień wepchnąłem w swój żołądek. Jego dłonie na moim pośladku, a potem dobierające się do mojego wejścia nie skrępowały mnie jakoś mocno, a wręcz przeciwnie. Warknąłem zdezorientowany, wzmagając ruchy dłoni, nadając im szybszego tempa, rozmachu i pasji w nie włożonej. Nie miałem zamiaru dać się posiąść tak od razu, chciałem widzieć, jak Shizuo błaga o to, by mógł dojść, by na tej płaszczyźnie był zdany tylko na mnie, jednocześnie zgarniając całą przyjemność dla samego siebie. Wolną dłonią po raz kolejny naparłem na jego kark, nie mogłem pozwolić, by patrzył na mnie bezkarnie, podczas gdy ja oddawałem się znikomej, a przynajmniej ja tak sobie wmawiałem, przyjemności, którą czerpałem z jego dotyku. Znów powędrowałem na jego wargi, dodatkowo otulając go przed ramieniem, coby w razie czego utrzymać równowagę i wsunąłem od razu język między jego wargi, chwilę pozwalając naszym mięśniom na wspólny taniec i igraszki, przerywany jedynie moim cichym westchnieniem lub gardłowym, stłumionym jękiem rozkoszy. Nie mogłem mu powiedzieć, żeby się ze mną nie droczył, że nie chcę zwlekać, dostarczyłbym mu nadmiernej ilości satysfakcji, co odgórnie oznaczałoby moją przegraną.

Shizuo
Zamruczałem nisko, z dozą aprobaty na wzmocnienie ruchów na moim penisie. Izaya nie pozostawał dłużny, ale tego właśnie bym się po nim spodziewał, gdybym kiedykolwiek uznawał taki abstrakcyjny scenariusz za możliwy. Teraz miałem go całego dla siebie i dopiero w momencie, kiedy spostrzegłem, jaką mam nad nim władzę, poczułem satysfakcję. Prawdą było, że nie przyznawałem przed sobą, że w obecnej sytuacji i położeniu wiele jeszcze zależy od Izayi. Jednak ten nie wyglądał na osobę, która optowała za protestem i ewentualną ucieczką. Nigdy nie przypuszczałbym, że będzie taki chętny i rozochocony; to kolejna rola, w której nie widziałem informatora. Ale teraz wyglądał stanowczo za dobrze, a mi stanowczo ten widok zbyt się podobał. Jego usta, każdy dźwięk, jaki z siebie wydał, nagie ramiona, odstające obojczyki, kusząca szyja, jędrne pośladki, ciasna i ciepła szparka, której dopiero miałem skosztować. Na samą myśl o tym rosło we mnie podniecenie, a całość dopełniał jego dotyk. Chciałem być przy nim blisko, nawet jeszcze bliżej i tylko do tego dążyłem. Pozwalałem naszym językom tańczyć tym lubieżnym geście, sam łapałem go i przytrzymywałem, gryzłem jego wargi i znowu atakowałem wnętrze jego ust, by całkowicie je spenetrować. Ale ostatecznie musiałem przerwać pocałunek, by wepchnąć swoje palce w jego usta, pozwolić je zwilżyć i przygotować na to, jak będą go masturbowały. Głaskałem jego udo, sapałem i łapałem oddech, patrząc mu w oczy wyzywająco i władczo, uświadamiając mu, co z nim zrobię. A potem przyciągnąłem do kolejnego pocałunku, mocząc policzek Orihary strużką śliny, którą zostawiły po sobie moje palce, teraz szukające na powrót jego wejścia. Po chwili wilgotne opuszki naparły na niego i jeden palec wsunął się w informatora. Co ty na to, Izaya? Podoba ci się, lubisz w ten sposób, gnido?

Izaya
Westchnąłem ciężej, kiedy to wszystko, co zaplanowałem, zaczęło się ziszczać w tak nierealny sposób. Każdy pocałunek, otarcie się o jego ciało, dłonie, którym pozwalałem na taki dotyk, na który nikomu innemu bym nie pozwolił. Czułem, jak przyjemne ciepło rozlewało się po mojej skórze, począwszy od podbrzusza, po obojczyki i policzki, które powoli odzwierciedlały, jak bardzo zostałem tym wszystkim nakręcony. Dostałem tyle Shizuo, ile chciałem, powtarzałem to sobie to utraty tchu, kiedy tylko udawało mi się oderwać od kuszących, uzależniających wręcz warg mężczyzny. Nie myślałem, że może to być tak piekielnie cudownym doświadczeniem. Zachłanniej zassałem się na jego palcach, pokazując mu, że nawet pomimo owładnięcia mojego umysłu przez podniecenie, nadal kontaktuję, nadal wiem, co mogę mu zrobić, co sprawiłoby, że jęczałby i oddawał się tym myślom. Oddałby się mojej osobie.
Otuliłem językiem jego opuszki, które zaraz jednak opuściły moje usta, kiedy sam otarłem się swoim penisem o jego brzuch, nadal nie zaprzestając przy tym intensywnych jakże pieszczot. Cóż, jeśli miałbym jakoś opisać to słownie, uznałbym to za zbytnio przesadzoną spójnię między seksualnością a rozumem, bo w końcu.... do czego ów pragnienie mnie skłoniło? I do czego skłoniło Shizuo?
Wędrówka dłoni mężczyzny wprost na moje pośladki dostarczyła mi jednak więcej ekscytacji niż poprzednie doznania, wciąż ingerowała w nadzwyczaj wulkaniczny żar, który powoli zaczął trawić nie dość, że mojego penisa, to jeszcze intrygę, którą przeciw niemu uknułem. Cóż, często ofiarami stają się sami sprawcy, co odczułem na własnej skórze. Jeden palec we mnie sprawił, że początkowy dyskomfort zapoczątkował jęk sprzeciwu, co jak co mogłem jedynie to przyjąć, ale bez większego problemu. Podniecenie sprawiało, że niemal czułem, jak wciągam jego opuszki w siebie, a twarz wtulając w jego obojczyk, potrafiłem zdusić w siebie intensywną serię stęknięć, co wcześniej uznałem za niemożliwe. Chciałem też słyszeć symfonię graną przez krtań Shizuo, podczas gdy obaj oddamy się całkowicie seksualnej hegemonii. Palce, które wcześniej tak desperacko i kurczowo trzymały się go, by mi nie uciekł, zacisnęły się na jego plecach, zostawiając na nich lekko zarysowane czerwienią pręgi, ale wiedziałem, że i te nie utrzymają się na jego skórze zbyt długo. W końcu Shizuo był Bestią, która właśnie uciekała w seks razem ze swoją czarującą księżniczką.... Zaraz, zaraz, chwila! Nie, nie księżniczką! O czym ja w ogóle, cholera, myślałem?!

Shizuo
Gdzieś z tyłu głowy jakiś głos usilnie próbował uświadomić mi, co właściwie robię, że trzymam w swoich ramionach największego wroga, że przygarniam go do siebie i przytulam, dzieląc z nim swoje ciepło, zupełnie pomijając praktyczne aspekty. Mniejsza z nim, i tak go nie słuchałem. Kierowały mną tylko pierwotne żądze, jeszcze niższe niż te zwykle. Czy właśnie doszedłem do punktu, w którym nie chcę jedynie go rozszarpać, ale patrzę na niego niczym na obiekt seksualny? Czy to sprawia, że czuję się bardziej człowiekiem czy zwierzęciem? Będąc szczerym, Izaya potrafił zawsze złamać mój spokój, rozjuszyć i wywołać moją gorszą stronę, dlatego jednogłośnie mogę stwierdzić, że to znowu ta dzika, nieludzka twarz. Jednak tym razem jest inaczej i nie mam pojęcia, jakie uczucia wypełniają moją klatkę piersiową, kiedy mam go tak blisko i mogę zrobić z nim, co zechcę. Mój policzek wtula się w jego miękkie włosy, poruszam w nim palcem, zagłębiając się coraz bardziej. Nie mam na to czasu, a jednocześnie podoba mi się ta zabawa. Całość miała być jednym wielkim drażnieniem się ze sobą, chociaż nie do końca wiem, komu robię tym na złość. Chyba sobie również. Moja męskość niemal wzdryga się, kiedy słyszę jego westchnienia, akompaniament do naszej sceny w ciemnym, opuszczonym zaułku. Bardziej romantycznego miejsca nie było, ale na dobrą sprawę w ogóle mi ono nie przeszkadza. Być może dlatego, że moje pole widzenia ogranicza się do Izayi? Zresztą jak zwykle, kiedy go widzę, zawsze potrafił skupić na swojej personie całą moją atencję. Jego frywolne propozycje musiały się tak skończyć i o dziwo nie żałuję, że dałem się złapać w jego pułapkę. Dokładam kolejny palec, łapię mokrymi wargami jego małżowinę uszną i całuję. Mam do niej najbliżej, moje ręce są zajęte i teraz szukam tego jednego punktu w jego ciele; chcę słuchać jak prosi, jak nalega i błaga, żebym go w końcu przeleciał. Uginam palce i poruszam nimi z przekonaniem, że w tym miejscu znajduje się prostata. Chcę ją wymasować, ocierać się o nią, zupełnie tak, jak teraz ocieram się o niego biodrami. Czuję jego erekcję i moja męskość puchnie od samej myśli o jego tyłku. Gryzę, a potem mój język wkładam mu do ucha i drażnię go własną śliną na zmianę z oddechem, zajmując się tylko jego ciałem w miłosnym uścisku.

Izaya
-Shizu-chan, wyjątkowo potulny się zrobiłeś, wiesz? Jak na potwora potrafisz być nawet delikatny. Dziwne, naprawdę.
Wyszeptałem, unosząc znacznie kąciki ust i przymykając oczy, kiedy ten dobrał się do mojego ucha. Palce mojej dłonie sprawnie przeniosły się na jądra, dodatkowo szacując i mierząc, a ja sam zastanawiałem się, jak to jest już mieć go w sobie. Nie myślałem praktycznie o niczym innym, jak o osiągnięciu spełnienia. Miarowo oddychałem, nieregularny rytm bicia serca znów przyśpieszył,  nagle czas jakby zaczął zwalniać, aż stanął w momencie, kiedy blondyn trafił w czuły punkt mojego wnętrza. Gwałtowny dreszcz przeszedł wzdłuż mojego kręgosłupa, a następujące po nim gorące tsunami poskutkowało kolejną aurą i niedoborem pomruków. W końcu zabrałem dłoń, nie porzucając nadziei na spełnienie mojego jedynego życzenia, a udo uniosłem trochę wyżej, tym razem pozwalając sobie na nieco bardziej perwersyjne postępowania. Przyciągnąłem go do siebie, palcami wodząc zaraz za płatkiem jego ucha, zsuwając się niżej, przez obojczyku, na sutku kończąc, a zaraz po tym wtórowałem sobie wargami, które niemal machinalnie poczęły wędrować w kierunku nabrzmiałego penisa mężczyzny, jednak sprawnie go ominąłem, obdarzając pocałunkami jedynie pachwiny oraz biodra Shizuo. Kolejnym ruchem był powrót do poprzedniej pozycji, jednak objąłem go ciaśniej niż wcześniej, przylgnąłem do niego całym sobą, niemal już w tym momencie łącząc nasze ciała w jedno. Już odczuwałem poważne skutki dzisiejszego zbliżenia, jednak sam widok podniecenia na twarzy Shizuo był wart całego zachodu.
-Ale już nie musisz się bawić. Nie wypada...

Shizuo
Delikatny? Tak, tego też nie wyłapałem, ale jedynie skrzywiłem się pod nosem na jego odzywki. Powinienem był odgryźć i zrobię to przy kolejnej okazji. Co z tego, że wtedy jego usta nie będą smakować w ten sam sposób, nie tak dobrze. Słuchałem jego jęków i czerpałem satysfakcję z każdego z nich, a ostatecznie ze stanu, do jakiego go doprowadziłem.
- Mogłeś od razu powiedzieć, że chcesz, żebym cię zerżnął, nie marnowałbym znaków... - wciągnąłem powietrze ze świstem, obserwując go. Jego usta znajdowały się tak blisko, że poczułem nieodzowne pragnienia złapać go za włosy i wpakować własnego penisa w jego usta i zmusić go do ssania. Jednak ten znalazł lepszy sposób na spełnienie i nie negował go. Przeciwnie, złapałem go pod kolanami i uniósł, opierając o ścianę budynku przez moment. Pomogłem mu nakierować na niego swoją szeroką główkę, która całkiem sprawnie weszła do środka, a za nią cała reszta. Balansowałem mężczyzną w powietrzu, właściwie nie czując jego ciężaru. Wciąż mogłem zrobić z nim, co tylko zechciałem, ale miałem jedynie ochotę rozkoszować się jego ciepłem i ciasnotą. Z moich ust wyrwało się głuche stęknięcie, a potem wypuściłem powoli powietrze z ust. Tak długo, jak się z nim bawiłem, tak bardzo rosło moje pożądanie i teraz nadeszła nagroda. Nie czekając długo, poruszyłem biodrami, rozpierając go jeszcze bardziej, wchodząc w niego jeszcze głębiej, nim ten zdąży złapać dech. W końcu dał mi siebie, błagał, nie mogąc się doczekać, sam się we mnie wsuwał. I przez moment, gdy moje ruchy łapią rytm nawet nie wiem, czy ścieramy się, czy łączymy, kiedy uderzam w niego mocniej, pewniej, szybkiej, pozwalając, by ściana drapała go w plecy, kiedy w nadmiarze żądzy dociskam go do niej i biorę garściami, co moje.

Izaya
Słowne wyrażanie tego, co miało miejsce między nami, nie oddałoby rzeczywistego stanu rzeczy, byłoby karygodnym niedopowiedzeniem, ba. Czułbym się nieswojo, mówiąc o tym, podczas gdy dystans między mną a Shizuo nagle zmalał, stał się nieosiągalnie doskonały. Mimo tej całej nienawiści właśnie teraz mogliśmy dzierżyć swoje ciała, powierzać spełnienie sobie nawzajem i obaj z tego korzystaliśmy, obracając wszystko tak, aby satysfakcjonowała nasze żądania. I faktycznie, kiedy zostałem uniesiony, a główka jego penisa naparła na moje wejście, przymknąłem relaksacyjnie oczy. Nie broniłem się, a wręcz przeciwnie, nie byłem przecież wierzącą dziewicą, która czekałaby na swojego księcia do usranej śmierci. Miałem pragnienia, miałem cele, do których spełnienia dążyłem wszelkimi sposobami, a takim właśnie sposobem była obecna sytuacja. Zapraszałem go do środka, pozwalając mu niemal na wszystko, jednak nie do końca tak, jak powinno być. Mimo bycia "na dole" sam chciałem to poprowadzić, choć pozycja nie do końca mi to ułatwiała. Poruszać sam się nie mogłem, ale nie zabroniło mi to opleść go ciaśniej ramionami, a nogi skrzyżowałem w kostkach zaraz nad jego lędźwiami, wargami łapczywie dobierając się do tych jego. W pocałunku to ja byłem dominą, wskazywałem na tempo, intensywność, dawałem znak, by dołączył się do mnie w namiętności, pozwalając, by pragnienie odebrało całkowitą władzę rozumu. Rozumiałem wszystko, co się działo, przyjmowałem to, ale też oddawałem, sporadycznie zaciskając się na nim i opinając jego męskość swoim wnętrzem, kiedy to zaciskałem lekko pośladki. Drażniłem się z nim, podczas gdy całkowitą odwrotnością było pieszczenie jego karku. Nadzwyczaj pięknym zajęciem stało się bowiem drapanie z zamiłowaniem jego skóry, która teraz wydała mi się nieludzko gładka, pociągająca i delikatna. Nigdy bym jej tak nie nazwał, nie opisał, ale to zważało jedynie na fakt, iż miałem go za nierozumnego uciekiniera z wojskowego ośrodka badań albo Strefy 51. Ewentualnie zoo, ale mimo wszystko... chciałem jej dotykać. Opuszki palców mimowolnie właśnie tam się kierowały i za każdym razem skupiały się całkowicie razem z paznokciami na dostarczeniu mu jak największej liczby doznań. Nie pomijałem też faktu, że dźwięki, które wydawałem, po raz kolejny podniosły ton, częstotliwość i mieszały się z urywanymi oddechami, zupełnie jakbym mówił "więcej, głębiej, szybciej."...

Shizuo
Kompletnie upojony naszą bliskością, już dawno zacząłem ignorować stosowną granicę i dystans, jaki powinien zachować pomiędzy nami. Byliśmy wrogami, Izaya okupował od dawna miejsce osoby najbardziej przeze mnie znienawidzonej - zresztą nie bez powodu - i zmienienie tego stanu rzeczy było istną herezją, a ponadto czymś niemożliwym. Teraz jednak nie brzydziłem się nim, a zwyczajnie w świecie, po ludzku pragnąłem go. Nie chciałem go zabić, ale uwięzić i mieć dla siebie. Właśnie takiego, jakim miałem go teraz. Chciałem jego rozgrzane, drżące ciało, które mi nastawiał, oddając się całkowicie. Odetchnąwszy świszcząco w jego usta, pozwalałem całować się, choć samemu nie pozostawałem dłużny. Nawet jeśli moja uwaga sukcesywnie była odwracana, zależało mi na tym, by zadbać o pocałunek, ale nie miałem czasu, by zastanawiać się, kto w nim powadzi. Właśnie posuwałem Oriharę Izayę, bardziej zdominować się go nie da! Oddawałem zatem pocałunek mocno, zachłannie i, drapieżnie pieszcząc jego język, rujnowałem tę przepaść pomiędzy nami, razem ze wszystkimi granicami przyzwoitości, której aktualnie tu brakowało. Pomyślałem rozpustnie, że w życiu nie spodziewałby się po Izayi takiego ciasnego, gorącego tyłka, nieporównywanie dobrego do wszystkich innych. Rozciągałem go dalej, delektowałem się jego wnętrzem, nawet jeśli tempo było coraz bardziej chaotyczne i szalone. Niewątpliwie dociskany do chropowatego muru mężczyzna będzie miał po wszystkim podrapane plecy, ale nie dbał o to.
Zatracony w tym, co robię, spełniałem jego życzenia, czując jak informator zmysłowo wije się między mną a chłodną ścianą. I chciałem go coraz bardziej, więcej, chciałem go uczynić swoim poddanym i swoim na wieki. Warczałem, pomrukiwałem, sapałem dziko, pozwalając jeszcze bardziej ponieść się i oddać temu wspaniałemu aktowi. Moje dłonie zaciskały się mocno na udach, raz po raz podnosząc mężczyznę, pomagając mu i sobie, a jednocześnie przeszkadzając, zakłócając pewien rytm. To wszystko było nieokiełznane, zwierzęce i zwyrodniałe - i lubiłem ten sposób. Chłonąłem jego zapach, grabiłem jego ciało. Czuł dreszcze, a jednocześnie w jego żyłach płynęła gorąca rtęć, pozwalając mu płonąć i ostatecznie się wypalić. Moja obrzmiała, pulsująca męskość czuła się wspaniale, starając się gdzieś w tym bałaganie próbować kątów i głębokości. Penis Orihary ocierał się o mój brzuch, ale nic na to nie mogłem poradzić; całe nasze ciała co chwilę dzieliły się dotykiem, ocierając o siebie, spragnione tej bliskości.

Izaya
Stonowane, ale wciąż gwałtownie... Mruczałem, sapałem, by zaraz po tym wszystkim wydać z siebie donośne "ach", wprost do jego ucha. Nie sądziłem, ba, nie śmiałem sądzić, że zbliżenie z nim przyniesie mi więcej korzyści niż to, że przeżyję spotkanie z Shizuo. Nie, czerpałem, wciąż mając mało i mało jego w sobie, miałem zbyt mało jego dźwięków, jego dotyku, pocałunków, a jednocześnie wiedziałem, że za niedługo zetrę się z tym wszystkim na granicy między snem a rzeczywistością. Ocierający się o brzuch Shizuo mój penis, dostarczał mi jeszcze więcej frywolnych doznań, które ujawniały się, kiedy tylko miałem okazję do spięcia pośladków. Opadałem i unosiłem się, orając wręcz plecami po lodowatej ścianie. Nawet to pozwalało mi zachłanniej czerpać z tej wyjątkowej bliskości, zagarniając przyjemność dla siebie, dla swojej pamięci. Warczałem głośno, zdradzając, że z pewnością mi się podoba, otulałem go czulej ramionami, kontrastując tym z dziką namiętnością między nami. Chciałem tego, pragnąłem go dla siebie, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że jutro znowu będziemy wrogami na śmierć i życie. I nie żałowałem.
Dotyk Shizuo był niewyobrażalnie męski, jednocześnie dało się zauważyć specyficznie doskonałą formę, w którą go wpędzał. Męskość we mnie, palce na udach, jego westchnienia wpadające wprost do mojego ucha, wargi zatracające się w tych moich. Coraz częściej dało się słyszeć wymijane jęki, bezwstydnie wyrzucane spomiędzy moich warg, powarkiwania, pomruki. Spijałem to wszystko, nie bacząc już na to, czy ktoś usłyszy, czy ktoś zauważy. Liczyło się tu i teraz. I wtedy ostatni raz byłem zdolny do wydania z siebie odgłosu poprzedzającego długi, wysoki jak na ton mojego głosu jęk, wtórujący momentalnemu wytryskowi, który uraczył swoją obecnością mój, jak i Shizuo, brzuch. Osiągnąłem to, czego pragnąłem, do czego obaj dążyliśmy. Z zadowoleniem znów wpiłem się w jego wargi, palce jednej dłoni wplatając w blond włosy, drugie zaś zaciskając na barku Heiwajimy w oczekiwaniu na jego spełnienie.

Shizuo
Zaciskałem moje dłonie mocniej, później na jego pośladkach, starając się bardziej kontrolować moje ciało, chwytać się ich, jakby ten dotyk pozwalał mi nie zapomnieć o rzeczywistości, chociaż odpłynąłem już zupełnie. Utonąłem w morzu zapachu naszego zmieszanego potu, naszych gorących, rozochoconych, gorących spazmów. Poddałem się temu prostemu uczuciu, które pozwalało mi całkowicie zapomnieć o tych wszystkich latach, kiedy byliśmy tak daleko siebie. Podobało mi się w nim, podobał mi się jego uścisk, jego ramiona trzymające się tak blisko mnie. Izaya był całkowicie ode mnie zależny i oddany w taki sposób, że ostrzałem na niego w zupełnie inny sposób, a przeszłość jakby upadła, odstępując temu, co miało miejsce teraz. I tylko teraz, na ten moment. Dlatego brałem najwięcej z jak tylko mogłem. Kosztowałem go i pochłaniałem całym sobą. Ściskałem jego tyłek, wpijając się w niego agresywnie i mocno, pocierałem własnym członkiem stymulująco prostatę, oddając przyjemność. Aż w końcu doprowadziłem go do końca i w momencie ekstazy, kiedy wszystkie jego mięśnie się napięty na moim penisie, sam doszedłem. Osiągnęliśmy orgazm niemal w tym samym momencie i poniekąd było to zabawne, ironiczne, ale śmieszne. Spuściłem się w jego tyłek - bo w sumie czemu by nie? Teraz był również mój. Zaprzestałem ruchów, po prostu dociskałem go do muru i całowałem gorąco, jak jeszcze nie całowałem nikogo. Mój członek już z niego wyszedł, ciągnąć za zobacz biała z lepką substancję. Kawałek mnie, który zostanie w nim na jakiś czas, chociaż zapewne nie o wiele dłużej niż jego sperma na moim torsie.

Izaya
Odetchnąłem jeszcze drżąco, przedłużając pocałunek Heiwajimy i tchnąłem w niego nieco więcej, hm... delikatności? Powodem może był fakt, że wciąż nadal ledwie łapałem oddech, ale chyba też moje wewnętrzne, dobre serduszko chciało dać mu coś więcej, niż tylko ciało czy nienawiść, która swoją drogą jutro powinna być na wyższym levelu niż dotychczas. Ale tylko jeśli odczuję jakiś negatywny skutek uprawiania z nim seksu, bo w przeciwnym wypadku pozostałaby na normalnej wartości. Poczułem gęstą ciecz, która spływała mi po udach, jednak nie przejąłem się tym zbytnio i już po chwili oderwałem się od blondyna, szybko odwracając od niego wzrok i zgarniając swoje ubrania z ziemi, otrzepałem je z pyłu i szybkim ruchem naciągnąłem kolejno bokserki, spodnie i koszulkę, kurtkę na razie przewieszając sobie przez ramię. Nie podobała mi się wizja powrotu do Shinjuku w tym stanie, więc po odpowiednim namyśle spojrzałem na niego i z poważną miną burknąłem:
-Shizuś, daleko stąd mieszkasz? Nie będę wracał do domu teraz, a na taksówkę szkoda mi drobnych. Przenocuję u Ciebie.
I to nie tak, że to oznajmiłem zamiast zapytać, skąd!

Shizuo
Co zabawne, oddałem ten pocałunek, pozwalając mu istnieć właśnie takim - nieco bardziej niewinnym. Niedobrze. Myślałem o nim nawet, kiedy zapinałem spodnie. Co to, do diaska, miało znaczyć!? Dlaczego na koniec musiał tak wszystko zepsuć!? Jakby tego wszystkiego było mało, Izaya musiał zadać kompletnie beznadziejne pytanie. Spojrzałem na niego jak na skończonego idiotę, szukając papierosów. Potrzebowałem pilnie zapalić, a jeszcze bardziej przemyśleć to. Kiedy emocje już opadły, a to coś niebezpiecznego we mnie się wyczerpało i ponownie mogłem trzeźwo myśleć, nic nie wydawało mi się być takim prostym. Nawet nie pamiętałem, jak do tego doszło! Co to za siła przyciągnęła mnie tak nagle do tego dupka?
- Chyba sobie żartujesz - kącik ust mi drgnął, a potem także dolna powieka. Co powinienem zrobić? Nie jestem jakąś bestią, żeby zostawić go tak tutaj, kiedy praktycznie znajdujemy się pod moim domem. Poniosłem moją kamizelkę razem z koszulą i po prostu trzymałem ją w dłoni, przez moment zabijając Oriharę wzrokiem, próbując dociec jego intencji i wciskam dłonie do kieszeni.
- Ogarniesz się i wracasz do siebie.
A jednak.

Izaya
-Ja? Żartować? W życiu nie zrezygnowałbym z kołysanki śpiewanej przez Ciebie, no przecież! Poza tym.. nie masz jeszcze mało? Wydawałeś się być niedopieszczony. Ale nie przejmuj się, to normalne w przypadku Potworków podobnych do Ciebie.
Podszedłem do niego, wyszczerzając się i objąłem jego ramię gwałtownie, przyciskając do niego swój policzek. Mimo wszystko ociekałem ironiczną wymową i gestami, ale to była nieodłączna część mnie, co mogłem na to poradzić? Przecież jeszcze dwie minuty temu był taki słodki i kochany! Aż naprawdę zacząłem żałować, że go nie nagrałem, albo nie zrobiłem zdjęcia. Mogłem to przecież później wykorzystać w swoich niecnych celach, ale oczywiście; sam nie byłem lepszy. Za bardzo się w tym wszystkim zatraciłem. Śmiało mógłbym też rzecz, że się wkopałem! Ale miałem jeszcze caluteńką noc na denerwowanie tego oto osobnika, ale na razie tylko dla swojej satysfakcji. Może potem wyjdzie coś mocniejszego.
-W porządku, będę grzeeeeeczny. Do czasu, kiedy sam czegoś tym razem nie wymyślisz!

Shizuo
Wyszarpnąłem swoje ramię, odpychając go i wyzywając pod nosem od gnid. Nawet nie potrafię określić skali mojego błędu, ale patrząc na jego zachowanie już wiem, że będę żałował. Ale na razie nie żałuję. Jestem spełniony i zadowolony, dla tych dziwnych powodów zabieram go ze sobą do domu, co oznacza kilkugodzinne męczenie mnie.
- Nadal nie jest ci dość twoich głupich zakładów? - nie patrzałem na niego. Starałem się utrzymać ten błogi spokój, któremu przeszkadzał tylko i wyłącznie głos bruneta. Zaciągałem sie papierosem, wypuszczałem dym ustami, oglądając białe kłęby. A moje myśli uciekały w stronę tego drania i nie mogłem nic na to poradzić. Analizowałem każde jego słowo i za każde chciałem go zabić albo chociaż zamknąć mu usta. Najchętniej w pocałunku i to mnie najbardziej przerażało. Na szczęście jestem kompletnym tchórzem.
Zrobiło się już chłodno i delikatne powiewy wiatru chłodziły moje ciało. Mógłbym się ubrać, ale wolałem w ten sposób ochłonąć, pozbyć się tego wszystkiego. Poza tym i tak już koszulą wytarłem czyjąś spermę z mojego brzucha i ten ktoś będzie mi robił za to pranie przez kolejne dziesięć lat. O ile uda mu się tyle przeżyć. Na razie prowadziłem go do siebie niespiesznym krokiem, ciemnymi uliczkami. Tak, by nikt nas nie zobaczył i nie przeszkodził.

Izaya
-Dlaczego miałbym mieć dość? Dzięki nim widziałem napalonego Shizusia, a tego widoku tak łatwo z pamięci nie wyrzucę!
Roześmiałem się cicho i ruszyłem prosto za nim, dłonie wsuwając w kieszenie. Faktycznie robiło się zimno, ale ja na szczęście nie rozstawałem się z moją drogą mi kurtką, więc narzekać nie mogłem. Ba, nawet chciało się biegać wokół Shizuo i śmiać się, że przemarza, albo... zaproponować mu ogrzanie go? Ej, to on był włochatym psem! To on miał być od grzania, a z chęcią nazwałbym go nawet kaloryferem. Nie czułem się źle z myślą, że to zrobiliśmy, miałem może niedosyt, ale nadrobiłbym w najbliższym czasie, uganiając się za nim po raz kolejny, kiedy nogi zaprowadzą mnie do Ikebukuro. Oczywiście pomijałem tę dziwną ekscytację na temat "zobaczę dom Shizu-chana!", ponieważ jak na mnie brzmiało to zbyt... chujowo? To zbyt mało powiedziane.
-Poza tym, narzekasz? Nie powiesz mi, że nie było Ci dobrze. Czuję, jak głęboko we mnie nadal jest Twoja sperma.

Shizuo
Szczerze powiedziawszy mógłbym podziękować Izayi za to, że ten tak kłapie gębą. Kto by mi lepiej przypominał powody, przez które tak bardzo go nienawidzę? Nie było mowy, żeby ktoś mógł zrobić to lepiej!
I kto potrafiłby tak rujnować mu życie? Wzdrygnąłem się, nawet nie wiem, czy to z obrzydzenia, czy przez łatwość, z jaką Izaya mówił o tym wszystkim. To kolejny powód, dla którego go nie znosiłem. Jego sposób bycia, pozbawiony wszelkich ludzkich cech był odpychający. Dopaliłem papierosa, powstrzymując chęci przypalenia Izayi. Z jednej strony ten cały czas przypominał mi o tym, co zaszło, a z drugiej jego zachowanie kontrastowało z jego słowami i odwracało moją uwagę. Ostatecznie tylko się w tym wszystkim gubiłem.
- Za moment spiorę ci mordę, tak że zachce ci się wrócić do domu. - Ale szanse na to były małe, kiedy przekroczyli próg i znaleźli się na klatce schodowej. Ogarnąłem spojrzeniem schody, a potem kątem oka spojrzałem na Izayę i szelmowski uśmiech wkradł się na moje usta. No to ciekawe jak jego obolały, pełny tyłek poradzi sobie z wyprawą na czwarte piętro!

Izaya
Mały, wyimaginowany notatnik w mojej głowie powoli zapełniał się szczegółami dotyczącymi okolicy, którą zamieszkiwał Shizuo. Oczywiście znałem jego adres, jednak nigdy nie miałem w sobie wystarczającej ilości samozaparcia, aby się tutaj zapuścić. Aż tak nie było mi życie niemiłe, żeby tutaj ryzykować. A teraz o! Jeszcze mam za przewodnika samego Heiwajimę, z którego powodu tu nie bywałem! Tak, to było przyjemne. ale do czasu. Kiedy tylko zauważyłem, że nie ma windy, wzdrygnąłem się i aż poczułem nieprzyjemny ból w krzyżu. Moje palce powędrowały na poręcz, a jedną nogą już znalazłem się na schodach, unosząc brwi. On tak na poważnie? Serio? Ale serio, serio?
-No chyba sobie jaja robisz, że ja tam wejdę. Powiedz mi, że mieszkasz na parterze. Zrób to i powiedz. Bo wyżej to ja się nie wybieram, chyba że na plecach Shizu-chana!
Skrzywiłem się w grymasie i obróciłem się do niego gwałtownie przodem. Musiał w tym być jakiś haczyk, nie było innej opcji. On po prostu się ze mną droczył, ale. Chwila. Droczył się ze mną bez użycia siły? Co się stało? Czyżby wielki Heiwajima Shizuo nie miał teraz ochoty mnie uderzyć i tylko o tym mówił?

Shizuo
Okrutna prawda była taka, że naprawdę spoglądałem na niego z satysfakcją, kiedy ten próbował wejść po schodach, co jednak przewyższało jego możliwości. W końcu coś miłego dla moich oczu!
- Możesz spać na klatce schodowej, może cię stąd nikt nie wygoni. - Wzruszyłem niby obojętnie ramionami, chociaż powoli dochodziło do mnie, że naprawdę mamy problem. Izaya był rozpieszczoną księżniczką, którą niestety nie porzuciłem i z jakichś powodów, do których nie chcę się przyznać sam przed sobą, nie zamierzałem porzucać. A ona zamierzała dramatyzować i zapewne za wszelką cenę nie zechce wejść na górę. - To tylko czwarte piętro. Nie ociągaj się. - i sam pokonałem kilka schodów, wyprzedzając go. A jednocześnie byłem niezdrowo ciekaw jego reakcji i miny

Izaya
Syknąłem cicho, po chwili jednak ruszając za nim. Myślałem, że w przypływie jakichś ludzkich, olaboga, uczuć Shizuo okaże mi trochę zrozumienia, ale się przeliczyłem. Chociaż. Nie. Nie przeliczyłem się, bo od początku doskonale wiedziałem i nie wierzyłem w jego ludzką stronę. Podczas kiedy on już był na pierwszym piętrze, ja, choć faktycznie bez trudu, przemierzyłem połowę tej trasy, większość drogi klnąc jak szewc, ale przecież miałem prawo, nikt nie mógł mi zabronić. I gdyby nie wymówka, którą ubrałem w najbardziej absurdalne wytłumaczenie, naprawdę bym zawrócił i wrócił do domu, coby się bardziej nie kłopotać. No cóż, chęć dręczenia blondyna była większa, wygrywała z chwilowymi przyziemnymi zachciankami i gdyby nie ten właśnie synkretyzm pożądaniowy, sprawa byłaby prostsza. Marudziłem, bo mogłem. Nie zakneblowałby mnie; raczej. Przeklinałem, bo również taką zachciankę miałem. A fakt, że nie była ona podparta żadnym konkretnym powodem, to już zupełnie inna sprawa.
-Zamarzłbym na śmierć! Nie dopuściłbyś to tego!
Rzuciłem wymuszenie uroczym tonem biednego stworzenia i w końcu doczłapałem za nim aż do końca, patrząc z mordem na wszystko, co mnie otaczało. Co z tego, że nie byłem u siebie? Byłem u Shizuo, więc co za różnica?

Shizuo
- Niby dlaczego miałbym? - uśmiechnąłem się do niego, czekając na półpiętrze, ale cholerny Izaya miał rację. Nie pokonaliśmy nawet połowy całości schodów, kiedy po prostu przestało mnie to bawić. A jaki był sens kontynuowania tego, skoro nie miałem ani przyjemności, ani satysfakcji, a do tego trafiłem czas oglądając jego paskudną twarz? Poza tym wolałem, by sąsiedzi nas nie widzieli. Mnie, półnagiego, z malinkami na szyi, razem z facetem, który wyklina mnie w ten przepiękny sposób. Pociągnąłem go za jego koszulkę, zwracając swoją uwagę. A potem odwróciłem tyłem. - Za długo ci to zajmuje, właź. - cały czas starałem się przekonać w myślach, że robię to dla dobra sprawy. - Ale odezwij się, a polecisz z powrotem na sam dół.

Izaya
Zawyłem ze śmiechu, ale tylko w duchu, w końcu z ogniem nie powinno się igrać. A przynajmniej teraz, kiedy miałem okazję nazwać Shizusia swoim prywatnym, jedynym na świecie gadającym koniem. Nie miałem oporów, by wskoczyć mu na barana, a jedynie schyliłem twarz do jego ucha, a nogami i rękami oplotłem go ciasno. W sumie nic nie różniło się to od poprzedniej pozycji podczas bardziej interesujących czynności, ale przecież! To prawie to samo! Przy nim traciłem wszelkie skrupuły, ale teraz było jakoś inaczej. Dziwniej. Jakby cała blokada między moim światem a tym jego nagle zniknęła, pojawiając się jedynie sporadycznie, by porządne trzasnąć mnie w twarz i zasygnalizować, że źle robię. Faktycznie, źle robiłem zbliżając się do niego, ale gdybym czegoś nie wymyślił, zginąłbym. Naprawdę bym zginął.
-Potem Ci wynagrodzę, Shizuś.
I to również okazało się być jakąś fascynacją. Wpatrywałem się nie w to, co miałem przed sobą, a uparcie przyglądałem się czubkowi głowy Heiwajimy. Nie wiem, czy z nadzieją na jakieś zakola, ale po prostu nie mogłem oderwać wzroku! Jasna cholera, na mózg zaczęło mi padać, kiedy wtulając się w jego plecy zacząłem delikatnie przysypać, jednak przerwałem to w momencie, kiedy dotarliśmy na czwarte piętro, a ja zeskoczyłem z niego, opierając się plecami o barierkę.
-Masz bałagan, czy utrzymujesz porządek? Sprawdzę wszystko. WSZYSTKO.

Shizuo
O ile dla Izayi było to niekomfortowe, czego oczywiście nawet nie wyczułem, dla mnie było to czymś okropnym. Znowu czułem kto zapach, jego oddech drażnił moją skórę, a nawet odnosiłem wrażenie, że wyczuwam bicie jego serca. To oczywiście kompletna bzdura, to pewnie było moje. Tylko moje mogło wynikać tak nierówny rytm, to zapewne kolejny skok adrenaliny. Mój myśli krążyły wokół tego, co działo się przed dobrą chwilą. O czym obym mogłem myśleć, skoro ta pozycja tak bardzo mi o tym przypominała? Tak czy inaczej, starałem się nie oszaleć do końca. Chciałem wreszcie wytrzeźwieć, pozbyć się tego dziwnego przeczucia! - Nawet nie próbuj wściubiać nosa w nie swoje sprawy, Izaya. - Odszukałem klucze i otworzyłem drzwi, wypuszczając t do swoich skromnych progów. To naprawdę było skromne, standardowe mieszkanie. Żaden luksus, bez jakiegoś specjalnego porządku. Bez jakichś specjalnych rzeczy, tak na pierwszy rzut oka. Ale tak naprawdę lubiłem sztukę i kawałek niej trzymałam we własnym pokoju. Obraz, gdzieś walały się książki, tuż obok opakowań po papierosach i samych niedopałków.

Izaya
-Ale dlaczego nie? Nikt nie ma prawa wiedzieć o Tobie więcej niż ja.
Burknąłem niby znudzony, zaraz jednak niemal bezszelestnie wsunąłem się przez próg, zdejmując buty i zsuwając z ramion kurtkę. Najbardziej miałem nadzieję na jakąś romantyczną kąpiel, podczas której miałbym idealną okazję do zamordowania Shizusia, ale taka normalna też mogła być. Cokolwiek, byle tylko wypłukać z siebie resztki jego obecności z siebie. Koniec końców nawet nie zamierzałem tego powtórzyć, choć... no, nie był w tym taki zły i nieobliczalny, jak myślałem! Nawet Heiwajima Shizuo miał w sobie cząstkę zwyczajnego obywatela Japonii. Oczywiście większość dowodów, jakie zgromadziłem, przeczyła tej tezie, jednak... Jednak. Nie zasługiwał na tortury, a przynajmniej nie na te, które nie odbyły się z mojej ręki. Nikt nie miał prawa go tknąć poza mną, a w pewnym momencie uświadomiłem sobie nawet, że delikatnie ubrana obserwacja zmieniła się w swojego rodzaju obsesję. Wiedziałem wszystko, jednocześnie nie wiedząc o nim nic. Znałem go na tyle, na ile sam Heiwajima pozwalał.
-Ponadto możesz mi zrobić kolację. W drugą stronę to nie pójdzie, ja nie gotuję. Mam od tego kobietę.
Wzruszyłem ramionami i poszedłem do łazienki bez uprzedniego pytania. Tylko zimny strumień wody mógł otrzeźwić moje myślenie i wystarczająco utemperować żądania ciała, które mimo wszystko wciąż domagało się jego dotyku. Tylko pod prysznicem mogłem skupić się na swoim prawdziwym celu, na skupieniu się na korzyściach, planie działania, na możliwych skutkach. I tylko tu docierało do mnie, dlaczego tak bardzo kocham ludzi, dlaczego akurat ludzi i co chcę z tym zrobić. Pozwalałem spływać po mojej skórze strużkom wody, inspirować się zapachowi żelu pod prysznic Shizuo, i wypuścić spomiędzy swoich pośladków nasienie blondyna, wsuwając palec wskazujący w swoje wnętrze. Na samo wspomnienie tego wszystkiego wróciły do mnie te zniewalające odczucia, którym broń Boże nie pozwoliłem się znowu omamić, jedynie odczuwając zmianę temperatury mojego ciała, ale tylko na policzkach.
Upewniwszy się, że pozbyłem się całego dowodu wróciłem do opłukiwania ciała strumieniem, po czym zgarnąłem ręcznik z szafki przy kabinie prysznicowej i obwiązałem nimi biodra, a w takiej postaci wyszedłem z łazienki, kierując się do salonu Heiwajimy. Ot co, nie będę latał w brudnych ubraniach, więc postanowiłem posiedzieć nago!

Shizuo
Izaya był naprawdę zaborczy i trochę tego nie rozumiałem. Cóż, przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej z prawda? Poza tym nie wierzyłem tym słowom. Nie mógłbym w nie uwierzyć, bo, co jak co, ale każdy znał mniej lepiej od Izayi. Nie uzewnętrzniałem się przed każdym, jednakże nie sądzę, bym został przez kogoś równie skromnie opisany, co przez samego Izayę. Od samego początku widział we mnie potwora i potwora chciał oglądać; oto, jak mu się przysługuję. Jestem jego obiektem badawczym, a zarazem największym wrogiem. Jest ktoś lepszy ode mnie? Czy ktoś jeszcze byłby stanie współpracować tak zażyle z Oriharą? Nie sądzę. Z tych powodów żałuję, że go poznałem. Z tych powodów próbuje zakończyć naszą znajomość. Ale słabo mi idzie, jeżeli mam być szczery. Dzisiaj go przeleciałem. Co tam przelecieć, dzisiaj całowałem go jak kogoś, kogo nie mam! Przez moment chciałem zakłócić jego prysznic i wylecieć do łazienki, by zamordować go gołymi rękami. Zamiast tego zapaliłem papierosa i wróciłem do obserwowania panoramy miasta. Poniekąd to naprawdę pozwalało zapomnieć o tym wszystkim, a w szczególności o Izayi, który kilka metrów dalej brał prysznic. Pozbywał się tego, z czym ja jeszcze musiałem się męczyć. Słodki zapach jego potu otulał moją skórę, mieszając się z tym moim. Smak jego ust wciąż drażnił mi podniebienie. Jedyny obraz, jaki widziałem, to jego twarz, ale nie z tym szelmowskim uśmieszkiem. To wyraz, którego poznałem dopiero dzisiaj. - Ubierz się - natychmiast zwracam mu uwagę, gdy tylko go zauważam. Oczywiście zdążyłem zlustrować go spojrzeniem, moje oczy zrobiły to bezwiednie. - I wracaj do siebie. - Nie liczyłem na to, byłoby za łatwo. Ale co miałem robić, jeżeli. Nie wyganiać go stąd? Przecież nie gotować, aż tak to mi się w głowie nie poprzewracało! Dlatego posłałem mu krytyczne spojrzenie, ukrywając ze wszystkich sił swoją groteskową fascynację jego ciałem.
Izaya
Podniosłem się z miejsca, bez najmniejszego zamiaru wykonywania jego poleceń. Kim on był, aby mi rozkazywać? To Shizuo był psem, który powinien znaleźć właściciela, aby ten zdołał opanować jego dzikie ataki na innych. Westchnąłem z zadowoleniem, po czym odszukałem wzrokiem szafy blondyna, z której zamierzałem zgarnąć jakąś koszulkę. Skoro nie chce, bym chodził nagi, to dlaczego miałby mi szczędzić ubrań?
-Jeśli tak bardzo Ci na tym zależy, to rzuć mi jakąś swoją bieliznę. Chociaż nadal uważam, że lepiej byłoby, gdybym został tutaj na noc. Nie chcesz spędzić ze mną kolejnych dodatkowych godzin sam na sam? Pół godziny temu jakoś nie oponowałeś.
Rzuciłem zwięźle, po czym znacznie zbliżyłem się do mężczyzny, a palce ułożyłem na jego policzkach, zagłębiając swój wzrok w jego tęczówkach. Nigdy nie czułem się aż tak bardzo nim oczarowany, zafascynowany, a teraz dziwnie przyjemny był spędzony z nim czas.
-Chyba, że naprawdę mnie chcesz utłuc, to będę zmuszony wezwać tę felerną taksówkę. Ale nawet wtedy będziesz musiał mi dać ubranie.

Shizuo
Kalkulując to dokładnie, jeszcze nigdy nie opłacało mi się tak bardzo pozbyć kilku swoich ubrań. Całkiem przekonany, zamierzałem zwyczajnie mu je oddać i mieć święty spokój przez kolejne kilka godzin, które mógłbym spędzić na próbach unikaniu tematu Orihary Izayi, jednak zamiast tego zastygłem w bezruchu, gdy tylko jego dłonie wylądowały na moich policzkach. W naturalnej reakcji chciałem je odtrącić, spodziewając się ciosu, jednakże nic takiego nie nastąpiło. Z uniesionymi dłońmi, usiłującymi chwycić przeguby jego rąk, odwzajemniałem spojrzenie. Czułem się głaskany i pieszczony, a zostałem zaledwie dotknięty! Objęty i przytłoczony wzrokiem Orihary, którego nie mogłem znieść. Gdy tylko zorientowałem się, w jaki poniżających sposób reaguję, natychmiast odwróciłem spojrzenie. Warknąłem, zazgrzytałem zębami i wyswobodziłem twarz, podchodząc do szafy, by wyciągnąć z nich własną bieliznę i rzucić Izayi. Ten może się do niej nawet masturbować! - Najwidoczniej minęło pół godziny za dużo.

Izaya
-Ach, a ja liczyłem na jakieś śpiewanie kołysanek! No popatrz!
Pokręciłem głową, po czym zgarnąłem podarowane mi ubrania i zrzuciłem z bioder ręcznik. Bez krępacji, bez uprzedzeń. Wtedy też sprawnym ruchem naciągnąłem na siebie bokserki i przeciągnąłem się, chcąc w ten sposób rozruszać mięśnie. Czy to miało znaczyć, że mam sobie stąd iść? Nieładnie, nieładnie! Ja bym tak w życiu go nie potraktował! Prędzej bym go zabił, ale z pewnością nie porzucił w potrzebie. Zgarnąłem ręcznik z ziemi i odniosłem go do łazienki, przewieszając go przez ściankę prysznica, założyłem spodnie, a następnie wróciłem do niego, zgarniając jeszcze koszulkę i tę również ubrałem, po chwili naciągając na ramiona kurtkę. Nie zamierzałem wpraszać się na siłę, a skoro nie byłem mile widziany, to okej, wygrał.
-Dobrze, już nie będę się zmuszał do oglądania Twojego pyska!

Shizuo
- Kto by pomyślał, że odmówię! - Zasłoniłem swoje usta, odwracając swój wzrok od niego. To za dużo. Sam widok Izayi w samych bokserkach - moich bokserkach! - dawał mi zbyt silne bodźce. Nie byłem na to gotowy, nie byłem gotowy na nic, co stało się dzisiaj. Spodziewałem się mojej bezpiecznej rutyny, a co dostałem? W zamian nie mogę określić ani siebie, ani mojego największego wroga! Nadal mnie pociągał nadal, a jakby tego było mało, zacząłem się zastanawiać, czy to aby bezpieczne, by tak znienawidzona osoba krążyła sama po okolicy. W moich ubraniach, niepełnosprawna. Nie, nie chciałem problemów tego typu. Tym bardziej, że ten w mojej przydużej koszulce wyglądał zbyt dobrze, bym mógł go komuś pokazać. - Wygląda na to, że będziesz musiał, bo przyszło twoje jedzenie i masz je zjeść!.
I tak wydarłem się na niego, kierując się w stronę drzwi, by odebrać zamówienie.

Izaya
Stałem tak, widząc każdą jego reakcję i próbując ją zrozumieć. Czy mi się wydawało, czy właśnie widziałem zawstydzonego Shizu-chana? Nie, z pewnością mi się przewidziało, on nie był zdolny do okazywania podobnych temu uczuć. A jeszcze bardziej nierealny był wniosek pod tytułem "chce mnie tu zatrzymać", kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi, a potem kolejne słowa Heiwajimy. Wryło mnie, naprawdę. Stałem tak z uniesioną brwią i starałem się dopatrzeć w tym wszystkim jakiegoś spisku, nie dość, że zabrał mnie do siebie, co wymusiłem, dał mi swoje ubrania, co również wymusiłem i właśnie załatwił mi jedzenie. Czy to była prawdziwa twarz mojego wroga? No bez jaj, serio.
-Shizuś?
Spytałem się samego siebie pod nosem i przystawiłem dłoń do swojego czoła, by sprawdzić, czy nie mam przypadkiem gorączki, tylko wysoka temperatura i stanie na krawędzi życia ze śmiercią mogło być wyjaśnieniem takich halucynacji!
Ruszyłem za nim, podpierając się o framugę drzwi do salonu i wyjrzałem na korytarz. Musiałem sprawdzić, czy to nie bomba w pudełku, chociaż wierzyłem, że Shizuo nie jest na tyle morderczym potworem, by rozwalić swój własny dom z mojego powodu, ot co.

Shizuo
Teraz miałem ochotę go naprawdę zamordować. Te uczucia mieszamy się ze sobą, przeplatały i mąciły mi w głowie. A ja byłem jedynie biernym odbiorcą, mogłem je obserwować, ale nie kontrolować. Czy ktoś kiedyś był w gorszej sytuacji? Wcisnąłem Izayi jego porcję w ciepłym, kartonowym opakowaniu, a potem wyminąłem go, by najpierw zabrać pałeczki i wróciłem do salonu. - Powiesz jedno słowo za dużo i cię zabiję - zdążyłem warknąć i spojrzeć nań znad swojego opakowania jedzenia. Ale ile znaczyła kolejna tego typu gróźb? Ten manipulator nadal tu był, w moich ubraniach, jedząc żarcie za moje ciężko zarobione pieniądze. A ja nie potrafiłem się go pozbyć, nawet jeśli byłem zmęczony jego widokiem, jego gadaniem, powstrzymywaniem się, żeby mu porządnie nie dołożyć. Widziałem przez moment go takiego, jakim nigdy nie chciałem go widzieć i prawdopodobnie to jest powodem mojego zachowania. Chcę, by wszystko wróciło do normy i to w tym momencie. Izaya na pewno pomoże, do czegoś, cholera, musi być przydatny!

Izaya
Zaśmiałem się zadowolony i ruszyłem zaraz za nim, ściskając w dłoniach jedzenie. Nie przeszkadzało mi to, że je kupił, ważne było, żeby mi smakowało i żeby zapchać żołądek, w którym od jakiegoś czasu burczało z głodu. Reszta była nieważna. Usiadłem po turecku zaraz obok niego, dobierając się od razu do swojej kolacji i wygodnie oparłem się plecami o kanapę. Przez chwilę miałem ochotę oprzeć się o jego ramię, ale szybko wybiłem sobie to z głowy, utwierdzając to jedynie przekonaniem, że to chwilowa zachcianka. W końcu podciągnąłem kolana pod brodę, bardziej skupiając się na spożywaniu niż czymkolwiek innym. W gruncie rzeczy miałem siedzieć cicho, a jedzenie na dworze ani trochę nie uśmiechało mi się, podczas gdy miałem lepszą opcję. Nawet zdobyłem się na uśmiech, ale nie chamski, wręcz przeciwnie. Skarciłem nawet siebie za ujawnianie jakichś chorych, przyjacielskich oznak! Bo co to miało być?!
Kiedy skończyłem jeść, podniosłem się z miejsca i ruszyłem do kuchni, po czym odszukałem kosza na śmieci, do którego wyrzuciłem opróżnione pudełko oraz jednorazowe pałeczki. Wszędzie pachniało blondynem, ale, o dziwo, nie przeszkadzało mi to. Nie przeszkadzało, a uspokajało, ale byłem pewien, że to chwilowe, więc stawiłem się z powrotem obok niego i wcieliłem niecny plan w życie. Korzystając z okazji położyłem się z głową na jego kolanach, ignorując wszelkie argumenty na nie.
-Jak to skomentujesz, mój nóż wyląduje między Twoimi oczami.
Warknąłem cicho i przymknąłem na chwilę oczy. Wbrew pozorom było mi w ten sposób dobrze, choć facet, na którym leżałem, nadal wzbudzał we mnie poczucie wyższości i niesamowicie mnie denerwował.

Shizuo
Tak naprawdę ani przez moment nie było dobrze. Nie mam pojęcia, co ten zupek mi zrobił, ale mam nadzieję, że wcześniej czy później mi przejdzie. Moje spojrzenie machinalnie wędrowało na niegrzeczne i odwracałem je dopiero wtedy, gdy istniało ryzykowną odwzajemnienia go. Nie zawsze mi się to udawało i ostatecznie przypłaciłem za to własnym zdrowiem na umyśle. To pierwszy raz, kiedy miałem okazję widzieć jego prawdziwy uśmiech i prawdę powiedziawszy onieśmielił mnie na tyle, że nie wiedziałem, co zrobić. Zachowywałem się jak skończony kretyn, a ponadto coraz poważniej brałem pod uwagę rzucenie na mnie uroku. To by tłumaczyło, dlaczego na moment jego jeden gest uśmiercił moje płuca, nie pozwalając mi oddychać. Jedzenie stanęło mi w gardle i na moment byłem sparaliżowany. Odnosiłem wrażenie, że coraz bardziej gubię się w jego głupiej grze, która zacierała dotychczasowe granice. A przecież to nie miało najmniejszego sensu. Na tej płaszczyźnie czułem się niemal bezbronny i skazany na porażkę, bo o ile mowa o seksie, mogłem z tego wybrnąć. Niestety nie byłem na tyle utalentowany aktorsko, by dorównać Izayi w jego nieczystych sztuczkach. Pozostawało mi jedynie znosić to i udawać osobę, na której jego zachowanie nie wywiera większych wrażeń. A ostatecznie - nie dać mu wygrać tej gry, prowadzącej do nikąd. Pocierając moją zmęczoną twarz marzyłem tylko o tym, by to się skończyło, kiedy poczułem delikatny ciężar na moich kolanach. Nie. Nie, proszę, nie. - ... - Wyciągnąłem powietrze ze świstem, wzdrygnąwszy się. A następnie dyskretnie spojrzałem na Izayę, usiłując się uspokoić i przyzwyczaić do nowego stanu rzeczy. Ale moja dłoń nie chciała czasu. Uniosła się, a potem wylądowała ja jego głowie. Jestem prawie pewien, że to nie był cios. Po prostu tam leżała, nie zsuwając Orihary z moich kolan. Po chwili zacząłem już o to prosić, ale moje ciało znowu wiedziało swoje.

Izaya
Gwałtownie otworzyłem oczy, kiedy poczułem jego dłoń na sobie. Tę ciepłą, dużą dłoń, która jeszcze jakiś czas temu trzymała mnie kurczowo przy sobie i nie pozwoliła mi upaść, tę, która tyle razy starała się wymierzyć mi sprawiedliwość i za każdym razem chybiała, czasem nawet sprawiając, że wierzyłem w to, że Shizuo tylko się ze mną droczy. Było mi niezręcznie, ale nie ze względu na to, że dotyka mnie ta konkretna osoba. Bardziej było to spowodowane tym, że nikomu wcześniej się to nie udało. Czułem i egzaltowałem, popadając w swoisty obłęd, chciałem więcej i więcej, ale nie mogłem tego powiedzieć na głos. Nie mogłem wpaść w swoją pułapkę. Sam powiodłem palcami i ułożyłem swoją dłoń na jego kolanie, delikatnie je smyrając opuszkami, co sprawiało, że jeszcze bardziej ta sytuacja przyprawiała mnie o dreszcze niepokoju. Przed burzą zawsze było cicho, czyż nie? A może obaj potrzebowaliśmy takiego wyciszenia? Miałem to traktować jako "pauzę"? Albo jak w dziecięcych grach; "stop czas"?
Bałem się unieść wzrok, choć może bardziej obawiałem się tego typowego spojrzenia Heiwajimy. Spojrzenia potwora bez uczuć, wzroku pełnego nienawiści. Mój nie był z resztą lepszy. Ale co było w tym złego, że trzymałem swoje zmysły właśnie nienawiścią do niego?
-Hej, Shizuo. Pozwolisz, ze się prześpię, co? Nie czuję się najlepiej..

Shizuo
To dla mnie stanowczo nie było momentem przerwy czy westchnienia. To dopiero była prawdziwa burza! Z jakichś powodów zacząłem zastanawiać się, dlaczego nie pozbyłem się tego problemu, który teraz leży na moich kolanach, wcześniej. I żaden wniosek, do którego doszedłem, nie podobał mi się. Izaya od danego początku był jakiś... inny. Nie, nie wyjątkowy, a przynajmniej teraz tak tego nie mogę nazwać, bo zabrzmi zbyt dziwnie. Tak czy inaczej, go on był tym, którego nie mogłem dopaść przez cały czas. Kiedy tarzałem się w morzu śmierci, jedynym, który był żywy, był Izaya. Radziłem sobie z legionami gangów, ale mój największy problem nadal stąpał po tej ziemi. Byłem panem życia i śmierci, ale przy nim tylko bestią. Przy nim nie brzydziłem się przemocy. Problem, jaki stwarzał, był odskocznią od innych problemów, a jednocześnie był tym najbardziej nieznośnym. Nasza chora gra posuwała się już bardzo daleko, ale tym razem to była przesada. Coś wymykało mi się spod kontroli i nie miałem nawet pomysłu, co to takiego. Zabrałem rękę, słysząc jego głos. Powinienem był zrobić to już dawno, ale dopiero teraz się wysiłkiem i pokonałem tę dziwna, nieokreśloną siłę. - Możesz spać w łóżku - westchnąłem z irytacją, abym nie brzmiał nazbyt uprzejmie. Szczerze powiedziawszy nawet go tam nie chciałem. Miałem wystarczająco problemów na chwilę obecną. Z drugiej strony, gdy już zaśnie, będę miał okazję zostać sam...

Izaya
Już miałem parsknąć śmiechem, że nigdy nie spodziewałbym się po nim takiej bezpośredniości, ale tuż przed wyrzuceniem tego z siebie zatrzymałem to na języku niczym jakąś słodycz. Podniosłem się z oporem, jednak zaraz po tym, już bez słowa, wstałem z kanapy i zniknąłem za rogiem jego sypialni. Teraz najchętniej wyskoczyłbym, krzycząc, że go już przejrzałem, albo porobił kilka zdjęć, ale nie zrobiłem w tym kierunku nic, poza zwyczajnym ułożeniem się w pościeli i wtuleniu w poduszkę. Cała pachniała Heiwajimą, ale właśnie to było w tym wszystkim najlepsze. Czułem jego papierosy, zapach jego ciała. I właśnie to pozwoliło mi zamknąć oczy, po chwili zapadając w sen. Wiedziałem, że Shizuo zmusza się, bym mógł tu zostać, ale takie męczenie jego osoby stało się nadzwyczaj ciekawym zajęciem, którego nie zamieniłbym na nic innego. I nawet nie zwróciłem uwagi na to, że w którymś momencie nawet zacząłem śnić. Niby o niczym konkretnym, ale sen wydawał się być tak przyjemny, że nie chciałem się z niego budzić. Otulałem miękką poduszkę ramionami, wyobrażając sobie, że to ten nierozgarnięty blondyn, ale zaraz po tym usłyszałem jedynie jego typowe "IZAYAAAA!" i już wiedziałem, że nie będzie spokojnie.
Kolokwializmy i epitety łączyły się, tworząc jedną, spójną całość, ale nie chciałem jeszcze tego egzekwować. Zamiast tego postanowiłem w tym trwać, chociaż na chwilę zapominając o wszystkim.

Shizuo
Przez moment cieszyłem się samotnością. Dawała mi pewną swobodę, nie tylko ciała, ale myśli. Zamiast natychmiast iść pod prysznic, dalej tak otoczony jego zapachem, który za nic nie chciał ustąpić miejsca temu papierosowemu i rozmyślałem nad początkiem i końcem i to wszystko trwało zaledwie chwilę, bo właśnie tyle potrzebowałem, by uzmysłowić sobie przebiegłość Izayi. Z trudem, ale jednak, dźwignąłem się z kanapy, by zajrzeć do sypialni w celu skontrolowania go. Nie wiem, czego spodziewałem się zobaczyć, ale na pewno byłby to bardziej normalny obraz. Być może Izayę przeszukującego moje rzeczy, robiącego im zdjęcia, uciekającego oknem, czyhającego za rogiem z nożem, gdzie przygotował na mnie zasadzkę... Ale nie śpiącego i na dodatek wtulonego w moją poduszkę! Tego było stanowczo za dużo! Nie wytrzymałem tego długo i skończyłem pod prysznicem, by nareszcie wrócić na miejsce zbrodni. Tęskniłem za tym widokiem, chociaż nie mogłem na niego patrzeć. Zdawało się być chore i abstrakcyjne, tylko już nie wiedziałem, kto jest winien. Ja, czy on? Czy kładąc się obok niego przejmowałem na siebie pewną winę czy obowiązek? Nie dotykałem go i byłem jeszcze skłonny wytłumaczyć sobie, że po prostu jestem śpiący. Ale nawet ja nie wierzyłem, że mogę być takim dobrym kłamcą, nawet jeśli leżałem i w padającym w przez okno świetle księżyca przeglądałem się jego plecom.
 


Komentujcie, nie zapomnijcie napisać o wrażeniach, proszę~! <3

4 komentarze:

  1. Jedno z lepszych opowiadań, jakie ostatnio czytałam. Trochę kojarzę sobie z Nie lubię ootoro, ale myślę że to przez TĄ akcję... Świetne. Moim zdaniem charaktery są idealnie zachowane. O to chodziło. Kłaniam wam się. To było (kurwa, JEST) na prawdę dobre *o* po prostu cudo. Dobrze napisane, zgodnie, przejrzyście, ciekawie, zaskakująco, bogate w słownictwo...no nie mam się do czego przyczepić (przynajmniej tak myślę po pierwszym przeczytaniu, a to już nie lada sukces...) Moje drogie (??? Właśnie to panie, czy nie panie?) że tak powiem - perfekcyjnie odjebane :')

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I czytałam to chyba z godzinę. Nie narzekam, broń boże (latający potworze spaghetti jak kto woli) po prostu byłam zaskoczona. Ile rozdziałów (mniej lub więcej takiej długości) mogą spodziewać się czytelnicy? Tak, czytelnicy, na razie nie widzę komentarzy, ale jestem na tyle zachwycona, że na pewno wypromuję :)

      Usuń
    2. A ja mam całe to opowiadanieeee <3 ach, te znajomości! Lecę czytać <3 Takie cudeńko <3

      Usuń
    3. Yeeey <3
      Kolejne rozdziały pokażą się zapewne na dniach, bo ostatni czas byłam zaaferowana pracą. Cieszę się, że się podoba. C:

      Usuń