Kolejny dzień matur. Kolejny cichy wieczór spędzony na czytaniu, przypominaniu sobie i próbowaniu odnowienia wiedzy, którą zdobywałem przez te wszystkie lata. Chciałbym, żeby to było tak proste, jak okłamywanie samego siebie, że nic się nie zmieniło, bo ja nadal patrzę w dal, oczekując Twojego powrotu. Smutek i podwyższona temperatura scalają się w jedno, sprawiając, że nie potrafię utrzymać się w pionie. Pojedynczo upadające jaskółki już nigdy nie będą zwiastunem wiosny.
Nasza miłość nigdy nie była idealna. Jedynie słuchałeś bicia mojego serca, nie potrafiąc na nie odpowiedzieć. Jeśli gdzieś tam znajduje się odpowiedź, co zrobiłem źle, niech czas mi pokaże, zanim ostatnia wskazówka wybije tęskniące za Tobą serce. Biel i czerń muskularnie zlewające się ze sobą podczas tego wieczora w przedstawieniu, które pragnąłem Ci podarować. Z otwartą blizną na policzku milknący Bóg odchodzi.
Okłamywałem samego siebie, żeby tylko nie zapomnieć. Okłamywałem samego siebie, żeby nie zgubić Cię pośród labiryntu świateł. Myśli tłoczone przez wąską rurkę wprost do żył drastycznie dają znać o sobie, nie pozwalając mi już nawet wyciągnąć do Ciebie dłoni.
Myśląc o jutrze, nieświadomie spotkałem Ciebie, stojącego gdzieś pod jasnym sklepieniem gardenii. Zapach wiosennego powietrza delikatnie zmieszał się z tragedią.
Znów powtarzający się koszmar stopił usta z ołowiem, nie mogę do Ciebie przemówić. Patrzyłeś na mnie bezdusznie, pokazując mi, że za późno na odwrót, a ja pochłonięty pogonią za szczęściem nie pozwoliłem sobie na upadek. Dopiero biegnąc za Tobą dostrzegłem, że upadam. Z otwartą blizną na policzku milknący Bóg odchodzi, zegar tyka, nieustannie przypominając mi, że mój czas się kończy.
Nawet, jeśli jutro już nie będzie dane mi zobaczyć Twojej uśmiechniętej twarzy, w moich oczach nie pojawi się więcej łez. Siła przejawiana w płatkach gardenii zwiędła, upadając wraz z jaskółkami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz