Po raz kolejny Roy x Ed z Fullmetal Alchemist, tym razem z perspektywy Mustanga. Pisałam to przy akompaniamencie Rain, więc od razu wstawiam Wam link do piosenki.
RAIN
Jeśli chciałbyś
opisać zemstę, to jakich słów byś użył? Czy byłyby one zgodne
z prawdą w stu procentach? Czy byłbyś w stanie oddać ideę
sprzecznych wartości takich jak nienawiść i miłość bez ich
rozdzielania, jednocześnie starając się wytłumaczyć sens swoich
myśli na papierze? Tysiąckrotnie powtarzane po sobie wyznania pełne
agresji i niebywałego poświęcenia stałyby się powierzchowne, bo
żeby coś zrozumieć i przekazać, musiałbyś odczuć to wszystko i
pozwolić sobie na odebranie pomniejszych korzyści wynikających z
bezpiecznego przyglądania się biegnącemu życiu. Widzisz, każda
wartość ma swoje granice, swój antagonizm i entropię,
kontrastującą z analizowaniem poprzednich decyzji i mechanizmów
funkcjonowania w społeczeństwie. Delikatne zabawy językiem taka
jak ta, kiedy we dwóch staraliśmy się zinterpretować ukryte
znaczenie wschodzącego słońca, dzisiaj stały się pustymi
zagrywkami mowy, którą urwaliśmy w momencie rozstąpienia się
naszych wzajemnych oddziaływań. Nawet droga, którą niegdyś
obraliśmy, okazała się być całkowicie zmyślona i ubita
podciętymi skrzydłami marzeń kruków o wzlocie ku przejrzystemu
niebu. Dzisiaj już żaden z nas nie łapie ulotnych chwil i nie
zapamiętuje ich, choć ja tak naprawdę od początku wiedziałem,
kiedy to wszystko się skończy.
Wciąż
brzmią
Te
bezlitosne wspomnienia
Chyba
naprawdę nie mają zamiaru mi wybaczyć
Gdy
zamykam oczy, one narastają, otaczając mnie
A Ty
się śmiejesz
Zależność od
małych trosk i autoagresja psychiczna stały się bezpośrednią
przyczyną mojego upadku, a i tak nie byłbym w stanie zliczyć, ile
razy w duchu dziękowałem Ci, że byłeś zdolny do przebaczenia i
ogólnego zachwiania równowagi psychicznej wynikającej z
przewrażliwienia. Duma i honor, choć tak zbliżone do siebie
pojęciowo, nijak oddawały szereg stosunkowych podobieństw między
nami. Ty byłeś światłością, ja zaś, kryjąc się za swoim
przeznaczeniem i śmiercią, najbardziej bałem się spoglądać w
przestrzeń, wiedząc, że uda mi się dostrzec Ciebie. Zawsze taki
byłeś, mały, głupiutki dzieciak, którego nie do końca
potrafiłem rozszyfrować, stał się w końcu machinalną ekspozycją
cnót i kolokwializmów, ubranych w przesłodzone słowa o moralności
i etyce, której kiedyś nienawidziłem sprowadzać do pojęcia
życia. Zupełnie jak motyl, któremu odebrano zdolność latania
tkwiłem w impasie, jedynie raz po raz zerkając na Ciebie. Ty zawsze
miałeś w sobie siłę, zawsze, choć bywały momenty, w których
Twoja determinacja sama ulegała zapłonowi, potrafiłeś patrzeć
jasno i przejrzyście, nawet w obliczu zagrożenia, a ja podziwiałem,
starając się po prostu choć trochę nauczyć się od Ciebie. Nawet
nie patrząc na to, ile lat różnicy między nami było, mogłem
śmiało orzec, że jesteś jednym z tych, którzy najbardziej
wpłynęli na moje życie, najpierw uwzględniając Hughes’a,
Havoca, Rizę i na Tobie oraz Alu kończąc. Ale cóż, może to ja
byłem ślepy, przez szereg lat tłumacząc się brakiem wiary nie w
Twoje umiejętności, a w wiek?
Czas
przerwał mi te rozważania
O
poranku w końcu zrozumiałem
Nie
patrzyłem w kierunku przyszłości
Goniłem
przeszłość.
Misja pokojowa w
Ishvalu zakończyła się sukcesem, nawet ja byłem zdziwiony ilością
pozytywnych efektów prac amestryjskich wojsk w służbie
pokrzywdzonym. Nie miałem większych problemów z przekształceniem
państwa na bardziej przyjazne dla obcokrajowców, jednak ludzie
jeszcze długo nosili brzemię krzywdy, jaką wyrządziliśmy im
przed laty. Spokojnie popijając kawę, siedziałem za przy biurku i
poprawiałem pojedyncze raporty przyniesione mi przez wartowników, w
końcu decydując się na przerwę, na którą udałem się chwilę
później. Korytarze Centrali były mi doskonale znane, każdy niemal
planowo potrafiłem opisać z samej pamięci, każdy dokładnie
zwiedziłem, zbadałem, oszacowałem, ile jeszcze będzie w stanie
służyć i wytrzymać. Miarowo przyśpieszałem kroku jedynie
przechodząc obok gabinetu, którym stacjonował Hughes, ale i ten
lęk potrafiłem zniwelować na tyle, by przestać odczuwać
negatywny wpływ stresu na moją pracę. Bycie naczelnikiem kraju nie
było prostą sprawą, czasem zdarzały się nieporozumienia,
konflikty, odmowy przyjęcia rozkazu, albo bunty, ale i te stały się
sporadyczne po ostatnim publicznym wystąpieniu. Ingerowanie w życie
mieszkańców pozostawiłem w rękach Armstronga i Rizy, podczas gdy
sam zajmowałem się bardziej nudną, papierkową robotą.
Tego dnia
telefony nie potrafiły przestać dzwonić. Mając w zasięgu ręki
jedynie filiżankę opróżnioną do połowy, nie chciało mi się
zbytnio wstawać, toteż wykorzystałem do tego Havoca, który został
zmuszony być moją sekretarką na czas bliżej nieokreślony.
Sekundy, minuty i godziny mijały, większość raportów ograniczała
się do sytuacji między Centralą a Briggs, więc jedyną możliwie
najmniej konsekwentną decyzją było ponowne wysłanie oddziału na
północne rejony. Miałem nadzieję, że słusznie postępowałem,
starając się uniknąć zbrojnych wystąpień. Od czasu rozlewu krwi
w Ishvalu wciąż dręczyły mnie krzyki poległych, a krew, którą
wtedy przelałem przez swoje palce, przyprawiała mnie o zawroty
głowy.
Uwagę zwróciłem
dopiero na zdanie „Stalowy? Jak to przyjeżdżasz w odwiedziny? Jak
to za chwilę?!”, na które wręcz automatycznie podniosłem się
i poprawiłem zagnieciony w kilku miejscach mundur. Ostatnie łyki
kawy przygotowały mnie wystarczająco na to, bym zaraz podszedł do
Jeana i wręcz z całej siły klepnął go w ramię. No, może trochę
bardziej niż „klepnął” nadawałoby się „uderzył”, jednak
nie zagłębiałem się w szczegóły. Twoje przybycie dłużyło mi
się z każdej chwili bardziej, aż w końcu po dwóch latach od
Twojego wyjazdu straciłem rachubę w odliczaniu, czy jeszcze
kiedykolwiek zobaczę Twój czerwony płaszcz migający mi niegdyś
codziennie w przejściu. Uprzątnąłem większy bałagan z biurka,
raporty jednocześnie segregując i odkładając w odpowiednie dla
nich miejsce, a kiedy Jean się rozłączył, odchrząknąłem,
patrząc na niego bez wyrazu. Zastanawiałem się, czy zauważył
nagłą zmianę podejścia do świata po Twoim telefonie, jednak
upewniwszy się, że wciąż tkwi w przekonującym błogostanie,
otrząsnąłem się i oparłem się tyłkiem o blat biurka.
-Widzę, że
zbytnio spodobała Ci się praca sekretarki i nie raczyłeś podać
mi słuchawki, kiedy było to konieczne?
Burknąłem
typowym dla siebie, niskim głosem i uniosłem brew, a widząc, jak
przestraszony takim obrotem spraw, odsuwa się desperacko, jedynie
zaśmiałem się cicho i skierowałem się w stronę wyjścia. Jean
nigdy nie rozumiał powagi sytuacji ani żartów, wynikających z
konkretnych działań, jednak nie przeszkadzało mi to w codziennym
kontakcie z nim i nawet co piątek udawaliśmy się razem do baru,
by zapić smutki i wyżalić się sobie nawzajem. W zupełności
wystarczyła mi obecność Jeana, nie potrzebowałem zbędnych słów
otuchy, czy „ej, wszystko się ułoży”. Moje kroki przyśpieszały
z niewiadomego powodu. Chwilę temu jeszcze nawet oddychałem
spokojnie, teraz jednak kiedy stałem pod główną bramą z
oczekiwaniem na Twoje przybycie, zdałem sobie sprawę, jak bardzo
mylne było stwierdzenie „normalnego zachowania”. Z zapartym
tchem śledziłem trasę strażników, każdą rozmowę, odgłosy
natury, aż w końcu dostrzegając Ciebie ciągnącego za sobą
walizkę, nie mogłem powstrzymać siebie przed podejściem i
pochwyceniem Twoich bagaży. Po tak długim czasie nie mogłem się z
Tobą skontaktować, w końcu przytłaczający dystans zniknął,
otwierając nowy rozdział naszej relacji. Patrzyłem na Ciebie bez
słowa, a radość odczuwalna z Twojego powrotu przyćmiła każdą
troskę, jaką jeszcze w sobie chowałem. Nawet bariera emocjonalna
zdawała się znikać, kiedy mogłem ponownie zagłębić się w
Twoich złotych tęczówkach. Jedynie w duchu zażyczyłem sobie „nie
wyjeżdżaj więcej”, kierując się od razu w stronę Centrali.
Zupełnie jak dawniej chciałem cieszyć się każdą sekundą, która
wynikała z drobnych sprzeczek z Tobą, jednak w jakiś sposób
właśnie to pozwalało mi zrozumieć i dostrzec, jak wiele
znaczy Twoja specyficzna osobowość. Otwarty na Twoje ramiona
spoglądałem w dal, widząc, że jeszcze dla mnie nadzieja nie
zginęła.
-Dawno się nie
widzieliśmy, Stalowy.
Przyznałem,
zamykając drzwi za sobą i odprowadzając Cię wzrokiem, aż do
momentu kiedy wskoczyłeś na moje biurko i zarzuciłeś nogę na
nogę. Urosłeś, jednak nie przyznawałem tego na głos, wiedząc,
że oburzysz się na samo wspomnienie o Twoim wzroście. Sam zamiast
tego stanąłem zaraz obok Ciebie, niemalże czując, jak wpadasz w
zasięg moich dłoni. Kiedyś nie sprawiało mi problemów dotykanie
Ciebie, a teraz? Dlaczego mimo tak wielkiej tęsknoty za Tobą, nie
byłem w stanie unieść ręki i przyłożyć jej do Twojego
policzka? Czemu wątpliwości nasiliły się w momencie, kiedy w
końcu osiągnąłem to, czego szukałem?
Ty
dałeś nowy początek.
Dałeś
mi ukojenie, nie bacząc, że byłem tchórzliwy i okropny.
Już
prawie czas
Nerwowo
czegoś szukam, a moje problemy spływają po moich zmęczonych
policzkach
Dopiero wtedy
ocknąłem się ze swoistego transu, kiedy sam przyciągnąłeś
mnie, chwytając za materiał munduru. Objąłem Cię ramionami z
westchnieniem ulgi, palce jednej dłoni wplatając w złociste włosy
i zaciągając się Twoim specyficznym zapachem. Uspokajałeś mnie
każdej nocy, wydobywałeś ze mnie nienawiść i ciemność, a potem
aplikowałeś swoją miłość w miejsca w sercu, które najbardziej
tego potrzebowały. Oczy, które kiedyś patrzyły na ból,
dostrzegły maleńkie światełka nadziei, pozwalając mi na nowo
cieszyć się chwilami z Tobą. Zupełnie jak dawniej.
-Już mnie nie
zostawiaj.
Dziś
również pada, to chyba nie ma końca.
A my,
po cichu, tulimy się do siebie pod parasolką

O jeju. To było piękne. Rzadko to mówię, ale to było cudne *Q* no i dobry gust do paringów wyczuwam ^^ teraz leć Drrr oglądać, w ogóle supi będzie ;) ff mi się podobał. Kocham tą piosenkę, to też ma swój wpływ. Mało Eda, ale rozumiem że tak miało być. Supi supi supi. Bardzo mi się podoba, tak trzymaj :-)
OdpowiedzUsuńEda miało być mało, skupiałam się na przytłaczającej Mustanga samotności. Spokojnie, dogadamy się, jak Drrr obejrzę.
OdpowiedzUsuńA co piosenki, owszem. Jak pierwszy raz ją usłyszałam, miałam wrażenie, że jest idealnym podłożem do ff.